Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk i S-ka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 lipca 2014

China Miéville - Dworzec Perdido


Tytuł: Dworzec Perdido
Autor: China Miéville
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Opis: Od ponad tysiąca lat Parlament z pomocą brutalnej milicji sprawuje kontrolę nad społecznością robotników i artystów, szpiegów i żołnierzy, uczonych i magików, a także włóczęgów i prostytutek. Lecz oto w Nowym Crobuzon pojawia się kaleki przybysz z mieszkiem pełnym złota i zleceniem, którego niepodobna wykonać. Za jego sprawą, choć bez jego udziału, miasto dostaje się w szpony niepojętego terroru, a losy milionów obywateli zależą od garstki renegatów.
Ocena: 5-/6
Nowe Crobuzon. Metropolia. Centralny punkt świata Bas-Lag, w którym ludzie, zmutowani prze-tworzeni oraz obce rasy żyją koło siebie we względnej symbiozie. Miasto wiecznie spowite chmurami smogu i rządzone twardą ręką Parlamentu i milicji nie nastraja do odwiedzin, a mimo to zjawia się w nim tajemnicza postać rozpaczliwie szukająca pomocy. Odnajduje tu Isaaca Dana der Grimnebulina, ludzkiego naukowca, który rozpoznaje w Yagharku garudę, przedstawiciela rasy ludzi-ptaków żyjących w Cymek. Yagharek, jak się okazuje, utracił skrzydła, co było jego karą za zbrodnię, której się dopuścił. Zbrodnię "kradzieży wyboru drugiego stopnia z kompletnym nieposzanowaniem". Isaac nie rozumie, co to oznacza, ale postanawia pomóc garudzie, uznając jego przypadek za szalenie fascynujący, Yagharek bowiem nie chce zwyczajnych, doczepianych skrzydeł. On znów chce latać, nie będąc zależnym od żadnej maszyny, niezależnie od metody czy środków podjętych przez Grimnebulina. Naukowiec od razu zabiera się do pracy, korzystając z pomocy Lemuela Pigeona, który jest kontaktem Zaaca z przestępczym półświatkiem. Mężczyzna prosi Piegona, by ten dostarczył jak najwięcej różnorodnych próbek w postaci osobników, które posiadły zdolność latania. Lemuel puszcza informację w eter i już wkrótce pracownia Grimnebulina roi się od najróżniejszych skrzydlatych gatunków zamieszkujących Nowe Crobuzon. Szczególną uwagę naukowca przyciąga piękna, wielokolorowa gąsienica. Zupełnie przypadkiem odkrywa, że istota nie chce pożywiać się niczym, poza nowym, silnym narkotykiem, który ostatnio pojawił się w mieście. Najedzona, wielka i tłusta gąsienica zaczyna się przepoczwarzać. Isaac nie może doczekać się finalnego produktu tej przemiany, nie zdając sobie sprawy, że już wkrótce za jego sprawą w mieście zapanuje terror, jakiego dotąd Nowe Crobuzon nie widziało.

Dworzec Perdido to moje kolejne spotkanie z twórczością Chiny Miéville'a. Pierwszy raz zapoznałam się z nią, czytając Ambasadorię i już wtedy byłam pod wrażeniem, jest to bowiem twórczość oryginalna na tyle, że zasługuje na uwagę.  To jeden z tych autorów, z których dziełami warto się zapoznać, nawet pomimo braku zainteresowania gatunkiem, bo są jedyne w swoim rodzaju. Zastanawiam się czasem, w jaki sposób pracuje mózg autora, bo jakby nie było, trzeba mieć łeb, żeby wymyślić nowe nazwy dni tygodnia czy też miesięcy, że o zupełnie nowych rasach nie wspomnę. Do tego dochodzi steampunk i przygnębiająca aura swego rodzaju antyutopii, która towarzyszy nam od początku do końca powieści. Powiem tak: Dworzec Perdido to świetna przygoda. Nietuzinkowa fabuła, różnorodne, wielowymiarowe postacie, jedynym mankamentem jest to, że ta książka jest zwyczajnie za długa. To prawie 650 stron, a prawdziwa i konkretna akcja zaczyna się tak naprawdę pod sam koniec. Muszę przyznać, że przez większość czasu niestety się nudziłam i to między innymi dlatego przeczytanie tej książki zajęło mi tyle czasu. Opisy miasta, jego dzielnic i mieszkańców, owszem, są ciekawe, ale jak dla mnie było tego za dużo. Do tego dochodzą rozwleczone wątki, często zupełnie niepotrzebnie. Zatem skąd taka wysoka ocena, zapytacie. Ano stąd, że to naprawdę świetna powieść, koncept ciem żywiących się umysłami, wypijającymi myśli, sny i marzenia jest niesamowicie ciekawy, do tego autor opisuje ich punkt widzenia w taki sposób, że czytelnik jest w stanie zrozumieć ich motywy, a nawet współczuć. Takich konceptów jest wiele, ale mój ulubiony to chyba sposób, w jaki funkcjonuje Cymek, ojczyzna garudów.

