środa, 24 grudnia 2014

Wesołych Świąt!



Witojcie!

Jakiś taki dziwny był ten rok. Drugie urodziny bloga minęły nie wiedzieć kiedy (wiedzieć, ale nie zauważyć, no), a i książek wiele nie zrecenzowałam... co tak naprawdę nie jest żadną nowością :D

W każdym razie chcę Wam życzyć radosnych i ciepłych Świąt Bożego Narodzenia, bogatego Mikołaja i szczęśliwego Nowego Roku. Niech ten czas upłynie Wam w spokoju i błogim lenistwie w gronie najbliższych.

Co do Nowego Roku, to mam już postanowienie. Książkowe rzecz jasna. Może to zmotywuje mnie do częstszego recenzowania? :D

Chodzi o Wyzwanie 2015






































Które doskonale idzie w parze z wyzwaniem 2014 sekund, z tego roku, które mam zamiar wcielić w życie w przyszłym.














Macie na oku jakieś ciekawe wyzwania? Jeśli tak, to podzielcie się. Ze swojej strony, zachęcam Was do wzięcia udziału w tych dwóch, które wymieniłam. Zapowiada się niezła zabawa i stres

Do zobaczenia w przyszłym roku :)

sobota, 29 listopada 2014

TAG: Czytelnicze nawyki


Zobaczyłam u Renaty fajny tag, a że tagi u Renaty z reguły są bardzo w moim guście, pomyślałam, że i ja się pobawię, a co!

1. Czy masz w domu konkretne miejsce do czytania?
Moje łóżko rzecz jasna! Czasem zdarza mi się na fotelu w dużym pokoju, ale wolę w łóżku. Nie ma to jak wyciągnąć kopyta :D

2. Czy w trakcie czytania używasz zakładki czy przypadkowych świstków papieru?
Z tym akurat bywa różnie. Czasem jest to zakładka, która była dołączona do jakiejś innej książki, czasem bilet, czasem samoprzylepny znacznik do książek, czasem zakładka magnetyczna. Zwykle jednak czytam na kindlu i po prostu go gaszę, a jak odpalam, to otwiera mi się na stronie, na której skończyłam.

3. Czy możesz po prostu skończyć czytać książkę? Czy musisz dojść do końca rozdziału lub okrągłej liczby stron?
Zwykle jest to koniec rozdziału, ale kiedy goni mnie czas, staram się doczytać do końca akapitu, albo przynajmniej wypowiedzi konkretnej postaci. Wyjściem idealnym byłoby skończenie całej książki za jednym posiedzeniem, rzecz jasna, ale nie zawsze tak się da :D

4. Czy pijesz albo jesz w trakcie czytania książki?
Do kotleta zwykle odpalam film, bo tak już mam (po tacie zresztą), że jak jem, to jedzenie nie zawsze ląduje tam, gdzie bym sobie życzyła, czyli w moim otworze gębowym. Nie czytam więc przy jedzeniu, chyba że jakieś jabłko czy coś, co nie wymaga szczególnej uwagi. A jak chce mi się pić, to wstaję z łóżka i idę do kuchni. Bez książki.

5. Czy jesteś wielozadaniowa/y? Potrafisz słuchać muzyki lub oglądać film w trakcie czytania?
Potrafię, ale nie lubię. Robienie wszystkiego na raz, nie skupiając się w stu procentach na żadnej z czynności, to tak, jakby nie robić nic, więc jak czytam, to lubię w ciszy i samotności ;)

6. Czy czytasz jedną książkę czy klika naraz?
Jedną. Zawsze jedną. Mimo że ostatnimi czasy na LC widnieją u mnie dwie czy trzy książki, które teraz czytam, to zawsze czytam jedną z nich. Obecnie czytam Sagę Zmierzch, ale zanim się na to zdecydowałam, zaczęłam Pale Blue Dot. Jako że ta druga jest dość wymagająca, dozuję ją sobie w niewielkich dawkach, pomiędzy Sagą.

7. Czy czytasz w domu czy gdziekolwiek?
Najwięcej czytam w domu, ale że dojazd do szkoły z rana zajmuje mi godzinę, a z powrotem ponad godzinę, mam całkiem sporo czasu na czytanie w autobusie. Jakąś książkę zawsze mam przy sobie, więc czytam, kiedy mnie natchnie i kiedy jest okazja :)

8. Czytasz na głos czy w myślach?
To zależy. Jak jestem sama w domu, lubię czytać na głos. W myślach czyta się o wiele łatwiej niż na głos, a płynne czytanie to przydatna umiejętność. Na głos czytam szczególnie książki obcojęzyczne, jeśli nie mogę tak całkiem głośno, czytam szeptem. Takie czytanie to świetne ćwiczenie wymowy i akcentu.

9. Czy czytasz naprzód, poznając zakończenie? Pomijasz fragmenty książki?
Nie no, panie. Takie czytanie to nie jest w ogóle czytanie. To bezsensowne odbieranie sobie przyjemności. Ja wiem, że czasem aż cię w środku skręca, żeby dowiedzieć się, co będzie dalej, a tu jeszcze trzydzieści stron do punktu kulminacyjnego, ale o to chodzi. Nie po to autor buduje suspens, żebyś to rujnował, skacząc po fabule w tę i we w tę.

10. Czy zaginasz grzbiet książki?
Zdarza się. Szczególnie, kiedy książka jest długa i obszerna, a ja robię do niej kilka podejść przez kilka miesięcy. Niezbyt to lubię, ale też nieszczególnie ubolewam, kiedy to się stanie.

Do zabawy nominuję wszystkich, którzy przeczytają ten post. Jeśli się zdecydujecie, nie zapomnijcie podać linka do siebie w komentarzu pod tym postem! :)

sobota, 22 listopada 2014

Wioletta Szulc - Rysunek w sercu


Tytuł: Rysunek w sercu
Autor: Wioletta Szulc
Wydawnictwo: Novae Res
Opis: Anna Lawenda jest tłumaczką języka angielskiego. Romanse przeżywa jedynie na łamach książek, a jej egzystencja jest dość monotonna. W wolnych chwilach rysuje pejzaże. Właśnie jedna z jej prac wywraca do góry nogami poukładane życie kobiety. Okazuje się, że zupełnie nieświadomie stworzyła obraz przedstawiający dworek niejakiego Adama Ostrowskiego. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że owa posiadłość spłonęła prawie doszczętnie trzysta lat wcześniej.
Ocena: -/6

Anna Lawenda na co dzień jest zapracowaną tłumaczką. Żyje pełnią życia tylko, kiedy wyjeżdża w swoje ukochane miejsca, gdzie rysuje pejzaże i spędza beztrosko czas. Jej życie zmienia się, gdy dzwoni do niej nieznajomy mężczyzna, prosząc o spotkanie. Kiedy podczas uroczystego otwarcia restauracji Trzy Topole wzrok Adama pada na szkice jego dawno nieistniejącego już domu, budząc w nim od lat uśpione emocje i wspomnienia, mężczyzna postanawia spotkać się z ich autorką. I może w rysunkach nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie fakt, że dwór, w którym mieszkał niegdyś Adam, spłonął w pożarze setki lat temu.

Naprawdę nie wiem, od czego powinnam zacząć. Może od tego, że dawno już nie czytałam takiej szmiry. Jest to jedna z niewielu książek, których nie byłam w stanie zmęczyć. W pewnym momencie zaczęłam się obawiać, że jeśli przewrócę oczami raz jeszcze, to po prostu oślepnę. Ale zacznę może od postaci. Adam. Trzystuletni wampir, nieziemski, rzecz jasna, którego wąskie wąskie wargi jakimś cudem okazują się być pociągające. Przystojny i zwierzęcy jak dziki kocur, któremu nawet zamężne staruszki nie są w stanie się oprzeć. Przyjaciel Abrahama Lincolna, od którego dostał zapalniczkę z grawerem. Trzystuletni, a więc wnioskuję, że dojrzały mężczyzna, który nazywa swoje auto "dziewczynką" i podaje nam specyfikacje silnika z dokładnością godną sprzedawcy samochodów z dwudziestoletnim stażem. Kiedy wzrok Anny Lawendy pachnącej lawendą pada na Boskiego Ostrowskiego, kobieta doznaje cofnięcia w rozwoju i od tej pory jej wiek mentalny nie przekracza lat piętnastu. Kiedy tylko widzi, bądź myśli o Boskim Ostrowskim, "robi się ciepła i wilgotna w intymnym miejscu"  i przestaje dziwić się babci, która zawsze lubiła koty. I bór raczy wiedzieć, czemu ma służyć ta dygresja. Między parą, rzecz jasna, od pierwszej sekundy zaczyna iskrzyć. Robią podchody niczym nastolatki, a po spotkaniu oboje dzielą ten sam sen erotyczny. To musi być miłość! Tak przynajmniej sądzi mieszkające w domu Adama małżeństwo po pięćdziesiątce (a więc w podeszłym już, według autorki, wieku), jedyni śmiertelnicy, którzy wiedzą, czym jest Boski.

Recepta autorki na sukces? "Lej pan wody ile wlezie!" Opisy nie pełnią w tej powieści żadnej funkcji, poza byciem zapchajdziurą. Są tak absurdalne, że robi się po prostu niedobrze. Przykład: "Rumieniec uniesienia malujący jej cerę na kolor lilii wodnych rosnących w jego ogrodzie. Tak, to ten kolor. Długo się nad tym zastanawiał, zanim znalazł dla niego odpowiednie porównanie. Jedwabiste włosy koloru nasion lnu rozsypane wokół jej pięknej twarzy." OŁ MAJ GAD. Wiecie co mi to przypomina? Moje wypracowania z polskiego. Też lałam wodę, żeby tylko dobić do tych trzystu słów, a opisy Wioletty Szulc do złudzenia przypominają mi moje wypracowania z lektur pozytywistycznych. Para, która mieszka w domu Adama to też taka zapchajdziura, która nic nie wnosi, ale zapełnia trochę przestrzeń w Wordzie. 

