poniedziałek, 1 lutego 2016

Abigail Barnette - The Boss


Tytuł: The Boss
Autor: Abigail Barnette (Jennifer Armintrout)
Wydawnictwo: CreateSpace Independent Publishing Platform
Opis: Sophie Scaife almost ran away once, trading her ticket to college for a ticket to Tokyo. But a delayed flight and a hot one-night stand with a stranger changed her mind, putting her firmly on track to a coveted position at a New York fashion magazine. When the irresistible stranger from that one incredible night turns out to be her new boss – billionaire and publishing magnate Neil Elwood – Sophie can’t resist the chance to rekindle the spark between them…
Ocena: 6/6

Sophie Scaife to dwudziestoczteroletnia pewna siebie, niezależna kobieta. Od dwóch lat pracuje jako asystentka modowej wyroczni, Gabrielli Winters, właścicielki poczytnego, znanego na całym świecie magazynu Porteras. Któregoś dnia, jak co dzień, punktualnie o godzinie ósmej dwanaście Sophie spodziewa się wiadomości od szefowej, ta jednak nie daje znaku życia, ani nie zjawia się w pracy. Siedzibę Porteras ogarniają chaos i panika. Kiedy do biura wkracza Neil Elwood, miliarder, właściciel wielu pism odnoszących sukces nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale i na świecie, nowy szef Porteras, Sophie czuje się, jakby ktoś chlusnął jej w twarz kubkiem zimnej wody. Nagle przenosi się sześć lat w przeszłość, do wieczora na lotnisku w Los Angeles, kiedy pod wpływem impulsu postanowiła polecieć do Tokio, zamiast na uczelnię do Nowego Yorku i rozpocząć nowe życie. Okazuje się, że lot został przesunięty. Wtedy poznaje Leifa, tajemniczego dziennikarza, który miał lecieć tym samym lotem, co Sophie. Od słowa do słowa, oboje lądują w hotelowym pokoju, gdzie spędzają upojną noc, o której dziewczyna nigdy nie była w stanie zapomnieć. Kiedy Sophie budzi się, okazuje się, że została sama. W dodatku bez swojego biletu do Tokio. Gdy powraca myślami z powrotem do chwili obecnej, ku jej zdziwieniu okazuje się, że Neil Elwood i Leif to ta sama osoba. Ta sama osoba, która jej nie poznaje...

The Boss to seria książek, która okrzyknięta została kontrą dla Pięćdziesięciu twarzy Greya. To takie "co by było, gdyby...". Co by było, gdyby Pięćdziesiąt... nie była serią o przemocy ubranej w fetysz. Co by było, gdyby nie była tak antyfeministyczna i mizoginistyczna. Co by było, gdyby bohaterka faktycznie była inteligentna i miała silny charakter, oraz bohaterze, który mimo swojego uwielbienia dla BDSM, wcale nie jest skrzywionym psychicznie tyranem, a pełnym szacunku dojrzałym mężczyzną, który nie epatuje swoją zamożnością. 

The Boss to książka, która ma wszystko, czego zawsze chciałam od romansu i erotyki, czyli dobrze opisanych, różnorodnych scen łóżkowych, czy postać kobiecą, która nie ulega mężczyznom i nie widzi w każdej innej kobiecie rywalki, a potencjalną przyjaciółkę i podejmuje mądre, przemyślane, niesamolubne decyzje. Postać męską, która mimo, że lubi się w łóżku zabawić trochę bardziej, niż inni, nie próbuje stłamsić swojej partnerki, a wręcz przeciwnie, wyznając zasadę, że co w sypialni, w sypialni pozostaje. 

Podoba mi się, że Sophie nie wypiera się swojej seksualności, wie, co lubi, wie, czego chce i nie wstydzi się o tym mówić. Podobnie jak Neil, który nie ma oporów przed wyznaniem dziewczynie, że jest biseksualny. W tej książce nie ma czegoś takiego jak Mary Sue, gloryfikowanie dziewictwa i czystości jako wyznaczników wartości kobiety. Nie ma patriarchatu ani protekcjonalnego traktowania, czy umniejszania opinii innych. Nie ma omijania ważnych tematów, nie ma kłamstw, ani zmuszania kobiety do robienia ze swoim ciałem tego, do czego zmusza je społeczeństwo. 