Ukraść wybór to pozbawić kogoś możliwości wyboru… Zapomnieć o jego konkretnej sytuacji, uczynić go abstrakcyjnym, zapomnieć o tym, że wszyscy są elementami matrycy, że wszelkie czyny mają swoje konsekwencje. Nie wolno odbierać innej istocie możliwości wyboru… Przecież sama społeczność nie jest niczym innym, jak…sposobem na zapewnienie jednostkom… nam wszystkim… możliwości wyboru. [...] My, mieszkańcy pustyni, mamy znacznie mniej. Czasem głodujemy, czasem odczuwamy pragnienie. Ale wszelkie wybory, jakich możemy dokonać, są dla nas dostępne. Chyba że ktoś się zapomni, że nie pomyśli o realiach cudzego życia, że zachowa się tak, jakby był samotną jednostką…Kradnąc pożywienie, odbiera innym możliwość wyboru: jeść czy nie jeść? Kłamiąc, że nie widział zwierzyny, odbiera innym szansę na udane polowanie. Atakując kogoś bez powodu, odbiera mu możliwość bycia nieposiniaczonym albo życia bez strachu. Dziecko, które kradnie płaszcz najbliższej osobie, aby nocą podchodzić zwierza… – ciągnął garuda – także odbiera jej wybór noszenia lub nienoszenia płaszcza, ale czyni to z poszanowaniem, może nawet z nadmiernym poszanowaniem. Inne kradzieże wiążą się jednak zazwyczaj z nieposzanowaniem. Zabić… ale nie na wojnie czy w samoobronie, tylko… zamordować, znaczy potraktować kogoś z tak kompletnym, absolutnym nieposzanowaniem, że pozbawia się go nie tylko wyboru „żyć lub nie żyć w danym momencie”, ale wszystkich wyborów, których ofiara mogłaby dokonać, gdyby żyła… Wybór rodzi wybór.
[...] Ty powiedziałbyś, że zostałam zgwałcona, ale ja tak nie mówię, to słowo nic dla mnie nie znaczy. On ukradł mój wybór i za to został... osądzony. Wyrok był ciężki... tylko jeden jest gorszy od niego... Istnieje wiele rodzajów kradzieży wyboru mniej ohydnych niż ten i bardzo niewiele straszliwszych... Są i takie, które karze się w identyczny sposób, choć w większości niczym nie przypominają zbrodni Yagharka. Niektórych w ogóle nie uznałbyś za przestępstwo. Czyny bywają różne, ale wina jest jedna: kradzież wyboru. – Tłumaczyła Kar'uchai. – Wasi sędziowie, wasze prawa... seskualizują i sakralizują... dla nich jednostki są abstrakcyjne... nie liczy się matrycowa natura społeczeństwa... kontekst sytuacyjny odwraca ich uwagę od natury przestępstwa... nie ogarniają jej. 
Ten fragment zwrócił moją szczególną uwagę, bo czy i w naszym świecie nie jest tak samo? Często okoliczności, usposobienie czy pozycja w społeczeństwie mają ogromny wpływ na wyrok, podczas gdy przestępstwo jest przestępstwem i nic tak naprawdę tego nie zmieni. 