Opisy są żenujące, tak samo jak monologi i dowcipy, a przemyślenia Anny są zwyczajnie niedorzeczne. Dobrze, że rzecz dzieje się w Polsce, a Boski Ostrowski nie błyszczy w słońcu, bo jeszcze bym pomyślała, że autorka zbyt mocno zainspirowała się Zmierzchem. A tak uważam, że zainspirowała się nim tylko troszkę. No, może bardziej niż troszkę. W czym nie ma, rzecz jasna, nic złego, ale od twórczości własnej oczekuję nieco więcej własnej inwencji.

Technicznie ciągle mi coś zgrzytało. Począwszy od wszędobylskiego "OK" w miejscu "okej", przez dziwaczny szyk zdań, a na błędach logicznych skończywszy ("Przed oczami cały czas widział dwa obrazki. Nieduże, narysowane ołówkiem[...] Autor namalował nawet lancetowate liście i drobne, delikatne kwiatostany."). Często w przypadku okropnych książek przynajmniej okładka jest ładna. Tu nie ma nawet tego. James Franco i laska z niebieskim policzkiem? Łał, ktoś się naprawdę postarał.

Tak sobie myślę, że może i ja powinnam zacząć publikować swoje teksty. Ogólnie nie uważam ich za arcydzieła, ale skoro osoby z zerowym warsztatem - bo jego brak jest wyraźnie odczuwalny - publikują i odnoszą sukces, to czemu nie? Jedyne, co sprawia mi przykrość, to to, że grupa docelowa Rysunku w sercu ma tak niskie wymagania, że uznała tę powieść za całkiem niezłą.

Jako że nie dałam rady skończyć tej książki, nie zobaczycie tu jej oceny. Może to i lepiej, bo oceny ujemne na moim blogu nie mają racji bytu. Ale może kiedyś - w co wątpię - skończę Rysunek... i stworzę nową skalę ocen specjalnie z tej okazji?

Komu polecam? Nikomu. Poczytajcie coś innego. Chyba wszystko będzie lepsze niż to.

sobota, 15 listopada 2014

OŁ EM DŻI! Ona czyta "Zmierzch"!

Nostalgia (gr. νóστος, powrót do domu, i ἄλγος, ból) – potocznie, doskwierająca tęsknota za ojczyzną (krajem ojczystym), a także, tęsknota za czymś przeszłym, co utrwaliło się w pamięci lub do czegoś, co wyobrażono sobie w marzeniach.

Nie macie czasem tak, że żyjecie sobie normalnie, pracujecie, nagle macie ochotę obejrzeć na przykład film, którego dawno nie widzieliście i BUM! dociera do Was, jak bardzo za tym tęsknicie?

Mnie nostalgia dopadła kilka tygodni temu. Dziwne uczucie, niezbyt przeze mnie lubiane, bo mimo że w jakimś sensie pozytywne, to jednak bolesne. Ale od początku. Od dłuższego czasu spędzam dni samotnie. Nie przeszkadza mi to, ale jak muszę sobie coś ugotować, to szybciej i raźniej mi się pracuje przy filmie. Lubię, jak coś tam mi gra w tle do kotleta, więc włączyłam od dawna nieoglądany, zakurzony Zmierzch. No i jak już skończyłam, to obejrzałam pozostałe cztery filmy i... rozkleiłam się totalnie. Wiecie (a może i nie wiecie), w tym roku największe polskie forum fanów sagi rozpoczęło swój prawdziwie wampirzy żywot. Mam na myśli, że zostało zamknięte i można je jedynie podziwiać, ale pisanie postów i jakiekolwiek zmiany są niemożliwe (hy hy, widzisz pan tę alegorię?!). I to wydarzenie tak naprawdę zapoczątkowało tę moją nostalgię. Nagle przypomniałam sobie, jak to forum tętniło życiem, ile czasu spędziłam na rozmowach, ile się nauczyłam, ile cudownych tekstów przeczytałam, ilu poznałam niesamowitych ludzi, z którymi wciąż utrzymuję kontakt, ile emocji wiązało się i wciąż wiąże z tym forum. Ten, kto tego nie przeżył, raczej nie zrozumie, dlatego kiedy zrobiłam sobie ten filmowy maraton, moja nostalgia osiągnęła poziom szczytowy, gdy pojawiła się scena końcowa.(Ścieżki dźwiękowej nie będę nawet komentować, bo jest idealna i także robi mi mokre oczy)

Mimo wszystko nadal coś ściskało mnie w dołku, dojrzałam więc do kolejnej decyzji: przeczytam sagę raz jeszcze, tym razem w oryginale. Wiecie co nadchodzi? Tak, recenzja.


czwartek, 23 października 2014

Zestawienie filmów o zakochanych umierających nastolatkach

Ach, jakże wesoły tytuł, nieprawdaż? Ale pogoda za oknem jakoś nie zachęca mnie do wesołości. Poza tym jest zimno i coś ugryzło mnie w stopę, dzięki czemu chodzenie stało się wyjątkowo uciążliwe. Toteż napiszę posta, pomyślałam.

Jak pomyślałam, tak zrobiłam.

Filmów o umierających nastolatkach nie ma wiele. A przynajmniej takich, w których rzeczone nastolatki umierają na raka. No chyba że o jakichś nie wiem i/lub zapomniałam. No ale do rzeczy.

(polecę chronologicznie)

Szkoła uczuć (2002)
Ach, któż nie zna tej historii? Któż nie wzdychał do Landona Cartera (Shane West), najpopularniejszego w szkole cwaniaczka, który jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (w roli różdżki Mandy Moore) zmienia się z lekkomyślnego nastolatka w dojrzałego, odpowiedzialnego mężczyznę. I jak to zwykle bywa w historiach o wielkiej miłości - coś poszło nie tak. Kiedy Landon przyznaje przed samym sobą, że jest w Jamie, dziewczynie skromnej, religijnej, na pozór zupełnie nie w jego typie, po uszy zakochany, okazuje się, że Jamie jest chora. I, cóż, bynajmniej nie jest to grypa.


Keith (2008)
Natalie (Elizabeth Harnois) jest popularna. Bardzo popularna. Życie ma zaplanowane na co najmniej dwadzieścia lat do przodu. To życie to przede wszystkim świetnie zapowiadająca się kariera tenisistki oraz rodzice, których stać na wspieranie marzeń córki. Natalie jest bardzo pilną uczennicą i kiedy na lekcji chemii jej partnerem okazuje się być Keith (Jesse McCartney) - dziwak, ekscentryk i olewator - dziewczyna postanawia, że przebrnie przez to z uniesioną głową. Coś się jednak zmienia. Natalie jest zaintrygowana. W Końcu za sprawą Keitha klapki spadają jej z oczu i zaczyna dostrzegać rzeczy z szerszej perspektywy. Dociera do niej, że nie kariera, majątek i przyjaciele z wyższych sfer są najważniejsi. Ważna jest szczerość i życie dniem dzisiejszym. Z domieszką ekscentryczności. Natalie zakochuje się, a Keith łamie jej serce.

Bez mojej zgody (2009)
Kiedy państwo Fitzgerald dowiadują się, że ich córka jest śmiertelnie chora i tylko przeszczepy od dawcy idealnego będą w stanie przedłużyć jej życie, postanawiają tego dawcę idealnego począć. Rodzi się Anna i już w wieku kilku lat przechodzi pierwszą operację, która ma pomóc starszej siostrze. Po latach kilkunastoletnia Anna (Abigail Breslin) wnosi pozew przeciwko swoim rodzicom. Pozew, który ma jej dać prawo do decydowania o sobie. Ma już dość operacji, ma dość bólu na rzecz Kate (Sofia Vassilieva), która i tak niedługo umrze. Sprawa jednak nie jest taka prosta, bo rodzice Anny wiedzą, że coś jest na rzeczy. Wiedzą, że dziewczynka kocha swoją siostrę i zawsze była gotowa pomóc, nawet jeśli oznaczało to ból i dyskomfort. Okazuje się, że Kate jest już zmęczona sztucznym utrzymywaniem jej przy życiu i decyduje, że już czas odpuścić. W ciągu kilku ostatnich dni życia wspomina swoje najszczęśliwsze chwile. Są wśród nich chwile spędzone Taylorem (Thomas Dekker), chłopakiem poznanym w szpitalu.


Niech będzie teraz (2012)
Tessa (Dakota Fanning) ma siedemnaście lat. Ma listę rzeczy, które chce zrobić zanim umrze. Tessa ma też białaczkę i brak szans na wyzdrowienie. Z pomocą Zoe (Kaya Scodelario) udaje jej się wcielić większość pomysłów w życie. Czego Tessa nie miała na swojej liście to zakochanie się w sąsiedzie Adamie (Jeremy Irvine), dzięki któremu Tessa spogląda na świat inaczej niż dotychczas i który towarzyszy jej aż do końca.
Gwiazd naszych wina (2014)
Podobnie jak w przypadku pierwszej pozycji, tę zna cała książkowa blogosfera. I nie tylko zresztą, bo nawet ci, co za książkami nie przepadają, pokochali Hazel Grace (Shailene Woodley) i Augustusa (Ansel Elgort) równie mocno. Ona ma raka tarczycy z przerzutami i za namową matki zgadza się wziąć udział w spotkaniu grupy wsparcia dla osób z rakiem. On raka ma już za sobą. Ten co prawda zabrał ze sobą jego nogę, ale resztę zostawił nietkniętą. Po przeczytaniu "Czasu udręki", ulubionej książki Hazel, dwójka wyrusza do Amsterdamu, chcąc spotkać się z autorem powieści. Na miejscu muszą przełknąć bardzo gorzką pigułkę. Van Houten (Willem Dafoe) okazuje się być strasznym ignorantem. W dodatku okazuje się, że Gus wcale nie wygrał walki z rakiem.


