Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodzieżowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodzieżowe. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 kwietnia 2015

Terry Pratchett, Neil Gaiman - Dobry Omen


Tytuł: Dobry Omen
Autor: Terry Pratchett, Neil Gaiman
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Opis: Zgodnie z Przenikliwym i Trafnym Proroctwem Agnes Nutter jedynej całkowicie wiarygodnej wróżki świat skończy się w sobotę. Dokładnie mówiąc: w najbliższą sobotę. Jeszcze dokładniej: zaraz po kolacji. A wieczorem zerwą się armie Nieba i Piekła. Zapłoną morza ognia. Księżyc okryje się krwawym całunem. I to jest główny kłopot Crowleya (byłego węża, dziś agenta Piekła) i jego przeciwnika, a zarazem starego przyjaciela Azirafala (autentycznego Anioła). Bo ni chcą być tu na dole (lub na górze, z punktu widzenia Crowleya).
Ocena: 2/6



Pewnego wieczoru na świat przyszedł chłopiec. Tak naprawdę to dwóch chłopców - jeden z nich to syn amerykańskiego attaché kulturalnego, drugi zaś - syn Mr Younga, najzwyklejszego zjadacza chleba. Jest też trzeci chłopiec, a imię jego Wielki Adwersarz, Pogromca Królów, Anioł Bezdennej Otchłani, Be­stia zwanej Smokiem, Książę Tego Świata, Ojciec Kłamstwa, Szatański Pomiot i Władca Ciemności, zwany dalej Antychrystem, a jeszcze dalej po prostu Adamem. O losie chłopców przesądziła pomyłka sióstr zakonnych (satanistek), które zagrały chłopcami w "trzy kubki", co poskutkowało tym, że żadne z dzieci nie trafiło tam, gdzie trafić powinno. Toteż w niebie, jak i na ziemi, jak i w piekle przez jedenaście błogich lat uważało się, że Warlock, syn attaché kulturalnego, jest Antychrystem, który ma sprowadzić na świat zagładę. Jakież było zdziwienie wszystkich, w szczególności Crowleya - wysłannika Piekieł, kochającego drzemki i swojego bentleya - odpowiedzialnego za cały ten bajzel, Azirafala - anioła, a także bibliofila antykwariusza, oraz Agnes Nutter - od trzystu lat martwej wróżki, której przepowiednia końca świata jako jedyna okazała się trafna i dokładna, kiedy okazało się, że Warlock Antychrystem wcale nie jest. Księciem Piekieł jest oczywiście Adam, ale okazuje się, że on wcale nie chce końca świata...

Przejdę od razu do sedna. Powodem mojej nieobecności jest właśnie ta książka (i zepsuty komputer). Czytałam ją przez ponad dwa miesiące i ogólnie unikałam jak ognia, ale że nie lubię nie kończyć książek, toteż się zmusiłam. Zmaganie się z Dobrym Omenem było jak rodzenie kamieni nerkowych - długie, męczące i bolesne (szczególnie dla oczu). Na początku daje się odczuć, że autorzy bardzo starali się, żeby książka była lekka i zabawna, ale efekt okazał się odwrotny od zamierzonego. Długie, zawiłe zdania wybijają czytelnika z rytmu. W dodatku są to zdania zbudowane w taki sposób, że zanim skończy się je czytać, już się zapomina, co było na początku, a temat zdążył się zmienić pięć razy. Jest tu mnóstwo niepotrzebnych wstawek, które miały mieć charakter humorystyczny, ale często były totalnie wyrwane z kontekstu i znów się człowiek zdążył dziesięć razy pogubić. Myślałam, że po prostu muszę brnąć dalej, że może przywyknę do tego dziwacznego stylu i skakania w fabule, ale przeczytałam połowę książki i nadal nie do końca wiedziałam, co się tak naprawdę dzieje. Ciężko się toto czyta, sama fabuła bywa zabawna (jedno zdanie, tylko jedno, rozśmieszyło mnie tak bardzo, że w samolocie do domu zaczęłam śmiać się w głos), ale na ogół jest raczej nudno. Wystąpiło mnóstwo zupełnie niepotrzebnych wątków, które miały chyba pełnić rolę zapchajdziury i również wybijają czytelnika z rytmu. W notatkach mam napisane, że czasem odnosi się wrażenie, jakby tę książkę napisał ktoś na kwasie. Nie jestem w stanie sobie przypomnieć konkretnie, dlaczego tak napisałam, ale wierzę, że miałam powód.

O Gaimanie i Pratchetcie słyszałam wiele dobrego, ale po tak kiepskim pierwszym spotkaniu nie wiem, czy skuszę się na coś jeszcze ich autorstwa, bo Dobrym Omenem jestem mega rozczarowana. Sam pomysł niezły, ale wykonanie to totalna porażka.

Czy polecam? Raczej nie.