Kwestie techniczne. Ogólnie tłumaczenie jest na bardzo wysokim poziomie. Wydawnictwo jak zwykle się przyłożyło, jednak jest jedno "ale". Okazuje się, że problem sprawił zapis partykuły "nie" z przymiotnikami. 

Przypomnę jedynie, że "nie" z przymiotnikami piszemy łącznie, wyjątek
stanowią przymiotniki w stopniu wyższym i najwyższym.

Błąd niby niewielki, ale razi, szczególnie jeśli powtarza się bezustannie. Poza tym nie mam wydawnictwu nic do zarzucenia, powieść przetłumaczona i wydana jest porządnie. Czy przeczytam kolejne tomy? Nie wiem. Bardzo możliwe, ale na pewno nie w najbliższej przyszłości.

Komu polecam? Jak już powiedziałam wyżej - każdemu. Naprawdę warto się przemęczyć przez to tomiszcze, bo Dworzec Perdido to kawał bardzo porządnej literatury.

Seria "Nowe Crobuzon":

1. Dworzec Perdido ←
2. Blizna
3. Żelazna Rada

Książkę miałam możliwość przeczytać dzięki wydawnictwu Zysk i S-ka, któremu serdecznie dziękuję.



wtorek, 19 listopada 2013

George R. R. Martin & Lisa Tuttle - Przystań wiatrów


Tytuł: Przystań wiatrów
Autor: George R. R. Martin & Lisa Tuttle
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Opis: Mieszkańcy Przystani Wiatrów odkryli, że na ich planecie możliwe jest realizowanie odwiecznego marzenia ludzi. Wspomagani przez słabą grawitację i gęstą atmosferę, na skrzydłach wykutych z metalu uzyskanego z porzuconego statku - zaczęli latać! Na planecie małych wysepek, trapionych przez potwory mórz i rozdzierające powietrze sztormy, lotnicy pełnili funkcję wysłanników i zazdrośnie strzegli prawa do dziedziczenia skrzydeł.
Ocena: 4/6

Maris od dziecka marzyła o lataniu. Będąc małą dziewczynką, często obserwowała szybujących lotników, wyobrażając sobie, że jest jednym z nich. To marzenie spełnia się, kiedy adoptuje ją Russ, jeden z lotników, czyniąc tym samym spadkobierczynią skrzydeł, a te można było otrzymać wyłącznie drogą dziedziczenia. Maris uwielbia latać i nie chce robić w życiu już nic innego, wie jednak, że wielkimi krokami zbliża się dzień, w którym będzie musiała przekazać skrzydła Collowi, młodszemu bratu, prawdziwemu synowi Russa. Chłopiec natomiast nienawidzi latać, boi się wiatru i oceanu i pragnie przekazać skrzydła starszej siostrze, na co nie chcą zgodzić się inni lotnicy, a już na pewno nie Russ, który tradycję ceni ponad wszystko. Wtedy zdesperowana Maris wykrada skrzydła i zwołuje radę lotników, w czasie której zmienia na zawsze nie tylko swoje życie, ale życia wszystkich lotników i losy całej Przystani wiatrów.

Bardzo lubię fantastykę i kiedy tylko przeczytałam opis „Przystani wiatrów” stwierdziłam, że muszę to przeczytać. Akcja książki osadzona jest w zupełnie innym świecie, w którym ludzie dzielą się na lotników i szczury lądowe, cała planeta składa się na zbiór niewielkich wysp, a jedynym łącznikiem między nimi są lotnicy bądź statki handlowe.

Kiedy czyta się o majestatycznych skrzydłach i podniebnych przygodach lotników, człowiek czuje się tak, jakby tam był i niemal sam czuje wiatr smagający go po twarzy, ciesząc się, że znów leci przekazać nowiny zwierzchnikom innych wysp.

Książka składa się na cztery części, w których wędrujemy przez kolejne etapy życia Maris, począwszy od wczesnych lat dziecięcych, a na późnej starości skończywszy. Główne postaci są tutaj wyraźne, myślą racjonalnie, popełniają błędy, miewają wątpliwości i odczuwają strach, moim zdaniem są to cechy bohaterów dobrych powieści. Maris nie irytowała mnie wcale, momentami zdarzało mi się nie rozumieć jej wyborów, ale z czasem zostały wyjaśnione przez nią samą.