Niektórzy pamiętają, inni nie, jak mówiłam, że "Zanim umrę", na podstawie której powstał "Niech będzie teraz", podobała mi się o wiele bardziej niż "Gwiazd naszych wina". Ta ostatnia była pełna niepotrzebnego patosu podczas gdy powieść Jenny Downham urzekła mnie swoją lekkością, mimo że temat niestety wybrała dość ciężki. W przypadku filmów było odwrotnie i mimo że oba bardzo mi się podobały, to jednak "Gwiazd naszych wina" wygrywa. Jeśli chodzi o resztę filmów w tym zestawieniu, to "Szkoła uczuć" z perspektywy czasu wydaje mi się dość mierna, "Bez mojej zgody" to film dość kontrowersyjny i trochę na siłę ckliwy, natomiast na punkcie "Keitha" miałam swego czasu niemałą obsesję i to zdecydowanie on jest w tym zestawieniu moim faworytem. Chcąc przydzielić tym pozycjom miejsca, sprawa wyglądałaby tak:

1. "Keith"
2. "Gwiazd naszych wina"
3. "Niech będzie teraz"
4. "Bez mojej zgody"
5. "Szkoła uczuć"

Jak Wy przydzielilibyście miejsca? Widzieliście te filmy? Co o nich sądzicie? A może znacie podobne, które nie znalazły się w tym zestawieniu, a uważacie je za godne polecenia?

wtorek, 14 października 2014

Sherrilyn Kenyon - Styxx


Tytuł: Styxx
Autor: Sherrilyn Kenyon
Wydawnictwo: St. Martin's Press
Opis: As the twin to Acheron, Styxx hasn’t always been on his brother’s side. They’ve spent more centuries going at each other’s throats than protecting their backs. Now Styxx has a chance to prove his loyalty to his brother, but only if he’s willing to trade his life and future for Acheron’s.
Ocena: 6/6

Styxx urodził się 9548 lat przed Chrystusem i już od pierwszego dnia życia miał obowiązki. Najważniejszy - bycie księciem i następcą tronu na wyspie Didymos, jako że urodził się jako pierwszy z dwojga identycznych bliźniąt. Jego brat, Acheron, nie miał tyle szczęścia. Kiedy po raz pierwszy otworzył oczy, został skazany na życie w cierpieniu, odtrącony przez wszystkich, w szczególności własnych rodziców. Jego oczy bowiem miały kolor płynnego srebra, co było niezaprzeczalnym dowodem na to, że Acheron nie jest człowiekiem, a Aara - matka chłopców - najprawdopodobniej zdradziła króla Kserksesa z którymś z bogów. W tym momencie życie chłopca zamienia się w koszmar, który nie ma nic wspólnego z radosnym i dostatnim życiem, na które liczyła dla swego syna prawdziwa matka Acherona, atlantydzka bogini Apollymi, umieszczając dziecko w łonie królowej. I wydawać by się mogło, że Styxx ze swoimi niebieskimi oczami będzie wiódł życie, jakie każdy książę wieść powinien, jednak surowość, ignorancja oraz podejrzliwość ojca, a także brak przychylności ze strony bogów i reszty rodziny skazuje chłopca na życie w piekle. Dopiero, kiedy jako nastolatek Styxx postanawia ze wszystkim skończyć i rzuca się z klifu, odkrywając przy okazji, że jest nieśmiertelny, jego los - jak na ironię - obraca się o 180 stopni. Wtedy Styxx poznaje Bethany, ale jak długo potrwa ich szczęście?

Mam taką zasadę, że nie publikuję na blogu recenzji książek/serii, które są moimi osobistymi faworytami, bo w takim wypadku nie ma żadnej szansy na to, że recenzja będzie obiektywna. Cóż, recenzja z samej definicji obiektywna być nie może, ale w tym wypadku będzie rażąco nieobiektywna.

Kiedy czytałam Acherona, wydawało mi się, że chłopak miał naprawdę przekichane życie. Jako siedmioletni chłopiec został oddany na wychowanie Estesowi, bratu Kserksesa, na Atlantydę, gdzie - kiedy już osiągnął wiek "odpowiedni" - został wujkową prostytutką, który to wujaszek również nie stronił od bratanka. Tortury (dosłownie tortury) serwowane mu dzień w dzień na przestrzeni wielu lat nie mieszczą się w głowie i zastanawia się człowiek, jak ten chłopak będzie potem żył normalnie. Poza tym, jak to możliwe, że jedno z bliźniąt jest prostytutką, która nie chce niczego poza chwilą spokoju, podczas gdy drugie jest zarozumiałym księciem opływającym w dostatki?

Kiedy czytałam Acherona, nienawidziłam Styxksa. Nie rozumiałam, jak mógł traktować swojego bliźniaka w taki sposób, jak mógł mu nie pomóc, jak mógł być tak arogancki i napuszony. Dopiero przeczytanie jego książki otworzyło mi oczy. I o ile Acherona należałoby żałować, to Styxksa niestety trzeba. Bo widzicie, ten drugi urodził się z takim fajnym darem - poza tym, że atlantydzcy bogowie ciągle krzyczeli w jego głowie i słyszał myśli innych ludzi, to odczuwał też ból zadawany jego bratu. Bratu, który był bity na życzenie ojca dzień i noc, a potem bity, gwałcony i torturowany przez wuja i jego kompanów. Nie można też zapomnieć o tym, jak wiele razy Styxx był bity za nieokazanie królowi należytego szacunku, zabierany przez wuja na "polowania", a także pchnięty nożem przez matkę, ojca, brata i Ryssę, starszą siostrę bliźniąt, której prawdziwe oblicze odkrywamy dopiero w Styxksie. Że nie wspomnę o PTSD, które nęka młodego księcia od czasu wojny, na którą wysłał go ojciec, kiedy chłopiec miał lat szesnaście. Kochany, troskliwy tata...

Nie chcę się tutaj wdawać w szczegóły odnośnie tych wszystkich tortur, bo jest tego naprawdę dużo i opisane dość szczegółowo, a dobre serce i skromność Styxksa sprawiają, że cała ta niesprawiedliwość łamie człowiekowi serce.

No ale w końcu książę spotyka Beth, której nie mówi, kim tak naprawdę jest, a ona kocha go za jego dobroć. Oczywiście, jak to u Kenyon bywa, szczęście nie trwa wiecznie. Oj, płakałam ci ja. Dużo i długo. Prawdopodobnie dlatego, że książka to, bagatela, 836 stron.

Czy polecam? Jasne! Komu? Fanom Kenyon. Fanom porządnego romansu paranormalnego. Fanom tzw. "tortured hero" (Kenyon jest w tym mistrzynią, tak baj de łej). Fanom serii Dark Hunter. Fanom dobrej księgi pełnej akcji, miłości, erotyki i humoru (o, ironio!).

Jak znam życie, to zapomniałam napisać połowy rzeczy, które napisać chciałam, więc pewnie będę uzupełniać, a póki co

Multo die!

sobota, 4 października 2014

Book Tag

Nie wiem, o co chodzi. Podobno ta zabawa przybrała po drodze już tyle form, że nikt tak naprawdę nie pamięta, jak wyglądał oryginał. Ten mnie jednak nie interesuje, szczerze powiedziawszy, bo to ta jedna z wielu form przyciągnęła moją uwagę. Zobaczyłam ją u Renaty i postanowiłam się nominować, bo każdy powód do pogadania o książkach jest dobry ;) 

Twoja ulubiona krótka książka.
W 1997 roku wydawnictwo MOVEX wydało serię książeczek, w ich skład wchodziły najbardziej znane bajki dla dzieci. Pamiętam, że miałam wszystkie z wyjątkiem jednej, Śpiącej królewny, ale ta, która najbardziej zapadła mi w pamięć to Dziewczynka z zapałkami Andersena (wybaczcie zdjęcie, rodzicielka uczyniła telefonem, a ja dołożyłam wszelkich starań i fotoszopowych umiejętności, żeby jakoś ono wyglądało. Nie każda Dziewczynka z zapałkami, ale ta jedna, konkretna, bo mimo że tę historię wszyscy znamy, to ilustracje Erin Augenstine sprawiają, że jest to zupełnie nowe doznanie. Ilustracje są przepiękne, kolorowe i bogate w detale. Zanim wyjechałam za granicę, przeglądałam te książeczki - bo teraz już powędrowały do pokoju mojej młodszej siostry, więc nie mogłam zabrać ich ze sobą - i ciężko było mi nie rozczulić się nad historią Dziewczynki raz jeszcze. Do moich ulubionych zaliczam także Królewnę Śnieżkę, którą również ilustrowała Augenstine. Pamiętam, że jako dziecko, zachwycałam się urodą królewny, która faktycznie na ilustracji była tak śliczna, jak ta opisana w bajce.

Książka, którą każdy przeczytał i poczułeś presję, żeby ją przeczytać.
Chyba jeszcze nigdy nie czułam takiej presji. Na długo zanim TFIOS została przetłumaczona na język polski, słyszałam i czytałam peany wygłaszane na jej cześć. Sami zresztą wiecie, jak wielki był ten hajp. Obudowy na telefon, koszulki, pościele, torty urodzinowe, słowem: wszystko. No więc myślę sobie, że to musi być coś dobrego. Doczekałam się polskiego tłumaczenia, naczytałam się pozytywnych recenzji, kupiłam, przeczytałam i... kicha. Kicha, no. Spodziewałam się czegoś o wiele lepszego i Gwiazd naszych wina Johna Greena jest dla mnie nauczką, żeby nie wierzyć we wszystko, co mówią internety. Muszę jednak przyznać, że niedawno obejrzałam film (przed obejrzeniem którego broniłam się rękami i nogami) i wyłam jak bóbr. Obsada dała radę (chociaż Augustusa mimo wszystko bym wymieniła), no i soundtrack... cudowny. Ed Sheeran jak zwykle nie zawiódł. All of the Stars jest przecudowna. Jak i reszta zresztą ;)

Książka, którą przeczytałeś zanim to było popularne.
Pięćdziesiąt twarzy Greya przeczytałam w oryginale. Tak się złożyło, że zaraz kiedy została wydana. Niespecjalnie na nią czekałam, po prostu zobaczyłam na Amazonie czy gdzieś, przeczytałam opis, myślę "o, BDSM, fajnie, biorę", no a potem czytam i okazało się, że wcale nie tak fajnie. Nigdy nie czytałam bardziej anty feministycznej książki o tak chorym związku. Byłoby miło, gdyby KOBIETY przestały w końcu ukazywać mężczyzn takich jak Grey, czyli stosujących przemoc fizyczną i psychiczną oraz wykorzystujących przewagę nad osobą słabszą, jako kochanków idealnych, bo robią innym kobietom niedźwiedzią przysługę. Grey to nie jest kochanek idealny. Od Greya trzeba uciekać, gdzie pieprz rośnie, a potem znaleźć sobie partnera, a nie pana i władcę. Sądzę też, że byłoby dość ciekawie, gdyby KOBIETY przestały ukazywać bohaterki swoich książek jako szare myszki, w których drzemią lwice. Dlaczego one nie mogą być od samego początku pewne siebie i swojej seksualności? W zamian dostajemy Anę, która mając lat dwadzieścia trzy odkrywa, że to, co ma między nogami, nie służy tylko do siusiania. SERIO?