Książkę przeczytałam w ramach Wyzwania 2015


wtorek, 3 lutego 2015

Becca Fitzpatrick - Black Ice


Tytuł: Black Ice
Autor: Becca Fitzpatrick
Wydawnictwo: Otwarte
Opis: Nie daj się zwieść pozorom!
Britt długo przygotowywała się do wymarzonej wyprawy wzdłuż łańcucha górskiego Teton. Niespodziewanie dołącza do niej jej były chłopak, o którym dziewczyna wciąż nie może zapomnieć. Zanim Britt odkryje, co tak naprawdę czuje do Calvina, burza śnieżna zmusza ją do szukania schronienia w stojącym na odludziu domku i skorzystania z gościnności dwóch bardzo przystojnych nieznajomych. Jak się okazuje, obaj są zbiegami. Britt staje się ich zakładniczką. W zamian za uwolnienie zgadza się wyprowadzić ich z gór.Gdy dziewczyna odkrywa mrożący krew w żyłach dowód na to, że w okolicy grasuje seryjny morderca, a ona może stać się jego kolejnym celem, sprawy przybierają dramatyczny obrót…
Ocena: 2/6

Britt ma osiemnaście lat i całe życie stoi przed nią otworem. W czasie wiosennej przerwy, wraz ze swoją bogatą przyjaciółką Korbie, postanawia wyruszyć na wycieczkę w góry Teton, do rodzinnej posiadłości koleżanki, Idlewilde. Britt do tej wyprawy szykowała się prawie rok. Zamierzała przejść cały łańcuch górski i udowodnić byłemu chłopakowi, Calvinowi, że jest twarda tak jak on. W drodze do Idlewilde okazuje się, że auto Britt nie jest w stanie pokonać zaśnieżonej trasy. Dziewczęta po chwili namysłu postanawiają wyruszyć wprost w burzę śnieżną w poszukiwaniu pomocy. Trafiają na niewielką chatkę, w której dostrzegają palące się światła. Zziębnięte walą do drzwi. Ku zdziwieniu Britt, drzwi otwiera Mason, chłopak, którego poznała wcześniej tego samego dnia. Dziewczyna od razu czuje się bezpieczniej, ale czy nie popełnia właśnie największego błędu w swoim życiu?

No, troszkę mi się pochorowało i zwlekałam z napisaniem o tej książce ponad tydzień, ale już jestem. Muszę jednak przyznać, że zwlekałam nie tylko ze względu na chorobę. Po prostu opadały mi witki za każdym razem, kiedy przysiadałam do pisania. Okazuje się, że po raz kolejny dałam się zwieść wysokim notom na LC i GR. Wygląda na to, że nigdy się nie nauczę, że kategorii young adult będę dawała kolejne szanse, a i tak skończy się to zawodem, ale nadal będę próbowała. No ale do rzeczy.

Mam z Black Ice problem. Mój problem to przede wszystkim główna bohaterka. Dziewczyna, która od początku dokonuje błędnych i nielogicznych wyborów; dziewczyna, która za swoją najlepszą przyjaciółkę ma snobkę, która poniża ją na każdym kroku (ale jest bogata, a to przecież najważniejszy aspekt przyjaźni). Dziewczyna, która od roku przygotowuje się na górską wycieczkę, ćwiczy, szykuje ubrania, prowiant... Nie wie jednak, że w góry, w miejsce dzikie, gdzie telefony komórkowe tracą zasięg, przede wszystkim zabiera się telefon satelitarny. Ale nie mogę jej winić, w końcu przygotowywała się do tej wycieczki od roku. Albo autorka zrobiła niedokładny research, ale tego nie wiem. W końcu, gdyby Britt miała telefon satelitarny, całe to gorące law story nie miałoby miejsca. Britt to dziewczyna, która nie potrafi dać sobie na spokój z chłopakiem, który jej nie chciał. Britt w kółko o nim rozmyśla, zastanawia się, co w takiej sytuacji zrobiłby Calvin, co Calvin by pomyślał, co by powiedział. Ja rozumiem, że to boli, każdy w końcu był zakochany, ale takie rozczulanie się po kilkuset stronach robi się po prostu mało atrakcyjne. Mało tego, do Britt nie dociera, że chłopak, który z nią zerwał najwidoczniej nie chce mieć z nią nic wspólnego, o nie. Ta wyprawa to głównie dla niego. Dziewczyna chce, żeby Calvin też wziął w niej udział, żeby mogła mu pokazać, że nie jest delikatnym i zależnym od wszystkich kwiatuszkiem (którym zresztą jest). Mimo wszystko jest gotowa wybaczyć mu, że zrywając z nią, zrujnował najważniejszą noc w jej życiu (czyt. bal absolwentów *chlip, chlip*), taka jest dobra! Britt jest opryskliwa, złośliwa i, co tu dużo mówić, głupia jak but. Gra w durne gierki, udaje kokietkę, jest zwyczajnie nie do zniesienia. Dowodów na bezdenną głupotę Britt jest mnóstwo, większość z nich zaznaczyłam na czytniku, ale naprawdę nie wiem, czy starczyłoby mi czasu, żeby je wszystkie tutaj wyszczególnić. Poza tym możliwe, że ktoś by mnie pozwał za udostępnianie większej części książki. 