Coś, czego absolutnie nie cierpię, to kiedy książkowy bohater próbuje zdominować bohaterkę, świadomie lub nie, a ona mu ulega. W The Boss Neil i Sophie są sobie równi, rozmawiają o wszystkich swoich obawach otwarcie, przez co nie ma niedomówień i to mi się właśnie podoba. Do tego wszystkiego warto wspomnieć, że książka przesiąknięta jest sarkazmem i humorem.

Domyślam się, że musi się jeszcze wiele zmienić w sposobie myślenia ogromnej części ludzi, żeby to właśnie książki tego typu zostawały okrzyknięte mianem romansu wszech czasów, a nie gloryfikujące przemoc powieści jak Pięćdziesiąt twarzy Greya. Ale może chociaż niektórzy z Was z ciekawości sięgną po The Boss i stwierdzą, że to faktycznie dużo lepsza rzecz niż wiecznie tłamszona główna bohaterka?

Ogólnie rzecz biorąc, jestem zdecydowanie ta tak. Pokochałam głównych bohaterów całym sercem, bo poza tym, że są zabawni, to czytając o nich, nie odnosiłam wrażenia, że to wszystko jest jakieś sztuczne i naciągane. Zabawne dialogi i ciekawa fabuła sprawiają, że wszystko składa się na naprawdę dobrą całość, dlatego jestem już w trakcie czytania kolejnego tomu.

Czy polecam? Jasna sprawa, to bardzo dobry romans.

Seria The Boss:

1. The Boss 
2. The Girlfriend
3. The Bride
4. The Ex
5. The Baby

piątek, 17 kwietnia 2015

Edward Strun - Wolność Urojona


Tytuł: Wolność Urojona
Autor: Edward Strun
Wydawnictwo: Novae Res
Opis: Alan Mere ma wszystko: dobrze płatną pracę, luksusowy apartament na sto trzydziestym drugim piętrze, przyjaciela idealnego w postaci sztucznej inteligencji o imieniu Fred… oraz życie, którego nie znosi.Pewnego dnia spotyka piękną nieznajomą, Syntię, i od tej chwili nie może przestać o niej myśleć. Inne sprawy powoli tracą znaczenie, produktywność Alana w pracy gwałtownie spada, a jego rozkojarzenie natychmiast zostaje zauważone przez przełożonych.
Ocena: 5/6

Zdarza się Wam czasem usiąść i pomyśleć nad życiem? Ale tak naprawdę pomyśleć i zastanowić się, co my tak naprawdę robimy i dokąd zmierzamy? A przede wszystkim po co? Mnie zdarza się dość często, a po przeczytaniu Wolności Urojonej wiem, że nie jestem sama i takich jak ja jest coraz więcej. 

Alan Mere żyje dostatnim życiem. Ma dobrą pracę, piękne mieszkanie, najnowocześniejsze sprzęty i ogólnie wszystko, o czym człowiek w jego wieku i na jego stanowisku marzy. Alan, jak wszyscy inni w wieżowcu, już jako dziecko wiedział, co będzie w życiu robił. Oddanego przez rodziców do wychowalni malucha, od razu zaczęto przyuczać do zawodu, by jako dorosły mężczyzna mógł dawać z siebie sto procent. Alan jednak nie jest do końca zadowolony ze swojego życia. Pęd za pieniędzmi, konsumpcjonizm i wszechobecny seks zaczynają go męczyć. Pewnego razu spotyka kobietę, o której nie może przestać myśleć. To ona sprawia, że mężczyźnie spadają z oczu klapki i dostrzega, jak bardzo różni się prawdziwy świat od tego, którego wizja była mu wpajana od dziecka. Odtąd wszystko w życiu Alana zaczyna się sypać, co z dnia na dzień potęguje jego chęć wydostania się na zewnątrz, wyjście z wieżowca, chęć bycia wolnym. Tylko czy to w ogóle jest możliwe?