Książka, która nie pamiętasz czy ci się podobała, czy nie.
Niektórzy wiedzą, że lubię Piekarę. Inni wiedzą, że lubię go do tego stopnia, że mam wszystkie jego książki i opowiadania wyrwane z czasopisma FANTASY, którego był redaktorem naczelnym. Lubię i lubić będę zawsze, mimo że im starsza jestem, tym bardziej moje poglądy na pewne sprawy się zmieniają i nie zawsze zgadzam się z tymi w książkach Piekary. Niemniej jednak lubię. Co nie zmienia faktu, że nie pamiętam, jak babcię kocham, nie pamiętam, czy Świat jest pełen chętnych suk mi się podobała. Nie jest no nowela, ale zbiór opowiadań, ale czy mi się podobały? Nie wiem. Nie pamiętam.



Książka tak ładna, że musiałeś zrobić jej zdjęcie.
Nie robię zdjęć książkom, bo nie mam takiej potrzeby. Zresztą i tak zwykle czytam na Kindlu, którego kocham tak mocno, że często robię mu zdjęcia i wrzucam na Instagrama :D









Książka, której chciałbyś zobaczyć ekranizację.
Ambasadoria Miéville'a jest tak cholernie dziwna - w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa - że zastanawiam się, w jaki sposób zostałyby przedstawione postacie. Najbardziej ciekawią mnie oczywiście Ambasadorowie. No i Gospodarze. Jestem pewna, że praca nad nimi wymagałaby mnóstwa pracy i otwartości umysłu, bo tego Miéville ma pod dostatkiem. 

Wyniki wyszukiwania

Wyniki wyszukiwania








    Książka, którą polecasz wszystkim.
    Pamiętam cię to najlepszy i najbardziej klimatyczny horror jaki czytałam. Nie thriller, horror. Taki z paranormalnymi zjawiskami i duchami, i złymi mocami, i wszystkim. Nadaje się szczególnie na październik, bo a) za oknem zaczyna robić się nieciekawie, a w książce klimat też raczej surowy, b) jeśli świętujecie Halloween, to ta pozycja zdecydowanie się nadaje, i c) bo to kawał, KAWAŁ świetnej literatury, niedoceniony moim zdaniem.





Do zabawy nominuję wszystkich, którzy kiedykolwiek trafią na tego posta, bo jest całkiem fajna. Nie zapomnijcie tylko podlinkować swojego posta w komentarzach, chętnie zajrzę i przeczytam Wasze typy ;)

Jeśli chodzi o prywatę, to dostałam w spadku złotą rybkę, uczę się norweskiego, oduczyłam się siedzenia przed komputerem 25/7 i dużo, dużo czytam.

Wyniki wyszukiwaniaChina Miéville

Wyniki wyszukiwaniaChina Miéville

sobota, 23 sierpnia 2014

Jacek Piekara - Przenajświętsza Rzeczpospolita


Tytuł: Przenajświętsza Rzeczpospolita
Autor: Jacek Piekara
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Opis: Autor tak mówi o swojej powieści: „wyobraźcie sobie sojusz osobników pokroju Rydzyka, Millera i Michnika i co z tego sojuszu wyewoluowałoby za lat -dzieści. Fanatyzm religijny połączony z totalną degeneracją państwa i jego urzędników, a wszystko w fałszywie moralizatorskim, ideologicznym sosie, mającym zakłamać każdy aspekt życia”.
Ocena: 4-/6

W trzydzieści lat po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej kraj, który znamy to przeszłość. Panują tu strach i choroby, kwaśny deszcz koloru rdzy brudzi ubrania, a chmury smogu spowijające niebo przesłaniają słońce za dnia i gwiazdy nocą do tego stopnia, że w ogóle ich nie widać i tylko co bogatsi obywatele mogą pozwolić sobie na cyfrowe projekcje tychże. Jednym z nich jest pisarz Konrad Piotr, który wzbogacił się, publikując książki i artykuły zgodne z tym, co narzucił Kościół. Jest i poseł Lepki, który określony został mianem jednego z tysięcy likwidatorów spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, którą kiedyś nazywano Polską. Jest też Atlas Symbol, poeta, zwyczajny Polak, który ma wiele do powiedzenia, ale nigdy w obliczu zagrożenia i który odwraca wzrok, kiedy komuś dzieje się krzywda. Mamy Amalryka Dymałę, urzędnika, który w wyniku pewnych zbiegów okoliczności pnie się po szczeblach kariery w trybie ekspresowym. Nie należy zapomnieć o postaci, przed którą drżą wszyscy wyżej wymienieni - pan Światłoniesień, którego nazwisko dość dobitnie sugeruje jego zamiary.

Polska to kraj brudny, szary, biedny i pijany, sprzedany kawałek po kawałku i skorumpowany. Polska to kraj, w którym rządzi Kościół; kraj, w którym prezydent to jedynie bezmyślna marionetka kurczowo ściskająca pluszowego misia i plotąca coś od rzeczy. Obywatele żyją w strachu przed policją i zesłaniem na Śląsk, który stał się dla współczesnej Polski tym, czym był dla niej Oświęcim w czasach drugiej wojny światowej. Polska to obraz nędzy i rozpaczy. Sytuacja zmienia się, kiedy na Suwalszczyźnie zostają odkryte złoża ropy, na które już ostrzą sobie ząbki grube ryby, wietrząc tu konkretny interes. Czy Polska ma jeszcze szansę, by pozbyć się pasożytów, odrodzić się i pokazać swą wielkość?

Do napisania tej recenzji zbieram się od tygodnia. Nie że brak mi weny, po prostu nie bardzo wiedziałam, jak się do tego zabrać. Książka wywołuje różne emocje. Moim zdaniem jest to taka słodko-gorzka powieść, dystopia mająca ukazać obraz upadku Polski i polskości po przejęciu rządów przez Kościół. Dlaczego słodko-gorzka? Bo coraz mniej przypomina dystopię, a coraz bardziej biografię. Jeśli śledzicie wydarzenia, które miały miejsce w ciągu ostatnich kilku miesięcy, to wiecie, o czym mówię.

"Przenajświętsza..." to powieść mocna, surowa i przepełniona nienawiścią, obnażająca nasze, Polaków, wady. Jak na mój gust trochę za dużo tutaj przekleństw. Lubię Piekarę, to mój ulubiony autor, więc przywykłam do słownictwa, jakiego używa w swoich powieściach. Sama od używania mocnych epitetów też raczej nie stronię, ale całkiem możliwe, że z biegiem lat gust mi się po prostu zmienia i coraz mniej podoba mi się tak duże ich stężenie w jednej książce.

Jeśli chodzi o akcję i fabułę, to sama nie wiem. Z jednej strony wszystko przebiega raczej płynnie, czyta się szybko i dość przyjemnie, ale bywają momenty, które nie wiadomo skąd się biorą, a potem nie są objaśnione. Akcja biegnie jednostajnie i wije się tylko po to, żeby pod koniec zawiązać się i zakończyć w ciągu kilku stron. Tak jakby brakło już pomysłów i czas naglił, więc trzeba było raz dwa skończyć i od razu słać książkę do druku, w efekcie czego po skończeniu zamknęłam ją i zrobiłam :/, bo nie do tego przyzwyczaił mnie Piekara. Jego książki są zwykle dopracowane i dopięte na ostatni guzik, a tutaj takie niemiłe zaskoczenie.

Technicznie nie mam się do czego przyczepić. Fabryka Słów jak zwykle odwaliła kawał dobrej roboty, redagując książkę. Błędów się nie doszukałam, ale całkiem możliwe, że to dlatego, iż moje wydanie ma już kilka ładnych lat, a wtedy wydawnictwa wciąż dbały o to, żeby to, co wydają trzymało się kupy i nie wywoływało gęsiej skórki nawet u najbardziej wymagającego czytelnika.

Podsumowując: czy mi się podobało? Tak i nie, ale bardziej tak. Czy polecam i komu? Jasne, że polecam. Powieść powinna spodobać się fanom polskiej fantastyki, fanom Piekary, fanom dystopii i antyutopii.

***

Nie sądziłam, że nadejdzie w moim życiu taki moment, kiedy nie będę wiedziała, co czytać. Jestem teraz za granicą i wszystkie moje papierowe książki zostały w domu. No, poza jedną, która zmieściła mi się w bagażu, czyli Z zimną krwią Capote, ale tej nie mam ochoty teraz czytać. Postanowiłam, że nadrobię moją ukochaną serię o Mrocznych Łowcach autorstwa Sherrilyn Kenyon, ale nie chcę jej recenzować, bo to - włączając opowiadania - chyba 32 część, a potem? Nie wiem. Mam mnóstwo folderów z ebookami i może po prostu zacznę alfabetycznie, żeby było sprawiedliwie?

czwartek, 31 lipca 2014

English Matters "English spoken today"


Tytuł: English Matters
Wydawnictwo: Colofrul Media
Opis: English Matters to dwumiesięcznik tworzony przez polsko-brytyjski zespół specjalnie dla wszystkich zainteresowanych nauką języka angielskiego. Jego treść stanowią różnorodne artykuły ilustrowane kolorowym materiałem zdjęciowym.
Ocena: -
Najnowsze wydanie English Matters poświęcone jest w całości językowi angielskiemu. Na początek dostajemy oczywiście sporą dawkę historii. Poznamy ważne osobistości, które na przestrzeni wieków miały ogromny wpływ na ten język. Dowiemy się też, dlaczego angielski to po prostu francuski ze śmiesznym akcentem. Read All About it - in the Tabloids serwuje nam nie tylko dawkę historii brukowców, ale także odsłania całą prawdę o ich zamiłowaniu do szokujących nagłówków oraz gier słownych. 