Fabuła i sam pomysł są świetne, brakowało mi jednak akcji. Było jej stanowczo za mało jak na mój gust i przez to „Przystań wiatrów” nie porwała mnie tak jak się tego spodziewałam. Oczywiście coś w książce dzieje się cały czas, ale przydałoby się trochę dynamiki, jednak zdaję sobie sprawę, że powieść powstała ponad trzydzieści lat temu i wtedy standardy i gusta były nieco inne. W kwestiach technicznych nie mam zastrzeżeń, tłumaczenie jest jak zwykle świetne, wkradło się kilka drobnych literówek, a Maris w pewnym momencie na krótką chwilę zmieniła imię na Marion, ale poza tym nie mogę narzekać.

„Przystań wiatrów” polecam przede wszystkim osobom, które lubią fantasy/science-fiction, myślę, że powinniście być zadowoleni.

P.S. Czytając inne opinie o książce, widzę, że ludzie sięgają po "Przystań wiatrów" głównie ze względu na to, że przeczytali PLiO. Warto jednak nadmienić, że "Przystań..." jest w głównej mierze dziełem Tuttle.


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Zysk i S-ka


sobota, 21 września 2013

China Miéville - Ambasadoria


Tytuł: Ambasadoria
Autor: China Miéville
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Opis książki: Ambasadoria to miasto sprzeczności położone na krańcach zbadanego wszechświata. Avice Benner Cho jest nawigatorką na statku podróżującym w „wiecznym nurcie”, morzu czasoprzestrzeni rozciągającym się pod dnem codziennej rzeczywistości. Ludzie nie są tu jedyną inteligentną rasą, a Avice nawiązuje niewytłumaczalną więź z Gospodarzami – tajemniczymi istotami niezdolnymi do kłamstwa. Jedynie niewielka grupka genetycznie zmodyfikowanych Ambasadorów włada ich językiem, umożliwiając kontakt pomiędzy dwoma społecznościami. Jednak gdy na planetę przebywa nowy Ambasador, krucha równowaga zawisa na włosku.
Ocena: 6/6
Ambasadoria. Miasto podlegające rządom Bremen, ludzkiego imperium znajdującego się na planecie Dagostin. Stworzone na Ariece położonej na krańcach nurtu, dostosowane i zamieszkane przez ludzi. Kolonia od wielu megagodzin żyje w zgodzie z Ariekenami zwanymi inaczej Gospodarzami, a jedyną barierą między ludźmi a tubylcami jest Język, któremu mieszkańcy Arieki są zupełnie podporządkowani. Jedynym łączem są Ambasadorowie, genetycznie zaprojektowane, władające Językiem klony, stanowiące jeden umysł w dwóch osobach, dzięki czemu jako jedyni są w stanie porozumieć się z Gospodarzami.

W Ambasadorii mieszka dziewczynka, Avice Benner Cho, która w wyniku splotu różnych wydarzeń zostaje poproszona przez Gospodarzy o przysługę. Tamtego dnia Avvy zapisuje się w historii Języka jako dziewczynka, którą skrzywdzono w ciemności i która zjadła to, co jej dano. Avice dorasta i spełnia swoje marzenie – zostaje zanurzaczką, badaczką nurtu. W trakcie swoich podróży poznaje mężczyznę, którego poślubia i który zafascynowany Ariekenami prosi Avice o powrót do Ambasadorii. Kobieta nigdy nie chciała wracać do miasta, gdzie spędziła całe swoje dzieciństwo, jednak ulega namowom męża. Tu dostępuje wszelkich zaszczytów i traktowana jest jak celebry tka, dzięki czemu zapraszana jest na przyjęcia wydawane z najróżniejszych okazji. Jedną z takich okazji jest powitanie nowego Ambasadora. EzRa nie wygląda jednak jak każdy Ambasador, których Avice do tej pory widziała. Ez i Ra różnią się między sobą diametralnie, a kiedy przemawiają po raz pierwszy, coś się zmienia. Coś, co od tej pory nada historii Ariekenów inny bieg. Coś, co tylko Avice będzie w stanie powstrzymać.