Drugi problem, jaki mam z Black Ice, to fabuła. Teoretycznie nie ma się czego czepiać, bo w końcu akcja jest wartka, cały czas coś się dzieje, intryga goni intrygę... a jednak. Fabuła jest zwyczajnie nie z tej ziemi. Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam romans paranormalny, ale Black Ice romansem paranormalnym nie jest. Niby zostało nam to wyjaśnione tak, że nikt nie powinien się przyczepić, bo Mason/Jude wcale nie jest tym złym, on chciał dobrze, ale nie mógł, ma dobre serduszko i w ogóle cud, miód i orzeszki. A jednak spokoju nie daje mi fakt, że Britt i tak wpadła po uszy. Jakby nie patrzeć, chłopak ją uprowadził, ją i jej tak zwaną przyjaciółkę. Mówił, że nie chciał, że musiał, a ja myślałam sobie "matko, przecież to niemożliwe, żeby ktokolwiek dał się na to nabrać". Jednak chyba się myliłam, patrząc na ocenę na LC. Mój problem z Black Ice jest taki, że chłopak, w którym zakochuje się główna bohaterka to porywacz, który mógł pomóc jej uciec, ale nie chciał. Mój problem jest taki, że Britt, mimo że z początku wie, że ma do czynienia z syndromem sztokholmskim, postanawia to zignorować i daje za wygraną, pozwalając obezwładnić się "prawdziwemu uczuciu". Mój problem z Black Ice jest taki, że gdyby taka historia faktycznie miała miejsce, Britt byłaby martwa, a w najlepszym przypadku uwiązana gdzieś w piwnicy, jednak wciąż przekonana o prawdziwości swoich uczuć, bo na tym właśnie polega syndrom sztokholmski.

Moim kolejnym problemem jest sposób, w jaki autorka decyduje się przedstawić kobiety w tej powieści. Wiem, że Becca Fitzpatrick ma jakieś dziwne ciągoty w kierunku mizoginii. Co prawda nie czytałam Szeptem (i po lekturze Black Ice wiem na pewno, że nie przeczytam), ale czytałam na temat tej serii bardzo dużo i wiem, że jej główna bohaterka również okazuje się silna, twarda, niezależna, dopóki na horyzoncie nie pojawia się Prins Czarming i odbiera jej całą wolną wolę. Drażni mnie kreowanie takich postaci kobiecych przez mężczyzn, ale kiedy kobiety same strzelają sobie w ten sposób w stopę, zwyczajnie nie jestem w stanie tego zrozumieć.

Ze względu na tempo wydarzeń, powieść przeczytałam dość szybko. Technicznie jest w porządku, nie ma błędów, co tylko zadziałało na korzyść powieści i poskutkowało dwiema gwiazdkami, a nie jedną. 

Komu polecam? Ogólnie odradzam, ale wiem, że należę do mniejszości, której Black Ice nie przypadło do gustu, więc ci, co chcą i tak przeczytają, o ile jeszcze tego nie zrobili.


Książkę przeczytałam w ramach Wyzwania 2015


poniedziałek, 19 stycznia 2015

Veronica Roth - Wierna (Niezgodna #3)


Tytuł: Wierna
Autor: Veronica Roth
Wydawnictwo: Amber
OPIS: Społeczeństwo frakcyjne, w które Tris tak wierzyła, legło w gruzach – podzielone walką o władzę, naznaczone śmiercią i zdradą. Jednego tyrana zastąpił drugi. Miastem rządzą niepodzielnie bezfrakcyjni. Tris wie, że czas uciekać. Lecz jaki świat rozciąga się poza znanymi jej granicami? Może za murem będzie mogła zacząć z Tobiasem wszystko od nowa, bez trudnych kłamstw, podwójnej lojalności, bolesnych wspomnień? A może poza miastem nie ma żadnego świata…
Ocena: 4.5/6

Tris wraz z grupką przyjaciół ucieka z Chicago. Odkąd rządzą nim bezfrakcyjni z Evelyn na czele, zapanowała tam anarchia, a miasto zaczęło popadać w ruinę. Przyjaciele jadą autem przed siebie, nie do końca wiedząc, gdzie się udać. I kiedy krajobraz za oknem zaczyna się zmieniać, dostrzegają, że ktoś na nich czeka. Zostają zabrani do Agencji, ośrodka, w którym dowiadują się, że całe ich życie to kłamstwo, że byli tylko szczurami doświadczalnymi w rękach ludzi uważających się za bogów, których chora ideologia doprowadzi do tragedii.

Wierna to plot twist, którego się nie spodziewałam. Okazuje się, że mamy tu do czynienia z historią a'la Truman Show, z tym że na większą skalę. Zawsze wywołuje to we mnie jakiś niesmak, czuję się zdradzona i oszukana. Chicago, frakcje, Niezgodni - wszystko jest jedynie eksperymentem w rękach rządu, a poza granicami miasta każda rzecz ma zupełnie odwrotną wartość.