What's in a Language to artykuł o tym, jak duży wpływ na dzisiejsze słownictwo krajów nieangielskojęzycznych ma tenże język i jak bardzo sami "zangielszczamy" słowa, którym wcale nie jest to tak naprawdę potrzebne. Myślę, że wywodzi się to stąd, że język angielski jest bardzo plastyczny i nowe słowa można sobie samemu w potrzebie ulepić, w języku polskim jest to nieco trudniejsze. Osoby które cenią sobie poprawność językową raczej nie uciekają się do takich zabiegów, a nowomowę tolerują jedynie w wydaniu Norwida. Dalej mamy artykuł o przeklinaniu, który uświadamia, że nie warto "rzucać mięsem" w obcym języku, jeśli istnieje choćby cień szansy, że możemy coś przeinaczyć, a już za chwilę czytamy o slangu, skąd się wziął oraz kto i dlaczego go używał (zanim stało się to popularne we wszystkich grupach społecznych). Tak jak w poprzednim numerze, tak i w tym otrzymujemy możliwość nauki języka poprzez tekst piosenki. Tym razem jest to nauka slangu z Outkastem i Hey... Ya. Zostaje tutaj wyjaśniona między innymi kwestia używania do/don't przez native speakerów, kiedy ewidentnie powinni użyć does/doesn't. Moim zdaniem to zwykłe niedbalstwo i lenistwo, dlatego nie cierpię slangu. 

Dr. Phil - the Cure for the Modern Times? to tekst o znanym i uwielbianym przez Amerykanów psychiatrze Philu McGrow, który stał się sławny dzięki Oprah Winfrey, a który już niedługo potem dorobił się własnego programu. Każdy odcinek show to czterdzieści minut opowieści ludzi "po przejściach", coś jak nasze Rozmowy w Toku, z tym że może mniej żenujące. Głosy na temat programu są jednak podzielone. Jedni sądzą, że program jest jak najbardziej pomocny, gdyż jego goście odczuwają znaczną ulgę, mogąc wygadać się komuś, kto chętnie im pomoże i zaoferuje pocieszenie. Inni natomiast, że żeruje na nieszczęściu innych, lekarze zaś twierdzą, że czasem zdarzają się przypadki, którym nie można pomóc w ciągu jednego czterdziesto minutowego odcinka. Następny artykuł spodobał mi się chyba najbardziej, bo opowiada o homoseksualnych pisarzach, którzy za wszelką cenę nie chcieli ukrywać kim naprawdę są i jak tego typu literatura ewoluowała na przestrzeni lat. I chociaż niektórzy nadal kręcą nosem, to jednak homoseksualiści mogą śmiało mówić o swoich uczuciach bez strachu przed więzieniem. 

The Risk of Axing Questions - Nigerian Pidgin to artykuł, jak sama nazwa wskazuje, o Nigerii, najbardziej popularnym państwie Afryki, oraz różnorodności językowej, która tam panuje. Mówi się tam bowiem w aż 521 językach, przy czym angielski wciąż pozostaje językiem urzędowym. Ta różnorodność prowadzi do niedomówień, w konsekwencji czego wychodzą kwiatki językowe, które na pewno wywołają uśmiech na twarzy. Ostatnie dwa teksty mówią o ewolucji języka spowodowanej przez uzależnienie ludzi od pisania smsów oraz o programach komputerowych, które umożliwią nam naukę angielskiego oraz jak taki program nabyć, nie wydając przy tym fortuny. 

Czasopismo miałam możliwość przeczytać dzięki wydawnictwu Colorful Media.



Jako że za dwa tygodnie wyjeżdżam za granicę, byłam zmuszona zakończyć współpracę z wydawnictwem Colorful Media, więc to zapewne ostatni numer English Matters jaki tutaj recenzuję. Moja współpraca z wydawnictwem była krótka, ale sądzę, że owocna i chciałabym podziękować za możliwość nauki języka w sposób, który najbardziej mi odpowiada.

poniedziałek, 28 lipca 2014

China Miéville - Dworzec Perdido


Tytuł: Dworzec Perdido
Autor: China Miéville
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Opis: Od ponad tysiąca lat Parlament z pomocą brutalnej milicji sprawuje kontrolę nad społecznością robotników i artystów, szpiegów i żołnierzy, uczonych i magików, a także włóczęgów i prostytutek. Lecz oto w Nowym Crobuzon pojawia się kaleki przybysz z mieszkiem pełnym złota i zleceniem, którego niepodobna wykonać. Za jego sprawą, choć bez jego udziału, miasto dostaje się w szpony niepojętego terroru, a losy milionów obywateli zależą od garstki renegatów.
Ocena: 5-/6
Nowe Crobuzon. Metropolia. Centralny punkt świata Bas-Lag, w którym ludzie, zmutowani prze-tworzeni oraz obce rasy żyją koło siebie we względnej symbiozie. Miasto wiecznie spowite chmurami smogu i rządzone twardą ręką Parlamentu i milicji nie nastraja do odwiedzin, a mimo to zjawia się w nim tajemnicza postać rozpaczliwie szukająca pomocy. Odnajduje tu Isaaca Dana der Grimnebulina, ludzkiego naukowca, który rozpoznaje w Yagharku garudę, przedstawiciela rasy ludzi-ptaków żyjących w Cymek. Yagharek, jak się okazuje, utracił skrzydła, co było jego karą za zbrodnię, której się dopuścił. Zbrodnię "kradzieży wyboru drugiego stopnia z kompletnym nieposzanowaniem". Isaac nie rozumie, co to oznacza, ale postanawia pomóc garudzie, uznając jego przypadek za szalenie fascynujący, Yagharek bowiem nie chce zwyczajnych, doczepianych skrzydeł. On znów chce latać, nie będąc zależnym od żadnej maszyny, niezależnie od metody czy środków podjętych przez Grimnebulina. Naukowiec od razu zabiera się do pracy, korzystając z pomocy Lemuela Pigeona, który jest kontaktem Zaaca z przestępczym półświatkiem. Mężczyzna prosi Piegona, by ten dostarczył jak najwięcej różnorodnych próbek w postaci osobników, które posiadły zdolność latania. Lemuel puszcza informację w eter i już wkrótce pracownia Grimnebulina roi się od najróżniejszych skrzydlatych gatunków zamieszkujących Nowe Crobuzon. Szczególną uwagę naukowca przyciąga piękna, wielokolorowa gąsienica. Zupełnie przypadkiem odkrywa, że istota nie chce pożywiać się niczym, poza nowym, silnym narkotykiem, który ostatnio pojawił się w mieście. Najedzona, wielka i tłusta gąsienica zaczyna się przepoczwarzać. Isaac nie może doczekać się finalnego produktu tej przemiany, nie zdając sobie sprawy, że już wkrótce za jego sprawą w mieście zapanuje terror, jakiego dotąd Nowe Crobuzon nie widziało.

Dworzec Perdido to moje kolejne spotkanie z twórczością Chiny Miéville'a. Pierwszy raz zapoznałam się z nią, czytając Ambasadorię i już wtedy byłam pod wrażeniem, jest to bowiem twórczość oryginalna na tyle, że zasługuje na uwagę.  To jeden z tych autorów, z których dziełami warto się zapoznać, nawet pomimo braku zainteresowania gatunkiem, bo są jedyne w swoim rodzaju. Zastanawiam się czasem, w jaki sposób pracuje mózg autora, bo jakby nie było, trzeba mieć łeb, żeby wymyślić nowe nazwy dni tygodnia czy też miesięcy, że o zupełnie nowych rasach nie wspomnę. Do tego dochodzi steampunk i przygnębiająca aura swego rodzaju antyutopii, która towarzyszy nam od początku do końca powieści. Powiem tak: Dworzec Perdido to świetna przygoda. Nietuzinkowa fabuła, różnorodne, wielowymiarowe postacie, jedynym mankamentem jest to, że ta książka jest zwyczajnie za długa. To prawie 650 stron, a prawdziwa i konkretna akcja zaczyna się tak naprawdę pod sam koniec. Muszę przyznać, że przez większość czasu niestety się nudziłam i to między innymi dlatego przeczytanie tej książki zajęło mi tyle czasu. Opisy miasta, jego dzielnic i mieszkańców, owszem, są ciekawe, ale jak dla mnie było tego za dużo. Do tego dochodzą rozwleczone wątki, często zupełnie niepotrzebnie. Zatem skąd taka wysoka ocena, zapytacie. Ano stąd, że to naprawdę świetna powieść, koncept ciem żywiących się umysłami, wypijającymi myśli, sny i marzenia jest niesamowicie ciekawy, do tego autor opisuje ich punkt widzenia w taki sposób, że czytelnik jest w stanie zrozumieć ich motywy, a nawet współczuć. Takich konceptów jest wiele, ale mój ulubiony to chyba sposób, w jaki funkcjonuje Cymek, ojczyzna garudów.