Muszę przyznać, że nie jest to lekka książka. Jest na pewno przyjemna, ale wymaga od czytelnika pełnego skupienia, bo mamy tu do czynienia z czymś kompletnie nowym, a te nowości mogłabym wymieniać bez końca począwszy od aparycji obcych, a na ich toku myślenia skończywszy, a to jest dopiero ciekawostka! Okazuje się bowiem, że na Ariece to nie język służy użytkownikom, ale Ariekeni służą niejako Językowi.

„Ambasadorię” trzeba czytać bardzo uważnie, bo jest tu cała masa neologizmów, które trzeba po prostu przyswoić, żeby zrozumieć całość. Dlatego też tyle czasu zajęło mi przeczytanie i zrecenzowanie, bo z początku moja przygoda z „Ambasadorią” szła mi dość opornie, ale ta dezorientacja nie trwa długo i po kilkudziesięciu stronach człowiek się przyzwyczaja i dostraja.

Bardzo podoba mi się fabuła książki i sam koncept. Pomysł na Ariekenów, Język i Ambasadorów to coś wyjątkowego, czego dopieszczanie zajęło autorowi sporo czasu (sama idea zrodziła się, kiedy miał 11 lat) i w efekcie czego dostaliśmy jajo Faberge literatury. Nie czytuję science fiction (ale zacznę, jak babcię kocham, zacznę!), jednak zagłębiając się w uniwersum stworzone przez Mieville’a, intrygi i postaci – przepadłam bez reszty. Pomijam w tej chwili dziwacznych Ariekenów i ich niesamowity Język, a przejdę do najbardziej trywialnej sprawy – nareszcie dostałam nieirytującą bohaterkę płci żeńskiej. Nareszcie! Avice nie jest głupią lalą, która nie potrafi zapanować nad własnym libido. Avice to kobieta lojalna, nieco powściągliwa, spostrzegawcza i umiejąca wykorzystać sytuację (ludzi czasem też). Widać to wyraźnie, kiedy jako dziecko poproszona Ariekenów o pomoc zgadza się, wiedząc jednocześnie, że wyciągnie z tego korzyści w późniejszym życiu i tak też się staje, kiedy Avice zostaje zanurzaczką i bada to, co niezbadane, czyli nurt. No właśnie, co to jest ten nurt. Posłużę się cytatem, bo kto lepiej to wytłumaczy, jeśli nie sama Avice?

„Zakres nurtu zupełnie nie odpowiada wymiarom czasemprzestrzeni – rzeczywistości, w której żyjemy. Trudno mi to opisać, mogę tylko powiedzieć, że nurt nieustannie ją podmaka, opływa i nasącza; jest jak langue (język), przy którym nasza rzeczywistość to jedynie parole (mowa). Tutaj, gdzie odległość mierzy się w dekadach świetlnych i petametrach, Dagostin jest jedynie bardziej odległy od Tarsku i Hodgsona niż od Arieki. Ale w nurcie z Dagostinu do Tarsku jest jedynie kilkaset godzin przy sprzyjającym wietrze, Hodgson znajduje się w samym środku spokojnych i bardzo uczęszczanych głębin. Arieka zaś leży bardzo daleko od wszystkiego.” 

W tym miejscu chciałabym złożyć podziękowania tłumaczce, Krystynie Chodorowskiej, bo domyślam się, że nie był to łatwy orzech do zgryzienia, a tłumaczenie jest naprawdę świetne i na najwyższym poziomie.

No, jak zwykle wyszedł mi chaos, bo chciałabym pociągnąć wiele wątków na raz, więc może przejdę do meritum: „Ambasadoria” jest niesamowita, fantastyczna w każdym tego słowa znaczeniu. Cytat na okładce nie kłamie „Ambasadoria to w pełni dojrzałe dzieło sztuki!”.

Komu polecam? Na pewno miłośnikom sci-fi, a także miłośnikom porządnej, zmuszającej do wysiłku intelektualnego literatury.