Jeśli miałabym oceniać każdą z części trylogii według wartości, jakie niosą, Wierna byłaby zdecydowanie na pierwszym miejscu. Mamy tutaj Agencję, która czuwa nad miastami-eksperymentami, chcąc doprowadzić do eliminacji osobników z genami uszkodzonymi, czyli tych, których wyniki w testach przynależności wskazywały jednoznacznie frakcję, do której dana osoba powinna przynależeć. Agencja nie ma żadnych skrupułów, dla dobra eksperymentu jest w stanie wymordować połowę jego populacji czy wykasować pamięć wszystkim mieszkańcom miast. Wszystko po to, by przywrócić czystość genetyczną. Jeśli to nie brzmi znajomo, to podpowiem tylko, że Hitler kierował się podobną ideologią, zwaną Eugeniką.

Wierna to powieść o mniejszościach. O tym, jak są uciskane, a ich zasługi umniejszane. Jak "czyści genetycznie" są uprzywilejowani i "zdrowi", a uszkodzonych genetycznie traktuje się jak ułomnych. I mimo że w świetle prawa CG i UG są sobie równi, to każdy wie, że jest inaczej i tę różnicę wyraźnie daje się odczuć. Veronica Roth w Wiernej uświadamia czytelnikowi, jak bardzo absurdalne jest takie myślenie i tego rodzaju ideologie. Pokazuje, że gdyby świat naprawdę bazował na równości i pomaganiu sobie nawzajem, lepiej by nam się żyło.

Jeśli chodzi o zakończenie - I TU ZACZYNA SIĘ SPOILER - to liczyłam na coś bardziej dramatycznego. Po cichu miałam nadzieję, że Tris wyruszy do Chicago razem z Tobiasem, coś pójdzie nie tak i ich pamięć też zostanie zresetowana. Wiecie, tak, żeby całkiem o sobie zapomnieli i już nigdy się nie zeszli, żyli osobno, a cały ich wysiłek i odniesione podczas walk rany poszły na marne. Myślę, że to fanów pary zabolałoby bardziej niż śmierć Tris. Chciałabym chociaż raz przeczytać tego rodzaju zakończenie, bo najwidoczniej mam jakieś masochistyczne skłonności. Chociaż domyślam się też, że taka książka by się nie sprzedała, bo wszyscy kochają happy endy, i mimo śmierci głównej bohaterki, wszystko skończyło się dobrze, a ludzie żyli długo i szczęśliwie - I TU SPOILER SIĘ KOŃCZY.

Bardzo brakowało mi w tej części emocji. Bohaterowie są co prawda dojrzalsi, a Roth wyraźnie poprawiła się jako pisarka, ale brak wściekłości, żalu, rozgoryczenia, rozpaczy czy poczucia straty sprawia, że Wierna nie jest tak dobra, jak mogłaby być. Niby te wszystkie uczucia gdzieś tam są, ale jest ich mało i są dość mocno przytłumione.

Technicznie, występują te same błędy, co w poprzednich częściach. Drobne literówki, niekiedy dziwny szyk zdań, dziwaczny przekład imion, ale poza tym jest w sumie okej.

Komu polecam? Tym, którzy przeczytali wcześniejsze części Niezgodnej, rzecz jasna ;)

Seria Niezgodna:

3. Wierna 

Książkę przeczytałam w ramach Wyzwania 2015


wtorek, 13 stycznia 2015

Veronica Roth - Zbuntowana (Niezgodna #2)


Tytuł: Zbuntowana
Autor: Veronica Roth
Wydawnictwo: Amber
Opis: Dzień, kiedy szesnastoletnia Tris dokonała wyboru, powinien zostać uczczony świętowaniem przez frakcję, do której przystąpiła – jednej z pięciu, jakie istnieją w zniszczonym katastrofą Chicago. Zamiast tego zakończył się tragedią. Przejście z Altruizmu do Nieustraszoności zburzyło jej świat, pozbawiło rodziny, zmusiło do ucieczki, ale i połączyło z Tobiasem – Nieustraszonym o stalowych oczach.
Ocena: 3.5/6

Po symulacji ataku Chicago znów opanowuje chaos. Część Nieustraszonych dopuszcza się zdrady i przyłącza do Erudytów, podczas gdy reszta frakcji opowiada się przeciwko nim. Jeanine Matthews jest teraz wrogiem numer jeden, a Tris jest tym, czego bezduszna kobieta chce najbardziej, bo dziewczyna jest pierwszą w historii Niezgodną tak silną, że nie działają na nią nawet najbardziej wymyślne symulacje, które wypróbowuje na niej przywódczyni Erudytów. 

Kiedy Cztery zostaje przywódcą Nieustraszonych, rodzi się plan, który ma się zakończyć śmiercią Jeanine. Tris jednak zdaje sobie sprawę, że nie może na to pozwolić, zanim nie odzyska bardzo ważnych danych z siedziby Erudycji. Wie, że musi dopuścić się zdrady.