Ukraść wybór to pozbawić kogoś możliwości wyboru… Zapomnieć o jego konkretnej sytuacji, uczynić go abstrakcyjnym, zapomnieć o tym, że wszyscy są elementami matrycy, że wszelkie czyny mają swoje konsekwencje. Nie wolno odbierać innej istocie możliwości wyboru… Przecież sama społeczność nie jest niczym innym, jak…sposobem na zapewnienie jednostkom… nam wszystkim… możliwości wyboru. [...] My, mieszkańcy pustyni, mamy znacznie mniej. Czasem głodujemy, czasem odczuwamy pragnienie. Ale wszelkie wybory, jakich możemy dokonać, są dla nas dostępne. Chyba że ktoś się zapomni, że nie pomyśli o realiach cudzego życia, że zachowa się tak, jakby był samotną jednostką…Kradnąc pożywienie, odbiera innym możliwość wyboru: jeść czy nie jeść? Kłamiąc, że nie widział zwierzyny, odbiera innym szansę na udane polowanie. Atakując kogoś bez powodu, odbiera mu możliwość bycia nieposiniaczonym albo życia bez strachu. Dziecko, które kradnie płaszcz najbliższej osobie, aby nocą podchodzić zwierza… – ciągnął garuda – także odbiera jej wybór noszenia lub nienoszenia płaszcza, ale czyni to z poszanowaniem, może nawet z nadmiernym poszanowaniem. Inne kradzieże wiążą się jednak zazwyczaj z nieposzanowaniem. Zabić… ale nie na wojnie czy w samoobronie, tylko… zamordować, znaczy potraktować kogoś z tak kompletnym, absolutnym nieposzanowaniem, że pozbawia się go nie tylko wyboru „żyć lub nie żyć w danym momencie”, ale wszystkich wyborów, których ofiara mogłaby dokonać, gdyby żyła… Wybór rodzi wybór.
[...] Ty powiedziałbyś, że zostałam zgwałcona, ale ja tak nie mówię, to słowo nic dla mnie nie znaczy. On ukradł mój wybór i za to został... osądzony. Wyrok był ciężki... tylko jeden jest gorszy od niego... Istnieje wiele rodzajów kradzieży wyboru mniej ohydnych niż ten i bardzo niewiele straszliwszych... Są i takie, które karze się w identyczny sposób, choć w większości niczym nie przypominają zbrodni Yagharka. Niektórych w ogóle nie uznałbyś za przestępstwo. Czyny bywają różne, ale wina jest jedna: kradzież wyboru. – Tłumaczyła Kar'uchai. – Wasi sędziowie, wasze prawa... seskualizują i sakralizują... dla nich jednostki są abstrakcyjne... nie liczy się matrycowa natura społeczeństwa... kontekst sytuacyjny odwraca ich uwagę od natury przestępstwa... nie ogarniają jej. 
Ten fragment zwrócił moją szczególną uwagę, bo czy i w naszym świecie nie jest tak samo? Często okoliczności, usposobienie czy pozycja w społeczeństwie mają ogromny wpływ na wyrok, podczas gdy przestępstwo jest przestępstwem i nic tak naprawdę tego nie zmieni. 

Kwestie techniczne. Ogólnie tłumaczenie jest na bardzo wysokim poziomie. Wydawnictwo jak zwykle się przyłożyło, jednak jest jedno "ale". Okazuje się, że problem sprawił zapis partykuły "nie" z przymiotnikami. 

Przypomnę jedynie, że "nie" z przymiotnikami piszemy łącznie, wyjątek
stanowią przymiotniki w stopniu wyższym i najwyższym.

Błąd niby niewielki, ale razi, szczególnie jeśli powtarza się bezustannie. Poza tym nie mam wydawnictwu nic do zarzucenia, powieść przetłumaczona i wydana jest porządnie. Czy przeczytam kolejne tomy? Nie wiem. Bardzo możliwe, ale na pewno nie w najbliższej przyszłości.

Komu polecam? Jak już powiedziałam wyżej - każdemu. Naprawdę warto się przemęczyć przez to tomiszcze, bo Dworzec Perdido to kawał bardzo porządnej literatury.

Seria "Nowe Crobuzon":

1. Dworzec Perdido ←
2. Blizna
3. Żelazna Rada

Książkę miałam możliwość przeczytać dzięki wydawnictwu Zysk i S-ka, któremu serdecznie dziękuję.



piątek, 25 lipca 2014

English Matters nr 47.


Tytuł: English Matters
Wydawnictwo: Colofrul Media
Opis: English Matters to dwumiesięcznik tworzony przez polsko-brytyjski zespół specjalnie dla wszystkich zainteresowanych nauką języka angielskiego. Jego treść stanowią różnorodne artykuły ilustrowane kolorowym materiałem zdjęciowym.
Ocena: -

klik po większe
Ten numer to jeden z ciekawszych, jakie do tej pory miałam okazję przeczytać. Zacznijmy od kategorii This and That, z której dowiemy się między innymi, jak odczytywać ułamki, kąty czy matematyczne symbole, co - nie oszukujmy się - przydaje się w codziennym życiu, szczególnie, jeśli sporo mówimy po angielsku. Znajdziemy tu także inspirujące cytaty i krótką listę produktów, która nie tylko przywołuje na usta uśmiech, ale także upewnia, że English Matters zdecydowanie nie jest czasopismem dla najmłodszych ;)

Gherkin
Kategoria People and Lifestyle to mieszanka różnych artykułów. Home Sweet Home - New Faces of Architecture rozwodzi się na temat nowości w świecie architektury. I tak znajdziemy tu na przykład The Kansas City Library, która wygląda jak wielka półka z książkami, czy też mojego ulubionego Korniszona (Gherkin), który bezustannie przewija się w Sherlocku, a który podobno wywołuje sprzeczne emocje (domyślam się, że chodzi o kształt, który większości na pewno nie kojarzy się z cygarem). Przeczytamy tu też o najwyższych budynkach, a także o tym, jak sprytni ludzie radzą sobie z coraz większą ciasnotą panującą w miastach, czyli o domach na wodzie i mini domkach na kółkach.

Kolejny artykuł w tej kategorii to wywiad z tatuażystą, a w następnym przeczytamy co nieco o Lorde oraz pouczymy się angielskiego, bazując na jej piosence Tennis Court, czyli moja ulubiona i wg mnie jedna z najbardziej efektywnych metod nauki języka.

Kategoria Culture to między innymi artykuł, który wyjaśni nam różnice między "brytyjskim" i "angielskim", serwując przy okazji sporą dawkę historii Wysp. Natomiast dział Language to artykuł, dzięki któremu dowiemy się, po co nam tak naprawdę Native Speaker, gdzie taką osobę znajdziemy, kiedy zacząć szukać i przede wszystkim za ile.

Dział Science to jeden z najciekawszych tekstów w tym numerze. Intelligence: More Than Just a Number - jak sama nazwa wskazuje - udowodni nam, że inteligencja to nie tylko numerek i nie można jej tak naprawdę określić za pomocą jednego testu. Naukowcy wyodrębnili co najmniej dziewięć typów inteligencji, a inteligencja logiczno-matematyczna jest tylko jedną z nich i wcale nie najważniejszą, jak się okazuje. Jestem skłonna zgodzić się z tą teorią, bo mimo że mój wynik testu na inteligencję był dość woski, to sami widzicie jak jest ;P

Royal Pavilion w Brighton
Kategoria Travel to między innymi Malta w pigułce, czyli historia tej urokliwej wyspy, a także krótki przewodnik po miejscach, które warto zobaczyć. Kolejny artykuł w tym dziale opisuje miejsca w Wielkiej Brytanii, które podczas pobytu przeniosą nas w najodleglejsze i najpiękniejsze zakątki kuli ziemskiej, bez potrzeby ruszania się z kraju. I tak udając się do Royal Pavilion w Brighton, poczujemy się jak ja Taj Mahal, a odwiedzając Seilebost Beach w Szkocji, powita nas widok rodem z Malediwów. Autorka tekstu co prawda zasugerowała, że temperatura jest tam znacznie niższa, co pozwoli zaoszczędzić nam na kremie do opalania, jednak nie radziłabym tego robić, bo jak każdy wie, promienie UVA i UVB nic sobie nie robią z temperatury i niszczą naszą skórę tak latem, jak i zimą bez względu na pogodę, więc przez okrągły rok, czy to w Wielkiej Brytanii, czy na Malediwach - krem z filtrem 50 ZAWSZE.

Dział Conversation Matters to tekst Flirting, czyli rozmówki przedstawiające, jak flirtować i jak nie flirtować po angielsku, chociaż moim zdaniem to właśnie ten przykład jak nie flirtować (dialog między panią Corney i panem Bumble z Olivera Twista) okazał się zabawny i całkiem atrakcyjny, cała reszta natomiast jest dość oklepana, szczególnie tzw. pick up lines, na które raczej nie poleci nikt z odrobiną oleju w głowie. Jest tu jednak sporo zwrotów, które na pewno przydadzą się podczas rozmowy z potencjalną randką.

I didn't want either *sniff*
Kategoria Leisure to artykuł o serialach popularnych wśród brytyjskich nastolatków. Na liście figurują między innymi Skins, Misfits, Pamiętniki Wampirów czy Doktor Who, który zyskał miano kultu, co w sumie mnie nie dziwi, bo kto nie kocha Doktora?

Ogólnie rzecz biorąc, numer jest bardzo udany. Cieszy mnie, że Colorful Media wychodzi naprzeciw swoim czytelnikom i na ich prośbę wprowadziło zapis fonetyczny trudniejszych słów. Część artykułów jak zwykle można pobrać w wersji mp3 na stronie wydawnictwa, bądź za pomocą kodu QR bezpośrednio na telefon. Na stronie znajdziemy także listę wybranych słów z tego numeru do pobrania w formacie pdf, a także ćwiczenia. English Matters jak zwykle nie zawiódł. 

piątek, 13 czerwca 2014

English Matters nr 46.


Tytuł: English Matters
Wydawnictwo: Colofrul Media
Opis: English Matters to dwumiesięcznik tworzony przez polsko-brytyjski zespół specjalnie dla wszystkich zainteresowanych nauką języka angielskiego. Jego treść stanowią różnorodne artykuły ilustrowane kolorowym materiałem zdjęciowym.
Ocena: -

Jeśli lubicie uczyć się języka z podręczników i wkuwać słówka na pamięć - dobra Wasza. Kiedy chodziłam do szkoły, sama tak robiłam, bo nie bardzo miałam wyjście, ale jeśli tak jak ja lubicie uczyć się języków, na pewno wiecie już, że nauka przychodzi łatwiej, kiedy połączona jest z rozrywką. Tutaj z odsieczą przychodzi English Matters.