Czytając Wolność Urojoną, śmieszy człowieka zachowanie kolegów Alana. Ślepo wierzą w to, co głoszą media i zwyczajnie płyną z nurtem rzeki, który to nurt wypłukuje im z głów jakąkolwiek umiejętność samodzielnego myślenia. Śmieszy, no bo przecież żadne z nas takie nie jest. Żadne z nas nie kupuje suplementów reklamowanych w telewizji, żadne z nas nie wierzy w informacje podawane nam codziennie w radiu, żadne z nas nie marzy o nowiuśkim iPhonie, żadne nie jest uzależnione od internetu czy Facebooka, żadne z nas nie chce mieć więcej i zarabiać więcej, żadne z nas nie przywiązuje wielkiej wagi do rzeczy zupełnie nieistotnych. Brzmi niepokojąco znajomo, prawda? 

Wolność Urojona to antyutopia, ale czyta się ją raczej jak nieco przerysowany dokument. Wieżowiec, w którym żyje Alan to mrowisko, a ludzie to mrówki, które pracują bez wytchnienia w złudnym przekonaniu, że są szczęśliwe, dorabiając tak naprawdę tych, którzy stoją nad nimi z batem. No bo czym lepiej zamydlić oczy i zamknąć usta, jeśli nie nowinkami technicznymi i głoszeniu wszem i wobec, że wszyscy jesteśmy wolni, równi i możemy mówić i robić co chcemy? Coraz częściej łapię się na myśleniu, że tak naprawdę rodzimy się tylko po to, żeby harować za marne grosze, żeby potem na łożu śmierci zdać sobie sprawę, że tak naprawdę nigdy nie żyliśmy. Tylko czy jesteśmy w stanie umknąć kapitalizmowi? Czy jesteśmy w stanie zrezygnować ze wszystkich tych dóbr, dzięki którym żyjemy na pozór lepiej, spokojniej i szczęśliwiej? Wystarczy zadać sobie pytanie "czy byłbym w stanie skasować konto na fejsie i zrezygnować z abonamentu na internet?". Jednak może wcale nie musimy rezygnować z życia, jakie znamy, ale najpierw musimy zdać sobie sprawę z tego, że jesteśmy wykorzystywani? Może musimy zajrzeć w głąb siebie i znaleźć to, co tak naprawdę przynosi nam radość? Nie dajmy się stłamsić i nie pozwólmy, by nam wmawiano, że szczęście mogą nam sprawiać tylko takie rzeczy, z których mamy jakąś materialną korzyść. Może wolność to świadomość, że nie żyjemy w świecie, jaki kreują media?

Teraz trochę o samej fabule. Czuję niedosyt. Brakuje mi więcej informacji na temat świata przedstawionego, funkcjonowania społeczeństwa, wątków pobocznych, itp, a cała akcja rozegrała się jak na mój gust zbyt szybko. Mogłaby z tego wyjść całkiem niezła seria na wzór Igrzysk Śmierci czy Niezgodnej, z tym że trochę mroczniejsza i o wiele bardziej realistyczna.

Czy polecam? Jasne. Nareszcie jakiś powiew świeżości w rodzimej literaturze i to w dodatku na poziomie.

Jeśli recenzja jest zbyt chaotyczna - przepraszam. Zabierałam się do jej napisania już kilka dni i nie mogłam dobrać odpowiednich słów. Mimo wszystko starałam się jak mogłam ;)

Wolność Urojoną przeczytałam dzięki uprzejmości autorów.

Książkę przeczytałam w ramach Wyzwania 2015



czwartek, 9 kwietnia 2015

Terry Pratchett, Neil Gaiman - Dobry Omen


Tytuł: Dobry Omen
Autor: Terry Pratchett, Neil Gaiman
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Opis: Zgodnie z Przenikliwym i Trafnym Proroctwem Agnes Nutter jedynej całkowicie wiarygodnej wróżki świat skończy się w sobotę. Dokładnie mówiąc: w najbliższą sobotę. Jeszcze dokładniej: zaraz po kolacji. A wieczorem zerwą się armie Nieba i Piekła. Zapłoną morza ognia. Księżyc okryje się krwawym całunem. I to jest główny kłopot Crowleya (byłego węża, dziś agenta Piekła) i jego przeciwnika, a zarazem starego przyjaciela Azirafala (autentycznego Anioła). Bo ni chcą być tu na dole (lub na górze, z punktu widzenia Crowleya).
Ocena: 2/6