Nie wiem, co mam myśleć o tej części. Z jednej strony dużo się dzieje, są intrygi, których brakowało mi w pierwszej książce, ale te intrygi okazały się bardzo przewidywalne. Jedyną niewiadomą, której nie byłam w stanie rozgryźć do końca to ta informacja, której tak zażarcie pilnowała Jeanine, ale to też nie było jakieś wielkie łał. Związek Tris i Tobiasa ewoluuje i w tej chwili mam go już serdecznie dość. Z tą Tris to mam taki trochę dylemat, bo jednocześnie ją lubię i nie. Została teraz Mary Sue na pełny etat. Wszystko robi najlepiej, jest najsilniejsza, najmądrzejsza, najodważniejsza, a każdy ją podziwia. Rozumiem, że to główna bohaterka, ale trzeba postawić jakieś granice. Dać trochę supermocy innym postaciom. Co stało na przeszkodzie, żeby każdy miał "to coś"? Nic, byliby bardziej zwartą grupą i razem roznieśli Erudytów w drobny mak. Z drugiej strony lubię jej sposób myślenia, bo jest w miarę logiczny i dobrze napisany. 

Styl autorki wciąż trzyma poziom. Nadal pojawia się mnóstwo detali, ale książkę czyta się bardzo szybko, bo dużo się dzieje. Polskie tłumaczenie natomiast pozostawia wiele do życzenia. Imiona tłumaczone są bardzo pokracznie, a błędów logicznych i literówek jest cała masa.

Jednak mimo tych wszystkich drażniących mnie aspektów, Zbuntowaną czytało mi się nieźle i dobrze się przy niej bawiłam.

Polecam tym, którzy już mają za sobą Niezgodną i zastanawiają się, czy brać się za kolejną część. Jest to seria na tyle niezła, że warto zapoznać się z całą historią.

Seria Niezgodna:

1. Niezgodna
2. Zbuntowana ←
3. Wierna

Książka przeczytana w ramach Wyzwania 2015


poniedziałek, 12 stycznia 2015

Veronica Roth - Niezgodna (Niezgodna #1)


Tytuł: Niezgodna
Autor: Veronica Roth
Wydawnictwo: Amber
Opis: Szesnastoletnia Beatrice dokonuje wyboru, który zaskoczy wszystkich, nawet ją samą. Porzuca Altruizm i swoją rodzinę, by jako Tris stać się twardą, niebezpieczną Nieustraszoną. Będzie musiała przejść brutalne szkolenie, zmierzyć się ze swoimi najgłębszymi lękami, nauczyć się ufać innym nowicjuszom i przekonać się, czy w nowym życiu, jakie wybrała, jest miejsce na miłość.
Ocena: 4.5/6

Altruizm, Erudycja, Prawość, Nieustraszoność i Serdeczność to pięć frakcji, na które została podzielona społeczność Chicago. Po kolejnej wojnie ludzie jednogłośnie postanowili wyeliminować cechy kierujące dotychczas rządzącymi i nigdy więcej nie pozwolić, by zawładnęły jakąkolwiek jednostką. W ten sposób egoizm zastąpiła bezinteresowność, głupotę inteligencja, nieszczerość i dwulicowość zastąpiła uczciwość, niechęć i obojętność- uczciwość, a tchórzostwo - odwaga. Aby dowiedzieć się kto nadaje się do jakiej frakcji, każdy szesnastolatek przechodzi test przynależności, który wskazuje mu, gdzie najlepiej by pasował, ale test to tylko sugestia. Każdy może sam wybierać, do jakiej frakcji chce przynależeć. Gorzej, jeśli test przynależności nie jest jednoznaczny i pokazuje więcej niż jeden wynik, bądź żadnego. W najlepszym wypadku taka osoba staje się bezfrakcyjnym i odtąd musi radzić sobie sama, w najgorszym - muszą zginąć, bo Niezgodni zagrażają swoimi wszechstronnymi umysłami idealnie działającemu systemowi.

Beatrice Prior jest Niezgodna. Tylko dzięki życzliwości Tori, która nie wierzy w niezawodność systemu, udaje jej się uniknąć śmierci. Dołącza do nieustraszonych i kiedy już zyskuje przyjaciół, odnajduje miłość i pokonuje trudy nowicjatu, dochodzi do incydentu, który zmienia życie Tris w koszmar.

Po Niezgodną sięgnęłam z taką obsuwą, bo nie czułam  do tej książki żadnego pociągu. Wiedziałam, że będzie to kopia Igrzysk Śmierci, które kocham, a zwyczajnie nie podoba mi się, kiedy dzieje się tak, że jak jakaś książka z konkretnego gatunku osiąga ogromny sukces, to nagle pojawia się miliard innych łudząco podobnych. I mimo że ciężko tych podobieństw nie zauważyć, to nie będę porównywała jednej serii z drugą.