W tym numerze każdy znajdzie coś dla siebie. Przeczytamy tu między innymi o Vanessie-Mae, słynnej skrzypaczce, która na poważnie zajęła się narciarstwem. Miłośnicy nauki dowiedzą się, czy ludziom kiedykolwiek uda się przywrócić do życia dinozaury, a łasuchy przeczytają się co nieco o kuchni molekularnej i jakie może ona nieść ze sobą korzyści. Poruszone zostały też poważniejsze tematy takie prostytucja na świecie i jak radzą sobie z nią poszczególne kraje; jak Wielka Brytania radzi sobie z ludźmi na zasiłku i jak weryfikuje, czy osobom tym zasiłek faktycznie się należy (ten artykuł może godzić w serca wielu Polaków (ale nie tylko!)). Natomiast ci, którzy pierwszą podróż samolotem mają wciąż przed sobą, dowiedzą się, jakie zasady obowiązują na pokładzie.

W kategorii People and Lifestyle przeczytamy o przewadze współpracy nad rywalizacją. Konkretny artykuł, który jest w stanie otworzyć ludziom oczy na problem, jakim jest rywalizacja między innymi w szkole. Stąd, jak wiadomo, niedaleko do depresji, a co tu mówić o wolnym czasie poświęconym na rozwijanie własnych zainteresowań. 

Rubryka Culture serwuje nam artykuł o Elżbiecie I, która nigdy nie patrzyła biernie na losy swego kraju i która mogłaby być wzorem do naśladowania dla niejednego mężczyzny w dzisiejszych czasach. Nie zabraknie też dawki mitologii nordyckiej, która dzięki filmowi "Thor" (a tak naprawdę dzięki Lokiemu, nie oszukujmy się ;P) zyskała spore zainteresowanie.

Warto wspomnieć też o kategorii Language, w której w tym numerze przeczytamy o onomatopejach, a także gdzie, kiedy i jak je stosować. Artykuł szczególnie przydatny, jeśli próbujecie swoich sił w pisaniu w języku angielskim.

Ogólnie rzecz biorąc, numer bardzo udany. Artykuły ciekawe i na czasie. Taką naukę języka lubię. 


Czasopismo miałam możliwość przeczytać dzięki wydawnictwu Colorful Media.


sobota, 17 maja 2014

Magdalena Rewers - Tajemnice. W mroku miasta


Tytuł: Tajemnice. W mroku miasta
Autor: Magdalena Rewers
Wydawnictwo: e-bookowo
Opis: Porywający romans grozy na miarę amerykańskiej klasyki gatunku.Ktoś powie: znowu wampiry. A jednak to nie taki zwykły romans grozy. To fascynująca, wielowątkowa powieść z wartką akcją o podłożu kryminalnym i plastycznym wątkiem erotycznym, której niewątpliwym atutem dla polskiego czytelnika jest czas i miejsce akcji.
Ocena: 5.5/6

Co może mieć wspólnego seksowny wampir z tysiącem lat na karku i szara, zaniedbywana przez męża myszka w średnim wieku? Wydawałoby się, że nic. Bogusław prowadzi spokojne, monotonne wręcz życie kierowcy nocnej taksówki. Odkąd wampiry przestały żywić się bezpośrednio na ludziach, jedynego dreszczyku emocji dostarcza mężczyźnie Leon, młody, rezolutny krwiopijca, któremu nie straszne humory Sławka. Sytuacja zmienia się, kiedy jadąc poznańskimi ulicami, stary wampir omal nie potrąca zamyślonej kobiety wchodzącej mu tuż przed maskę auta. Wściekły kierowca daje jej reprymendę, jednak ta, zamiast odszczeknąć się, dziękuje Bogusławowi za to, że udało mu się w porę wybrnąć z sytuacji. Taka postawa intryguje mężczyznę i choć Kaśka w ferworze obowiązków zapomniała o całym zdarzeniu w chwilę później, Bogusław nie jest w stanie, poniekąd przeczuwając, że jego życie ulegnie diametralnym zmianom. Od tej chwili Kaśka nigdy tak naprawdę nie opuszcza jego myśli, a przypadkowe spotkanie w dyskotece tylko wzmaga obsesję wampira. Czy tym dwojgu będzie kiedykolwiek dane być ze sobą? Czy Kaśka zrezygnuje z życia w nieudanym małżeństwie na rzecz własnego szczęścia? Czy Bogusław zdecyduje się zawalczyć o kobietę swych marzeń, mimo tak niepewnych dla Rodzaju czasów?

Na informację o „Tajemnicach…” natrafiłam zupełnie przypadkiem na serwisie Chomikuj.pl. Bardzo dobre opinie sprawiły, że skontaktowałam się z autorką i w ten sposób książka trafiła w moje łapki. Przyznam szczerze, że mimo iż książka została odebrana bardzo pozytywnie, a ja bardzo chciałam ją przeczytać, miałam pewne wątpliwości. No bo znów wampiry i znów romans. A jak wampiry i romans, to i główna bohaterka, która jest zapatrzona w siebie i głupia jak but, a sami wiecie, jak ja uwielbiam takie postaci. Nie zrozumcie mnie źle, ja uwielbiam wampiry i romanse paranormalne, ale przeczytałam ich już tyle, że ciężko nie dostrzec tego samego, utartego schematu. Do tego całość osadzona w polskich realiach, a to zwykle oznacza szaroburą scenerię i wszechobecne marudzenie i trochę mi się to wszystko gryzło. Wystarczyło jednak przeczytać kilka stron i już wiedziałam, że stereotypy mogę sobie wsadzić w kieszeń, jest to bowiem powieść dojrzała i na naprawdę światowym poziomie, przy której chowają się wszystkie te amerykańskie czytadła. 

Jest ciekawie, intrygująco i inaczej niż zwykle, bo oto dostajemy bohaterkę w średnim wieku, która będąc w cieniu atrakcyjnego męża i jego zawodowych sukcesów, całkowicie poświęca się opiece nad dwójką dzieci i dorzucaniu drwa do domowego ogniska. Małżonek nie szczędzi Kaśce gorzkich epitetów i kąśliwych uwag na temat jej sylwetki, a ona, z racji łagodnego usposobienia, pozwala mu na to, ale tylko do czasu. Małżeństwo w końcu rozpada się, a kobieta mimo trudnej sytuacji staje na nogi i powoli wychodzi na prostą.

Strasznie polubiłam Kaśkę. Nareszcie dostałam konkretną babkę, której daleko do ideału, a nie Mary Sue. Cieszy mnie, że moja imienniczka nie okazała się tępym klocem, a rezolutną i ogarniętą babką. Kaśka jest kochaną matką, której relacja z dziećmi jest wręcz rozczulająca. Kaśka przeżywa różnorakie rozterki, ale żadna z jej decyzji nie bierze się znikąd. Nawet jej kompleksy są racjonalnie uzasadnione, co zresztą potwierdzi każda kobieta z kompleksami Na szczęście resztki Kasinej pewności siebie ratuje Bogusław, który traktuje kobietę niczym boginię i czytając o nich, nie raz zdarzyło mi się kwiknąć i zapowietrzyć. Przykład Kaśki w sumie daje nadzieję. Nadzieję na to, że nigdy nie jest za późno, żeby się zakochać i że miłość zdarza się nie tylko młodziutkim, wypacykowanym modelkom Victoria’s Secret.

Podobało mi się też, że autorka nie starała się na siłę osadzać realiów w jakimś amerykańskim mieście, tylko zdecydowała się na nasz Poznań. Dzięki temu czujemy pewną więź z bohaterami, jesteśmy świadomi, że oni tak jak my mówią w tym samym języku czy robią zakupy w tych samych marketach. Poza tym „Tajemnice…” to nie tylko dobra książka, ale też całkiem niezła wycieczka po Poznaniu i kiedy kolejny raz odwiedzę to miasto, chętnie przejdę się uliczkami, którymi chadzali bohaterowie powieści.

Jeśli chodzi o kwestie techniczne, to też w zasadzie nie mam nic do zarzucenia. Dialogi mogłyby być nieco bardziej wyluzowane, ale poza tym wszystko jest naprawdę cacy i dopięte na ostatni guzik. Akcja jest konkretnie rozwinięta, nie pędzi, ale też nie dłuży się w nieskończoność, dzięki czemu ciężko oderwać się od czytania. Język, jakim operuje autorka, jest godny podziwu. Plastyczny i szalenie bogaty, wiele można się nauczyć. Tak naprawdę dopiero rozmowa z autorką dała uświadomiła mi, jaka to jest ciężka robota umieć sklecić słowa w taki sposób, żeby to brzmiało dobrze. Wyobrażałam sobie siebie siedzącą przed Wordem, próbującą zapisać swoje pomysły w taki, a nie inny sposób i za każdym razem zadawałam sobie pytanie „jak, do cholery, ona to robi?”. No mnie do poziomu Magdy Rewers w każdym razie bardzo daleko, ale w jej przypadku widać, że jest to pasja i warsztat wypracowywany przez lata.

Już nie mogę się doczekać kolejnych tomów. Wiem, że jeszcze trochę trzeba będzie poczekać, ale dostałam cynk od samego źródła, kiedy mniej więcej mogę spodziewać się drugiej części.

Komu polecam? Naprawdę wszystkim. Warto zapoznać się z tą powieścią nawet, jeśli nie jesteście fankami gatunku (zakładam, że to literatura głównie kobieca, ale jeśli któryś z panów lubi romans paranormalny, również powinien się skusić!), bo „Tajemnice…” są dowodem na to, że literatura polska, jeśli napisana przez odpowiednią osobę, w niczym nie ustępuje literaturze zagranicznej i warto sięgać po nią częściej.

Seria "W mroku miasta":

1. Tajemnice ←
2. Cienie
3. Szepty

Książkę miałam możliwość przeczytać dzięki uprzejmości autorki, którą ściskam i serdecznie pozdrawiam :)


poniedziałek, 5 maja 2014

Jakim jestem czytelnikiem?