Pewnego wieczoru na świat przyszedł chłopiec. Tak naprawdę to dwóch chłopców - jeden z nich to syn amerykańskiego attaché kulturalnego, drugi zaś - syn Mr Younga, najzwyklejszego zjadacza chleba. Jest też trzeci chłopiec, a imię jego Wielki Adwersarz, Pogromca Królów, Anioł Bezdennej Otchłani, Be­stia zwanej Smokiem, Książę Tego Świata, Ojciec Kłamstwa, Szatański Pomiot i Władca Ciemności, zwany dalej Antychrystem, a jeszcze dalej po prostu Adamem. O losie chłopców przesądziła pomyłka sióstr zakonnych (satanistek), które zagrały chłopcami w "trzy kubki", co poskutkowało tym, że żadne z dzieci nie trafiło tam, gdzie trafić powinno. Toteż w niebie, jak i na ziemi, jak i w piekle przez jedenaście błogich lat uważało się, że Warlock, syn attaché kulturalnego, jest Antychrystem, który ma sprowadzić na świat zagładę. Jakież było zdziwienie wszystkich, w szczególności Crowleya - wysłannika Piekieł, kochającego drzemki i swojego bentleya - odpowiedzialnego za cały ten bajzel, Azirafala - anioła, a także bibliofila antykwariusza, oraz Agnes Nutter - od trzystu lat martwej wróżki, której przepowiednia końca świata jako jedyna okazała się trafna i dokładna, kiedy okazało się, że Warlock Antychrystem wcale nie jest. Księciem Piekieł jest oczywiście Adam, ale okazuje się, że on wcale nie chce końca świata...

Przejdę od razu do sedna. Powodem mojej nieobecności jest właśnie ta książka (i zepsuty komputer). Czytałam ją przez ponad dwa miesiące i ogólnie unikałam jak ognia, ale że nie lubię nie kończyć książek, toteż się zmusiłam. Zmaganie się z Dobrym Omenem było jak rodzenie kamieni nerkowych - długie, męczące i bolesne (szczególnie dla oczu). Na początku daje się odczuć, że autorzy bardzo starali się, żeby książka była lekka i zabawna, ale efekt okazał się odwrotny od zamierzonego. Długie, zawiłe zdania wybijają czytelnika z rytmu. W dodatku są to zdania zbudowane w taki sposób, że zanim skończy się je czytać, już się zapomina, co było na początku, a temat zdążył się zmienić pięć razy. Jest tu mnóstwo niepotrzebnych wstawek, które miały mieć charakter humorystyczny, ale często były totalnie wyrwane z kontekstu i znów się człowiek zdążył dziesięć razy pogubić. Myślałam, że po prostu muszę brnąć dalej, że może przywyknę do tego dziwacznego stylu i skakania w fabule, ale przeczytałam połowę książki i nadal nie do końca wiedziałam, co się tak naprawdę dzieje. Ciężko się toto czyta, sama fabuła bywa zabawna (jedno zdanie, tylko jedno, rozśmieszyło mnie tak bardzo, że w samolocie do domu zaczęłam śmiać się w głos), ale na ogół jest raczej nudno. Wystąpiło mnóstwo zupełnie niepotrzebnych wątków, które miały chyba pełnić rolę zapchajdziury i również wybijają czytelnika z rytmu. W notatkach mam napisane, że czasem odnosi się wrażenie, jakby tę książkę napisał ktoś na kwasie. Nie jestem w stanie sobie przypomnieć konkretnie, dlaczego tak napisałam, ale wierzę, że miałam powód.

O Gaimanie i Pratchetcie słyszałam wiele dobrego, ale po tak kiepskim pierwszym spotkaniu nie wiem, czy skuszę się na coś jeszcze ich autorstwa, bo Dobrym Omenem jestem mega rozczarowana. Sam pomysł niezły, ale wykonanie to totalna porażka.