Dlaczego w takim razie zdecydowałam się jednak sięgnąć po Niezgodną? Tak w ramach wyzwania. Potrzebowałam książki, która będzie miała w tytule jedno słowo i oto jest. Czego zupełnie się nie spodziewałam to to, jak bardzo spodoba mi się Niezgodna. Podoba mi się postapokaliptyczny świat, który zbudowała Roth, lubię też jej postacie, mimo że Tris to taka trochę Mary Sue w przebraniu. Styl autorki jest na wysokim poziomie, podobają mi się detaliczne opisy, które są w dobrym guście i nie przekraczają granic absurdu. Lubię fakt, że Tris nie wchodzi do Jamy i nie tłucze wszystkich na kwaśne jabłka w pierwszym dniu nowicjatu. Podoba mi się, że uczucie między nią i Tobiasem rodzi się powoli, zamiast pojawiać się nagle jak Filip z konopii jak to zwykle w young adult bywa. Co mi się niekoniecznie podobało to to, że ten związek w ogóle ma miejsce. Jeśli czytam dystopię, to chcę bohaterkę, która kopie wszystkim tyłki, a nie migdali się po kątach. Jest wojna, do jasnej. Ja wiem, że Beatrice jest nastolatką, że hormony, bla, bla, bla, ale czytając o rewolucji, chcę, żeby to rewolucja była na pierwszym miejscu, a nie służyła jako tło dla całujących się nastolatków. Kolejna rzecz, której mi brakowało, to intrygi. Za mało! Gdzie są zdrajcy? Gdzie szpiedzy? Gdzie suspens? Gdzie momenty, które powodują, że szczęka roztrzaskuje się o podłogę? Poza tym sądzę, że cały ten wątek frakcji powinien być lepiej wyjaśniony, bo niby rozumiem zamysł, ale nadal wydaje mi się to trochę absurdalne, że każdy człowiek może mieć tylko jedną cechę charakteru, bo inaczej pójdzie do piachu.

W każdym razie Niezgodną czytało mi się bardzo dobrze i bardzo szybko. Jestem zadowolona, a biorąc pod uwagę fakt, jaką cholerną jestem marudą, to wiele o książce świadczy.

Zastanawia mnie tylko, czy Roth, pisząc swoją serię, myślała o tym, co dzieje się na świecie i dlatego napisała Niezgodną, czy po prostu uznała, że skoro Igrzyska odniosły taki sukces, to ona też spróbuje i bardziej opierała się na twórczości Suzanne Collins niż na wydarzeniach ze świata? Bardzo chciałabym, żeby to było to drugie.

Komu polecam? Fanom dystopii, rzecz jasna. No i porządnego young adult, które ostatnio stało się tak modne i tak pełne szajsu, że ciężko odnaleźć w nim prawdziwą perełkę. Niezgodna może nie jest do końca perełką, ale jest zdecydowanie czymś, na co warto zwrócić uwagę.

A, no i jeszcze jedno. Kto do cholery kieruje pociągiem?!?

Seria Niezgodna:

1. Niezgodna 
2. Zbuntowana
3. Wierna

Książka przeczytana w ramach Wyzwania 2015


środa, 25 grudnia 2013

"Piękne istoty" x 2


Tytuł: Piękne Istoty
Autor: Kami Garcia, Margaret Stohl
Wydawnictwo: Łyński Kamień
Opis: Ethan, bohater powieści, mieszka w Gatlin – małym, nudnym miasteczku w Południowej Karolinie. Jest nastolatkiem, który gra w kosza i umawia się z dziewczynami. Uwielbia czytać i marzy o podróżach po całym świecie. Zwyczajna historia? Zapewne tak, gdyby nie fakt, że Etan ma swoją tajemnicę. Od miesięcy śni mu się ten sam sen. Widzi w nim tę samą dziewczynę, której nigdy nie spotkał.
Ocena: 5/6

Ethan to nastolatek mieszkający w Gatlin, małym miasteczku w Karolinie Południowej. W Gatlin nie dzieje się praktycznie nic, każdy dzień jest przewidywalny do granic możliwości, a jakiekolwiek odstępstwa od rutyny urastają do rangi nie lada sensacji. Ethan jest popularny i powszechnie lubiany, spotyka się z równie znaną i lubianą Emily, gra w szkolnej drużynie koszykówki, wydawałoby się, że jego życie jest łatwe i przyjemne, prawda jednak okazuje się inna. Od śmierci matki Ethan śni sny o dziewczynie, którą próbuje uratować, a która wymyka mu się z rąk. Sen powtarza się i jest bardzo realistyczny, tak realistyczny, że po przebudzeniu nastolatek umorusany jest w pyle i błocie, które obecne były również we śnie. Życie Ethana zmienia się, gdy w szkole nie pojawia się nowa uczennica Lena Duchannes, siostrzenica Macona Ravenwooda, mężczyzny, którego niewielu ludzi tak naprawdę widziało, a którego każdy obawia się jak złego ducha, bo z tym też Macon jest utożsamiany. Nastolatka bardzo różni się od reszty dziewcząt z liceum Jackson, przez co staje się obiektem drwin całej szkoły. Z wyjątkiem jednej osoby. Ethan bowiem odkrywa, że Lena to dziewczyna z jego snu.

Podoba mi się ta seria. Jest szalenie klimatyczna, a ja bardzo lubię tego typu powieści, które przy tym są napisane z pomysłem i mają ciekawą fabułę. „Piękne istoty” trzymają w napięciu i niepewności od początku do końca i nie ma tu czasu na nudę. Postaci występuje całe mnóstwo, ale każda jest inna i z charakterem. Para głównych bohaterów to inteligentne, racjonalnie myślące nastolatki. Ethan na okrągło czyta książki zakazane przez kościół Gatlin (czyli praktycznie wszystko, co kiedykolwiek zostało wydane), a Lena zaczytuje się w poezji Bukowskiego, sama zresztą też pisze. Nie jest płytka i zaślepiona miłością od pierwszego wejrzenia. Lena jest podejrzliwa i ostrożna, targają nią przeróżne emocje, z jednej strony nie chce być taka jak nastolatki z Gatlin, jednak z drugiej chciałaby być przez nich akceptowana i lubiana. Chciałaby wieść normalne, nastoletnie, beztroskie życie, jednocześnie zdając sobie sprawę, że to niemożliwe ze względu na to, kim tak naprawdę jest. Ethan natomiast zachowuje się jak normalny nastolatek – nie zawsze wie, co powiedzieć i jak się zachować, trochę obawia się własnych uczuć, popełnia błędy, przez co uczucie tych dwojga rozwija się powoli i w takim tempie, w jakim powinno.