"Jakim jestem czytelnikiem?", czyli kolejna blogowa zabawa. Głównie chodzi o to, żeby zastanowić się nad swoim czytelniczym żywotem i dojść do pewnych konkluzji. Następnie wypisać je w poście, najlepiej w punktach, coby było czytelniej. Do zabawy zostałam niezaproszona przez Łukasza z Paragrafu 22 i pół (zostałam zaproszona dopiero jak się upomniałam, więc nie wiem, czy to się liczy jako zaproszenie, czy nie :P). Oczywiście będę zrzynać z innych blogów, bo jestem leniwa i niezbyt kreatywna, a chcę wziąć udział w zabawie :D

  • jestem leniwa, potrafię nie czytać całymi miesiącami, narzekać, że mam pierdyliard książek do przeczytania, a potem nie wziąć żadnej do ręki przez kolejne dwa miesiące, jednak jak już się wezmę, to połykam w całości;
  • czytam wszystko, co podleci, o ile jest naprawdę dobre; nie mam ulubionego gatunku, bo po co się ograniczać?
  • jestem masochistycznym molem książkowym; lubię książki, które niszczą mnie fizycznie i psychicznie; lubię, kiedy wyciskają ze mnie łzy, mimo że oczy mam już opuchnięte tak bardzo, że ledwie widzę; im bardziej książka mnie zmiażdży, tym większe szanse na wyższą ocenę (p.s. znacie takie książki? chętnie przeczytam);
  • mam uczulenie na durne postacie kobiece; nienawidzę utartego schematu romansów paranormalnych, w których to główna bohaterka zwykle jest przepiękna (i z reguły albo jest tego bardzo świadoma, albo całe życie czuła się szarą myszą i dopiero jej ukochany wampir/zmiennokształtny/cokolwiek uświadamia jej, jaka jest cudowna), inteligentna i dowcipna (tutaj też bym polemizowała); rzadko jestem w stanie sięgnąć po kolejną część serii, w której występują takie "drapieżne" (lolol) Mary Sue;
  • kocham książki, ale w sumie nie mam ich wiele (takich namacalnych przynajmniej).
trochę na ścianie
(Tak tak, to jest Zmierzch... i Baśniobory. No i mini encyklopedie, żeby nie było :P)

 trochę na jednej półce...
(Brakuje mi tu jakichś sześciu książek Piekary i nie sądzę, żeby jeszcze do mnie wróciły

... i trochę na drugiej

całkiem sporo mam też tutaj

najwięcej jednak książek mam chyba tu, na komputerze, mimo że na komputerze nie czytam w ogóle
(46 folderów, 234 książki, większość nieprzeczytana)

Brawa dla mnie za bardzo udane zdjęcia, jestem miszcz :D (klik po większe, baj de łej)
  • jeśli miałabym wybierać między audiobookiem, ebookiem i książką, to brałabym ebooka; lubię książki w formie tradycyjnej, ale kiedy przychodzi mi przeczytać sześciuset stronicowe (to się w ogóle pisze łącznie czy osobno? :/) cacko, to robi się problem, bo z takim kolosem na boczku już się w łóżku nie położę; audiobooków natomiast nie słucham wcale, bo to dla mnie jakieś dziwaczne i mimo że podobał mi się audiobookowy Mordimer (posłuchałam odrobinę u brata), to jednak się nie przekonam, więc z trzech powyższych wygrywa u mnie ebook;
  • czytam więcej zagranicznej literatury niż polskiej, ale to tylko dlatego, że u nas dobra jest praktycznie tylko fantastyka, inne gatunki są raczej przeciętne (aczkolwiek jestem otwarta na propozycje :D)
  • czytanie w czasie jedzenia nie jest dla mnie czymś niewybaczalnym, powiedziałabym raczej, że to przyjemne z pożytecznym i oszczędność czasu; czytam też podczas mycia zębów, w autobusie, w poczekalni, gdzie tylko mnie natchnie;
  • jak już kupuję książki, to najczęściej zdarza mi się to robić w Biedronce, Stokrotce czy też innym markecie, bo nie kupić książki za dychę to grzech;
  • ilość książek, które chcę przeczytać, wywołuje u mnie straszny niepokój i lekką depresję, bo poniekąd liczę się z tym, że nie przeczytam ich wszystkich, a mimo to nabywam kolejne;
  • nie odwiedzam bibliotek; nie lubię nieswoich książek, nie lubię terminów, poza tym biblioteka w mojej maleńkiej mieścinie jest bardzo uboga (prawdopodobnie dlatego, że na palcach jednej ręki można policzyć osoby, które faktycznie czytają)
  • zawsze doczytuję książki do końca, nawet jeśli mi się nie podobają
Jeszcze raz bardzo dziękuję Łukaszowi za to, że o mnie myślał :D Do zabawy nominuję Dwojrę, Varię i Piotra oraz wszystkich, którzy mają ochotę wziąć udział. Podlinkujcie tylko posta w komentarzu, to wpadnę i Was poczytam ;)

Skoro już wysmarowałam taki luźniejszy post, to od razu podzielę się z Wami kilkoma piosenkami, które się mnie przyczepiły. Proszę bardzo: 

 

piątek, 25 kwietnia 2014

Krzysztof Spadło - Marzyciele i pokutnicy


Tytuł: Marzyciele i pokutnicy
Autor: Krzysztof Spadło
Wydawnictwo: Novae Res
Opis: "Marzyciele i pokutnicy" to zbiór dziesięciu opowiadań, których akcja została osadzona w znanej nam z codzienności współczesnej Polsce. Jednak świat przedstawiony posiada swoje drugie, mroczne i nieznane większości oblicze. Bo przecież skąd możemy wiedzieć, że człowiek którego przed chwilą minęliśmy w sklepie lub na przejściu dla pieszych nie jest tym, który wynalazł maszynę czasu i właśnie planuje udać się w przeszłość, żeby zmienić losy ludzkości? A może chłopiec biegnący z naprzeciwka w zawadiacko przekrzywionej czapeczce bejsbolowej jest kimś zupełnie innym niż z pozoru nam się wydaje? Być może kryje w sobie straszliwą tajemnicę?
Ocena: 3/6

Często zastanawiamy się, czy wiodąc przeciętne życie i mieszkając w polskim mieście na szarym blokowisku mamy szansę na to, żeby spotkało nas jeszcze coś ekscytującego. Coś, co oderwie nas od realiów, w jakich żyjemy i sprawi, że życie nabierze sensu, że nasze mniejsze lub większe porażki zostaną w jakiś sposób wykasowane i zaczniemy wszystko od nowa, z czystym kontem. Bohaterowie "Marzycieli i pokutników" wiodą żywot taki sam, jak większość Polaków. Większość z nich ma pracę, z której nie jest do końca zadowolona; rodzinę, która wchodzi na głowę, a także mnóstwo żalu do samych siebie o niezrealizowane marzenia z młodości. Każdego z nich jednak spotyka coś, co odmienia ich życie na zawsze. Coś nie do końca z tej ziemi. Coś, czego nie da się w logiczny sposób wytłumaczyć.

"Marzyciele i pokutnicy" to zbiór dziesięciu opowiadań. Każde z nich traktuje o czymś innym i celuje w różne grupy społeczne, jednak wszystkie łączy wątek paranormalny, a także przewijająca się tu i ówdzie czerwona ciężarówka, której historię poznajemy już w pierwszym opowiadaniu. Na końcu każdej historii znajdziemy przypis od autora, który wyjaśnia nam, co zainspirowało go do napisania tego w taki akurat sposób i skąd czerpał swoje pomysły. 

Szczerze powiedziawszy mam bardzo mieszane uczucia. Na dziesięć opowiadań podobały mi się jedynie dwa - "Przewoźnik" oraz "W imię Twoje". Były pomysłowe, dopracowane i w miarę zaskakujące. Po ich przeczytaniu pokiwałam głową z podziwem, ba! opowiedziałam je nawet rodzicom, którzy też byli pod wrażeniem, bo te historie okazały się strzałem w dziesiątkę. Reszta albo mnie znudziła, albo nie wywarła większego wrażenia, albo zakończenie było kiepskie, albo zwyczajnie mnie zmierziło. Znalazło się kilka opowiadań z niesamowitym potencjałem ("Niepokorni", "Kopacze"), które kończą się szybko i bez jako takiej pompy, której się spodziewałam. Znalazły się też takie, w których odniosłam wrażenie, że kobieta jest dla autora czymś w rodzaju podgatunku. Jeśli kogoś trzeba obśmiać, zmieszać z błotem, zwalić winę za całe zło świata - najlepiej posłuży do tego kobieta. Okropnie mi się taki zabieg nie podoba. Kobieta znów została wsadzona w jakieś śmieszne ramy, w których spełniona może czuć się li i jedynie mając męża i gromadę dzieci ("Dzięki temu obudziła się w niej dusza prawdziwej kobiety, chciała mieć własny dom, kochającego męża, dzieci i czuć się szczęśliwa" - Niepokorni), w zamian otrzymując wieczne niezadowolenie ze strony współmałżonka, co oczywiście nie jest jego winą, bo on jest mężczyzną i musi przeżywać przygody, a ona, baba jedna, przeszkadza mu tylko.

Miałam nadzieję na konkretne, surrealistyczne opowiadania, a dostałam taką trochę gorzką pigułkę. Nie twierdzę jednak, że jest to zła książka. Pomysły na wszystkie te historie są naprawdę niezłe, żałuję jedynie, że wykonanie nie do końca przypadło mi do gustu. 

Komu polecam? Osobom, które mają ochotę przeczytać coś lekkiego, polskiego, paranormalnego, momentami zakrawającego o horror, a które niezbyt przejmują się rolą kobiet w naszym zdominowanym przez mężczyzn świecie.


Książkę miałam możliwość przeczytać dzięki uprzejmości Pana Krzysztofa Spadło, który jest niesamowicie miłą osobą i którego pozdrawiam (a także mam nadzieję, że nie obrazi się na mnie za niezbyt przychylną recenzję).

linkwithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...