Czy polecam? Raczej nie.


Książkę przeczytałam w ramach Wyzwania 2015


wtorek, 10 lutego 2015

Not Cool [film]


Tytuł: Not Cool
Reżyseria: Shane Dawson
Ocena: 5/10

Pittsburgh. Grupa nastolatków, starych znajomych z liceum, przyjeżdża do rodzinnego miasta na święto dziękczynienia. Hucznie imprezują, piją, tweetują, blogują, instagramują, skype'ują i robią to, co wszystkie współczesne nastolatki - żyją i uczestniczą w życiu innych za pomocą mediów społecznościowych.

Scotta (Shane Dawson), najpopularniejszego niegdyś licealistę, rzuca dziewczyna, co sprawia, że chłopak załamuje się, ale nie daje za wygraną i śledzi byłą za pomocą aplikacji w smartfonie, chcąc z nią jeszcze raz porozmawiać i może przekonać, by to niego wróciła. Idąc ulicą, nie zauważa nadjeżdżającego samochodu, który go potrąca. Okazuje się, że za kierownicą siedzi Tori (Cherami Leigh), obśmiewana w liceum przez wszystkich, a już szczególnie przez Scotta, który nadał jej ksywę Tori The Whory. Chłopak prosi dawną koleżankę o podwózkę. Ta nie jest temu zbyt przychylna, ale w końcu zgadza się. Przejażdżka owocuje upojną nocą spędzoną w aucie Tori. Tam okazuje się, że Scott nienawidzi studenckiego życia i że nic nie jest tak jak było kiedyś. Życie Tori natomiast zmieniło się kompletnie, dziewczyna jest szczęśliwa i uwielbia studia. Od tej pory ta dwójka postanawia zrealizować wszystkie punkty na liście Tori, przeżywając tym samym przygodę i zakochując się w sobie.

Kolejna historia opowiada o Joelu (Drew Monson) od lat zakochanym w Janie (Michelle Veintimilla), siostrze Scotta. Dziewczyna nie odwzajemnia uczuć przyjaciela, Joel ucieka się więc do najróżniejszych sztuczek, żeby rozkochać w sobie Janie. Z marnym skutkiem.

Shane Dawson jest jednym z bardziej znanych youtuberów, który od zawsze interesował się filmem. Kiedy jego kariera aktorska nie wypaliła, postanowił stanąć po drugiej stronie kamery i tak powstał Not Cool. Film na pewno nie spodoba się wszystkim, bo poczucie humoru Shane'a jest bardzo specyficzne. Sama oglądam jego vlogi, jedne śmieszą mnie mniej, drugie bardziej, ale na ogół śmieszą, jednak jeśli chodzi o jego filmowy debiut... Cóż, nie mogę powiedzieć, żeby to sukces. Historia jest bardzo oklepana, popularny w liceum nastolatek i wyśmiewana przez niego koleżanka ze szkolnej ławy zamieniają się miejscami i w końcu w sobie zakochują. Ta część filmu jest jeszcze do zniesienia. Co mnie totalnie odrzuciło i zmierziło to Joel i jego podejście do Jeanie. Chłopak ma na jej punkcie obsesję i sam przyznaje, że zależy mu tylko na tym, żeby się z nią przespać. Niby jest w niej zakochany, ale w zupełnie obrzydliwy i nieakceptowalny sposób.

Aktorstwo w sumie ujdzie, ale mam nadzieję, że Drew Monsona nie zobaczę już w żadnym filmie. Nie lubię go jako youtubera, jako aktora tym bardziej, bo jest gorzej niż mierny.