„Piękne istoty” to powieść bardzo dynamiczna, ale nie odczułam, żeby cokolwiek działo się zbyt szybko, przez co książkę czyta się naprawdę dobrze, nie odnosząc wrażenia, że cokolwiek zostało napisane na siłę i bez uprzedniego przemyślenia.

Jestem jak najbardziej na tak i zabieram się już za kolejny tom.

Komu polecam? Każdemu, kto lubi fantastykę i romans paranormalny, bo mimo że książka jest o nastolatkach, to jednak uważam, że spodoba się większości, które zaczytuje się w w/w gatunkach. Dostajemy wielką miłość, intrygę, mnóstwo wątków fantastycznych, a momentami odrobinę dramatu. To mieszanka, która w połączeniu z ciekawą fabułą zaowocowała bardzo porządną powieścią. 

Seria "Kroniki Obdarzonych":

1. Piękne Istoty 
2. Istoty Ciemności
3. Istoty Chaosu
4. Beautiful Redemption


Tytuł: Piękne Istoty (Beautiful Creatures)
Reżyseria: Richard LaGravense
Ocena: 2/6

Ten film to nie jest ekranizacja książki. On nawet nie został oparty na fabule, może jedynie o nią potarty. Niewiele rzeczy tutaj zgadza się z książką, wszystkie wątki zostały wrzucone do jednego wora, przemieszane i zrobiono z tego film. Wyszło chaotycznie, nie wiadomo, co i skąd się wzięło, ba! były nawet wątki, których w książce próżno szukać. Lena jakaś mało lenowata, Ethan też nie do końca taki, jaki powinien być, jednak jego postać jest chyba najbliższa pierwowzoru. 

Ciekawa jestem, czy połapałabym się w fabule filmu, gdybym nie czytała książki i czy wtedy by mi się podobało. Dziwi mnie, że udział w tym przedsięwzięciu wzięły ikony kina takie jak Jeremy Irons i Emma Thompson. Jestem zawiedziona, nie podobało mi się i zwyczajnie nie polecam, chociaż ciekawa jestem, co sądzą o filmie osoby, które nie czytały książki. Słyszałam, że jest porównywany do Zmierzchu (niedługo nawet Biblia będzie porównywana do Zmierzchu; jakby Zmierzch był jakimkolwiek wyznacznikiem dla czegokolwiek).

*****

Nie miałam wcześniej okazji, żeby życzyć Wam wesołych świąt. Mam nadzieję, że spędzicie ten czas z dala od trosk i kłopotów życia codziennego, że upłynie Wam on radośnie, wśród bliskich, przy dobrym jedzeniu i miłej atmosferze.

Natomiast fanów Sherlocka i Doctora Who pozdrawiam i macham omdlewającą łapką, bo te święta, to wyjątkowo intensywny dla nas okres ;)

czwartek, 28 listopada 2013

J.K. Rowling - Baśnie Barda Beedle'a


Tytuł: Baśnie Barda Beedle'a
Autor: J.K. Rowling
Wydawnictwo: Media Rodzina
Opis: Zbiór pięciu opowieści. Każda z nich ma własny magiczny charakter i wywołuje wzruszenie, śmiech i dreszcz lęku przed śmiercią. Komentarze profesora Albusa Dumbledore'a ucieszą zarówno mugoli, jak i czarodziejów. Profesor zastanawia się w nich nad morałem każdej baśni i ujawnia sporo nowych informacji o życiu w Hogwarcie.
Ocena: 3/6

"Baśnie Barda Beedle'a" to obowiązkowa pozycja dla każdego fana serii o Harrym Potterze. Bajki zawarte w tej książeczce stanowią jeden z fundamentów dzieciństwa wielu pokoleń czarodziejów, a każda z nich, mimo że krótka, czegoś uczy i niesie jakiś morał. 

Do każdej bajki dołączone są komentarze samego Albusa Dumbledore'a, z których dowiadujemy się nowych rzeczy o świecie czarodziejów i jego historii. Często jednak te komentarze dłużyły się i odbiegały od tematu, przez co czytając tę i tak krótką książkę, wynudziłam się dość mocno. 

Wszystkie historyjki są ciekawe i mogłyby wyjść z nich całkiem  interesujące opowiadania, gdyby je trochę rozpisać, a tymczasem dostałam naiwne i spłycone do maksimum bajeczki. Rozumiem, rzecz jasna, że to bajki dla dzieci, ale dzieci wychowujące się z serią o Harrym są już często po dwudziestce i jednak miło byłoby dostać kolejną ciekawą historię, żeby czas spędzony w czarodziejskim świecie przedłużyć możliwie jak najbardziej.