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Zysk i S-ka


niedziela, 4 sierpnia 2013

Lars Husum - Mój kumpel Jezus


Tytuł: Mój kumpel Jezus
Autor: Lars Husum
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Opis książki: Nikolaj i Siorka to dzieci gwiazdy pop Grith Okholm i listonosza Allana. Od dnia wypadku samochodowego, w którym giną oboje rodzice, sieroty zmuszone są koegzystować w niezdrowej symbiozie i toksycznym związku. Nikolaj rośnie niesforny, brutalny i chorobliwie zależny od siostry. Mijają lata, a Siorka stara się poukładać sobie życie, na co nie chce zgodzić się jej brat. Kiedy Nikolaj bije do nieprzytomności swoją dziewczynę Silje, jego siostra postanawia, że nie będzie dalej tak żyć. Dochodzi do tragedii...
Ocena: 4/6

Zaraz po przeczytaniu „Ireny” ściągnęłam z półki „Mojego kumpla Jezusa”, która to już od pewnego czasu była przesuwana w kolejce na coraz to dalsze miejsce, ale ileż można zwlekać? Z poczuciem winy otworzyłam i zaczęłam czytać.

Bohaterem „Mojego kumpla…” jest Nikolaj Okholm, syn znanej duńskiej piosenkarki Grith i mniej znanego listonosza Allana. Poznajemy go, kiedy wchodzi w wiek dojrzewania i podnieca się na widok majtek koleżanki, przysparzając sobie niezłych kłopotów. Nikolaj od zawsze był niesforny, a nagła śmierć rodziców tylko pogłębia ten stan. Odtąd chłopcem zajmuje się Sanne, starsza siostra Nikolaja, pieszczotliwie nazywana przez niego Siorką. Dziewczyna staje na głowie, żeby bratu niczego nie brakowało i zawsze stara się być przy nim, rekompensując tym samym brak rodziców. Chłopak jednak wykorzystuje zaangażowanie Siorki i robi wszystko, żeby odciągnąć ją od jej własnego życia, zainteresowań, związków i okazuje się być bezgranicznym egoistą. W końcu jednak Sanne poznaje Briana, niezbyt urodziwego, jednak bardzo dobrego człowieka. Dziewczyna sprzedaje rodzinny dom i wyprowadza się do nowego partnera. Wszyscy czują, że ma dość zachowania Niko. Rodzeństwo nie widuje się ze sobą przez rok, mając ze sobą jedynie telefoniczny kontakt, w końcu jednak Siorka postanawia spotkać się z Nikolajem i zaprasza go do siebie. Na miejscu chłopak odkrywa, że jego siostra jest w zaawansowanej ciąży i spodziewa się syna, odczuwa tym samym dotkliwe ukłucie zazdrości. Niko wie jednak, że wciąż jest dla Siorki najważniejszy i pewnej spokojnej nocy w akcie kompletnego egoizmu przychodzi do domu Sanne i podcina sobie żyły. Na wpół śpiąca dziewczyna nie do końca rozumie, co się dzieje, natomiast Brian zrywa się i wiezie szwagra do szpitala. Wracając do domu już wie, że wydarzyła się tragedia, która zmieni życia najbliższych Siorki.

Z początku chciałam rzucić tę książkę i dać sobie z nią spokój. Nie byłam w stanie znieść egoizmu Nikolaja i jego zachowań. W odpowiednim momencie wkracza jednak tytułowy Jezus. Pojawia się on dosłownie kilkukrotnie w życiu Nikolaja, jednak to właśnie on powoduje, że chłopak całkiem się zmienia, a my jesteśmy tej zmiany naocznymi świadkami.

Nie uświadczycie tutaj żadnych biblijnych przypowieści. W zasadzie niczego związanego z Biblią, poza samym Jezusem, jest za to mnóstwo seksu, śmierci, przemocy i ostrych słów. Chyba to właśnie cenię w skandynawskich pisarzach – nie owijają w bawełnę. Ich styl jest bardzo charakterystyczny i odznacza się pewną surowością, ale też realizmem. Na pewno znacie to uczucie, kiedy mentalnie pukacie się w czoło, myśląc „co robisz, durna, w normalnym życiu ludzie się tak nie zachowują!”. To właśnie z reguły cechuje postacie fikcyjne, brak racjonalnego myślenia jest dla nich typowy, natomiast w „Moim kumplu…” tego nie ma. Wszystko opisane jest w taki sposób, że jesteśmy w stanie zrozumieć zachowania i motywy Nikolaja, a także osób z jego otoczenia.