Reasumując, wolę oglądać Shane'a na YouTube, a jeśli kiedykolwiek przyjdzie mu reżyserować kolejny film, mam nadzieję, że scenariusz będzie odrobinę bardziej oryginalny. Not Cool to film, który można sobie puścić jako tło dla codziennych obowiązków, nie jest wart poświęcenia mu półtorej godziny pełnej uwagi, bo to historia jakich wiele.

wtorek, 3 lutego 2015

Becca Fitzpatrick - Black Ice


Tytuł: Black Ice
Autor: Becca Fitzpatrick
Wydawnictwo: Otwarte
Opis: Nie daj się zwieść pozorom!
Britt długo przygotowywała się do wymarzonej wyprawy wzdłuż łańcucha górskiego Teton. Niespodziewanie dołącza do niej jej były chłopak, o którym dziewczyna wciąż nie może zapomnieć. Zanim Britt odkryje, co tak naprawdę czuje do Calvina, burza śnieżna zmusza ją do szukania schronienia w stojącym na odludziu domku i skorzystania z gościnności dwóch bardzo przystojnych nieznajomych. Jak się okazuje, obaj są zbiegami. Britt staje się ich zakładniczką. W zamian za uwolnienie zgadza się wyprowadzić ich z gór.Gdy dziewczyna odkrywa mrożący krew w żyłach dowód na to, że w okolicy grasuje seryjny morderca, a ona może stać się jego kolejnym celem, sprawy przybierają dramatyczny obrót…
Ocena: 2/6

Britt ma osiemnaście lat i całe życie stoi przed nią otworem. W czasie wiosennej przerwy, wraz ze swoją bogatą przyjaciółką Korbie, postanawia wyruszyć na wycieczkę w góry Teton, do rodzinnej posiadłości koleżanki, Idlewilde. Britt do tej wyprawy szykowała się prawie rok. Zamierzała przejść cały łańcuch górski i udowodnić byłemu chłopakowi, Calvinowi, że jest twarda tak jak on. W drodze do Idlewilde okazuje się, że auto Britt nie jest w stanie pokonać zaśnieżonej trasy. Dziewczęta po chwili namysłu postanawiają wyruszyć wprost w burzę śnieżną w poszukiwaniu pomocy. Trafiają na niewielką chatkę, w której dostrzegają palące się światła. Zziębnięte walą do drzwi. Ku zdziwieniu Britt, drzwi otwiera Mason, chłopak, którego poznała wcześniej tego samego dnia. Dziewczyna od razu czuje się bezpieczniej, ale czy nie popełnia właśnie największego błędu w swoim życiu?

No, troszkę mi się pochorowało i zwlekałam z napisaniem o tej książce ponad tydzień, ale już jestem. Muszę jednak przyznać, że zwlekałam nie tylko ze względu na chorobę. Po prostu opadały mi witki za każdym razem, kiedy przysiadałam do pisania. Okazuje się, że po raz kolejny dałam się zwieść wysokim notom na LC i GR. Wygląda na to, że nigdy się nie nauczę, że kategorii young adult będę dawała kolejne szanse, a i tak skończy się to zawodem, ale nadal będę próbowała. No ale do rzeczy.

Mam z Black Ice problem. Mój problem to przede wszystkim główna bohaterka. Dziewczyna, która od początku dokonuje błędnych i nielogicznych wyborów; dziewczyna, która za swoją najlepszą przyjaciółkę ma snobkę, która poniża ją na każdym kroku (ale jest bogata, a to przecież najważniejszy aspekt przyjaźni). Dziewczyna, która od roku przygotowuje się na górską wycieczkę, ćwiczy, szykuje ubrania, prowiant... Nie wie jednak, że w góry, w miejsce dzikie, gdzie telefony komórkowe tracą zasięg, przede wszystkim zabiera się telefon satelitarny. Ale nie mogę jej winić, w końcu przygotowywała się do tej wycieczki od roku. Albo autorka zrobiła niedokładny research, ale tego nie wiem. W końcu, gdyby Britt miała telefon satelitarny, całe to gorące law story nie miałoby miejsca. Britt to dziewczyna, która nie potrafi dać sobie na spokój z chłopakiem, który jej nie chciał. Britt w kółko o nim rozmyśla, zastanawia się, co w takiej sytuacji zrobiłby Calvin, co Calvin by pomyślał, co by powiedział. Ja rozumiem, że to boli, każdy w końcu był zakochany, ale takie rozczulanie się po kilkuset stronach robi się po prostu mało atrakcyjne. Mało tego, do Britt nie dociera, że chłopak, który z nią zerwał najwidoczniej nie chce mieć z nią nic wspólnego, o nie. Ta wyprawa to głównie dla niego. Dziewczyna chce, żeby Calvin też wziął w niej udział, żeby mogła mu pokazać, że nie jest delikatnym i zależnym od wszystkich kwiatuszkiem (którym zresztą jest). Mimo wszystko jest gotowa wybaczyć mu, że zrywając z nią, zrujnował najważniejszą noc w jej życiu (czyt. bal absolwentów *chlip, chlip*), taka jest dobra! Britt jest opryskliwa, złośliwa i, co tu dużo mówić, głupia jak but. Gra w durne gierki, udaje kokietkę, jest zwyczajnie nie do zniesienia. Dowodów na bezdenną głupotę Britt jest mnóstwo, większość z nich zaznaczyłam na czytniku, ale naprawdę nie wiem, czy starczyłoby mi czasu, żeby je wszystkie tutaj wyszczególnić. Poza tym możliwe, że ktoś by mnie pozwał za udostępnianie większej części książki. 