Fabuła książki jest dość nietypowa, podobnie jak narracja, która prowadzona jest w czasie teraźniejszym z perspektywy narratora wszechwiedzącego (o, chyba jednak coś wyniosłam z lekcji języka polskiego), którym jest Nikolaj, a ten czasem spoileruje… co w ogólnym rozrachunku takie straszne nie jest.

Mimo wszystko mam mieszane uczucia. Nie wiem, czy mi się ta książka podobała, czy nie. Jest dobra i ciekawa, nietypowa, ale czegoś jej brakuje. Jakiejś iskry. No i zakończenie jest rozczarowujące, przynajmniej według mnie. Pozostaje otwarte, ale w bardzo irytujący sposób, jakby autor zostawiał sobie bardzo szeroko otwartą furtkę, a z tego, co wiem, kontynuacji nie będzie. Ciężko wystawić mi jakąkolwiek ocenę, ale dam mocne, porządne 4.

Komu polecam? W zasadzie każdemu, bo to książka dla wszystkich, myślę, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie.


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Zysk i S-ka


_____________________________________________________________________

To teraz prywata, rzecz jasna. Osoby, które jeszcze nie odpowiedziały na moje pytania odnośnie Liebster Blog (czyli żadna z nominowanych) są u pani. Ale ja nie o tym chciałam tak naprawdę. Jako zagorzała psychofanka Sherlocka i wszystkiego, co z nim związane, czuję się w obowiązku zapytania Was, czy widzieliście już teaser trailer sezonu numer trzy. Bo ja widziałam i jak babcię kocham dawno żadne 23 sekundy tak mnie nie uradowały, były to iście kwikogenne 23 sekundy mojego życia. Otóż Sherlock żyje i w ciągu trzech sekund jego mina wyraża więcej emocji niż moja w ciągu całego życia (to dzięki Benedictowi, rzecz jasna, nikt nie zrobiłby tego lepiej), John ma wąsy (które już zyskały własny fandom i kto wie, czy nie powstały już fanfiki), Molly nadal pracuje w kostnicy, Lestrade ściął włosy, pani Hudson prawdopodobnie nadal domywa lodówkę z resztek ludzkich szczątków, a Mycroft wygląda beztrosko jak zwykle. No i ja się pytam, czy Wy jesteście równie podekscytowani, co ja, bo mnie chyba poszła para z uszu i nie do końca wiem, czego mam się po sobie spodziewać, kiedy dostaniemy już taki właściwy trailer, że nie wspomnę o The Empty Hearse, w którym to będziemy oglądać ludzi z otoczenia Sherlocka radzących sobie po jego śmierci. Nie wiem, czy to wytrzymam, bo na samo wspomnienie Johna w The Reichenbach Fall mam łzy w oczach. No ale co ja tu będę gadać, macie, obejrzyjcie sobie:

wtorek, 12 marca 2013

Sandra Stawińska - Piętno


Tytuł: Piętno
Autor: Sandra Stawińska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Opis książki: Nie ma winy bez kary.Nie ma tajemnic, których nie można odkryć.Nie ma słów, czynów, decyzji, których konsekwencji można uniknąć.
Bohaterowie powieści Sandry Stawińskiej mają wiele do ukrycia. Czy jednak wszystko wyjdzie na jaw?
Ocena: 4–/6
Czy zastanawialiście się kiedyś, jaką rolę seks odgrywa w ludzkim życiu? Ba! Na świecie? Myśleliście, ile można dzięki niemu ugrać, ile stracić, jak bardzo jednorazowa przygoda może zmienić człowieka i to, co go otacza?

Bohaterem książki jest Andrzej Lesicki – wciąż jeszcze młody, przystojny, robiący karierę w dobrze prosperującej firmie. Andrzej ma piękny dom, piękną żonę i uroczego synka. Sielanka. Jest tylko jeden problem – Andrzej ma kochankę. Helena to kobieta, która wie, czego chce. Dzięki wyjątkowej, posągowej urodzie rzuca mężczyzn na kolana i owija ich sobie wokół palca. Odkąd tylko zobaczyła Lesickiego, wiedziała, że będzie jej. Kochankowie romansują za zamkniętymi drzwiami biura Andrzeja. Nikt w firmie nie wie, co się święci. Nie wie też Ania, żona Andrzeja, gdyż ten kategorycznie zabronił Helenie kontaktowania się z nim, kiedy jest w domu. Czas po pracy to czas dla rodziny, a czas dla rodziny – rzecz święta.

Wszystko zmienia się, kiedy Andrzej dostaje służbowe polecenie wyjazdu , wraz z szefową Elwirą i kolegą z pracy Wojtkiem, do Amsterdamu na szkolenie. W przeddzień wyjazdu Wojciechowi zostaje cofnięty urlop. W tym momencie czytelnik uśmiecha się z przekąsem – wie już, co chodzi Elwirze po głowie. Sam na sam z przystojnym mężczyzną w mieście, do którego Bóg już dawno nie zagląda. Jednak to nie koniec niespodzianek. W Amsterdamie na Andrzeja czeka nie kto inny jak Helena, która swoje sidła zaciska coraz bardziej. Początkowo zaskoczony mężczyzna dochodzi do wniosku, że jego kochanka miała genialny pomysł, nareszcie mieli okazję spędzić ze sobą więcej czasu niż zwykle – tak też robią.

Okazuje się, że miasto wyzwala w członkach tego nieszczęsnego miłosnego trójkąta najgorsze instynkty. Odrzucona przez Andrzeja Elwira postanawia się zemścić, Helena okazuje się wcale nie tak słodką i uroczą, jak wyobrażał sobie jej kochanek, natomiast sam Andrzej całą tą sytuacją oraz podejrzewającą coś żoną jest niezwykle zestresowany. Wtedy dochodzi do z pozoru niegroźnego wypadku, który wywraca życie całej trójki do góry nogami. Jak potoczą się ich losy? Czy całe zło i krzywdy, które wyrządzili, powrócą do nich jak bumerang?

Muszę przyznać, że jest to wyjątkowo udany debiut. Napięcie budowane jest stopniowo, a czytelnik chce więcej i więcej, kartkując kolejne strony coraz szybciej. Początkowo jednak ciężko było mi przebrnąć. Po pierwsze dlatego, że niewiele się działo. Po drugie, i to już z czysto prywatnych pobudek, taka postawa mnie zwyczajnie odrzuca. Nie do końca rozumiem, jak można wyciągać ręce po cudzych mężów. Tak samo nie rozumiem, jak można beztrosko zdradzać osobę, której ślubowało się miłość i wierność. Nikt przecież nikogo do ślubu nie zmusza, a osoby, które się na niego decydują, zwykle są pewne swojej decyzji i partnera, zdają sobie sprawę, że to ma być na całe życie. To jedna z niewielu rzeczy, która napawa mnie obrzydzeniem, a Sandra Stawińska w świetny sposób opisała konsekwencje takiego postępowania, chociaż przyznam szczerze, że tytuł i opis książki mogą być nieco mylące, bo czytelnik nie spodziewa się tego, co zastanie w środku.

 „Piętno” czytało mi się zaskakująco dobrze. Jeśli ktokolwiek spodziewa się tutaj opisów żywcem z filmów dla dorosłych – zawiedzie się. Opisy są odważne, ale wciąż subtelne, działające na wyobraźnię, więc – owszem – możemy poczuć wypieki na twarzy, ale będziemy czytać dalej bez zażenowania czy skrępowania. Stawińska jako debiutantka postawiła sobie poprzeczkę dość wysoko, jednak mam nadzieję w przyszłości przeczytać kolejne jej powieści.

Komu polecam? W zasadzie każdemu, kto ma ochotę poczuć dreszczyk emocji. Komu odradzam? Z pewnością osobom, którymi złość telepie na sam dźwięk słowa „zdrada”.


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Zysk i S-ka


linkwithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...