Drugi problem, jaki mam z Black Ice, to fabuła. Teoretycznie nie ma się czego czepiać, bo w końcu akcja jest wartka, cały czas coś się dzieje, intryga goni intrygę... a jednak. Fabuła jest zwyczajnie nie z tej ziemi. Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam romans paranormalny, ale Black Ice romansem paranormalnym nie jest. Niby zostało nam to wyjaśnione tak, że nikt nie powinien się przyczepić, bo Mason/Jude wcale nie jest tym złym, on chciał dobrze, ale nie mógł, ma dobre serduszko i w ogóle cud, miód i orzeszki. A jednak spokoju nie daje mi fakt, że Britt i tak wpadła po uszy. Jakby nie patrzeć, chłopak ją uprowadził, ją i jej tak zwaną przyjaciółkę. Mówił, że nie chciał, że musiał, a ja myślałam sobie "matko, przecież to niemożliwe, żeby ktokolwiek dał się na to nabrać". Jednak chyba się myliłam, patrząc na ocenę na LC. Mój problem z Black Ice jest taki, że chłopak, w którym zakochuje się główna bohaterka to porywacz, który mógł pomóc jej uciec, ale nie chciał. Mój problem jest taki, że Britt, mimo że z początku wie, że ma do czynienia z syndromem sztokholmskim, postanawia to zignorować i daje za wygraną, pozwalając obezwładnić się "prawdziwemu uczuciu". Mój problem z Black Ice jest taki, że gdyby taka historia faktycznie miała miejsce, Britt byłaby martwa, a w najlepszym przypadku uwiązana gdzieś w piwnicy, jednak wciąż przekonana o prawdziwości swoich uczuć, bo na tym właśnie polega syndrom sztokholmski.

Moim kolejnym problemem jest sposób, w jaki autorka decyduje się przedstawić kobiety w tej powieści. Wiem, że Becca Fitzpatrick ma jakieś dziwne ciągoty w kierunku mizoginii. Co prawda nie czytałam Szeptem (i po lekturze Black Ice wiem na pewno, że nie przeczytam), ale czytałam na temat tej serii bardzo dużo i wiem, że jej główna bohaterka również okazuje się silna, twarda, niezależna, dopóki na horyzoncie nie pojawia się Prins Czarming i odbiera jej całą wolną wolę. Drażni mnie kreowanie takich postaci kobiecych przez mężczyzn, ale kiedy kobiety same strzelają sobie w ten sposób w stopę, zwyczajnie nie jestem w stanie tego zrozumieć.

Ze względu na tempo wydarzeń, powieść przeczytałam dość szybko. Technicznie jest w porządku, nie ma błędów, co tylko zadziałało na korzyść powieści i poskutkowało dwiema gwiazdkami, a nie jedną. 

Komu polecam? Ogólnie odradzam, ale wiem, że należę do mniejszości, której Black Ice nie przypadło do gustu, więc ci, co chcą i tak przeczytają, o ile jeszcze tego nie zrobili.


Książkę przeczytałam w ramach Wyzwania 2015


linkwithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...