Co mnie urzeka w tych potterowych spin-offach to to, że czytelnik może się faktycznie poczuć, jakby miał w rękach książkę pochodzącą wprost ze świata magii, co w wypadku "Baśni..." sugeruje nam na przykład wzmianka o tym, że z run na język angielski tłumaczyła je Hermiona Granger (w "Fantastycznych zwierzętach..." i "Quidditchu przez wieki" jest to co prawda zaakcentowane jeszcze mocniej poprzez "odręczne" dopiski Złotego Trio).

Jest to miła książka, ale prawdopodobnie więcej do niej nie wrócę, bo i nie ma tu tak naprawdę nic, do czego chciałabym wracać. Polecam zagorzałym fanom serii (takim jak ja), jeśli nimi jednak nie jesteście, to niczego właściwie nie tracicie.




P.S. Udało mi się zdać egzamin :D

piątek, 4 października 2013

Nina Reichter - Ostatnia spowiedź. Tom II.


Tytuł: Ostatnia spowiedź. Tom II.
Autor: Nina Reichter
Wydawnictwo: Novae Res
Opis: Świat Ally Hanningan wali się w posadach, gdy miłość jej życia – rockman Bradin Rothfeld zostaje postrzelony i pada na scenę. Ally jest uczestniczką tamtych zdarzeń. Bezsilność i wspomnienia tamtych chwil na zawsze pozostaną jej najgorszym koszmarem. Bradin jest w ciężkim stanie. Co więcej, może pożegnać się ze światem sądząc, że dwie najbliższe mu osoby zrobiły mu świństwo. Tylko czy Ally i Tom rzeczywiście są niewinni Rozpoczyna się walka o życie rannego Bradina, a jego bliscy, odliczając feralne godziny, będą musieli zmierzyć się z grzechami, które być może nigdy nie zostaną odpuszczone. Tom poprzysięga sobie, że już nie zbliży się do Ally. Tylko czy facet, który dotychczas żył bez zasad dotrzyma obietnicy?
Ocena: 2/6

Ally Hanningan to z pozoru zwyczajna dziewiętnastolatka z dobrego domu, z planami na przyszłość. Tym, co odróżnia ją od całej reszty jest fakt, że spotyka się z gwiazdą rocka, wokalistą i liderem znanego na całym świecie zespołu Bitter Grace. Mimo przeciwności losu i knowań wrogów Brade’a i Ally, młodzi schodzą się, by ich miłość rozkwitła bardziej niż kiedykolwiek.

Zacznę może od tego, co naprawdę mi się podobało. W tej kwestii będzie bardzo krótko – okładka. Cała reszta okazała się klapą. Mniejszą lub większą, ale nadal klapą. Zacznę od Allison, bo to ona irytowała mnie najbardziej. Otóż z zachowania dziewczyny wynika, iż ma najwyżej pięć lat – bawi się uczuciami Brade’a, udaje wściekłą, mimo że wcale nie jest, tylko po to, żeby sprawdzić jego reakcję, kłamie jak najęta, nie mówi całej prawdy tylko po to, żeby oszczędzić chłopakowi tego, co i tak prędzej czy później wypłynie, jest zwyczajnie wyrachowana w tej swojej dziecinności. Wiek dziewczyny (a może powinnam napisać „dziewczynki”) wynika również z opisów. Otóż Ally robi minki, pociąga noskiem i zaciska rączki w piąstki. Idźmy dalej – Ally to standardowa Mary Sue, której wszystko w życiu się udaje i dostaje to, czego chce. No chyba że każda umiejąca robić zdjęcia dziewiętnastolatka dostaje pracę w Vanity Fair, a szef, z którego nastolatka jawnie się naśmiewa, wprost ją uwielbia, nie cierpiąc tym samym reszty ekipy. Jeśli tak faktycznie jest – przepraszam. A nie, wybaczcie, nie jest tak idealnie. Dziani rodzice Ally są przeciwni jej związkowi z grajkiem i za wszelką cenę chcą, żeby córka skończyła prawo i prowadziła dostatnie życie, zamiast dać się zapłodnić przed dwudziestką. Okropni ci rodzice, doprawdy. Myślę, że jednym z powodów, który pozwala mi sądzić, że Ally nie jest jeszcze gotowa na dziecko (poza tym, że to jeszcze nastolatka), jest fakt, że dziewczyna ma problemy z wypowiedzeniem na głos, a nawet w myślach, słowa „penis” i zastępuje je wygodnym „ekhem”. A może to po prostu wymysł autorki, ale wychodzę z założenia, że jeśli pisze się sceny erotyczne, to warto oswoić się z nazewnictwem intymnych części ciała.

Fabuła jak to fabuła – prosta jak budowa cepa i słodka do porzygu, nie ma co się bardziej nad tym rozwodzić.

Kwestie techniczne – tekst leży i kwiczy. Tak autorka, jak i korekta dały po prostu ciała. Mam tu na myśli między innymi regionalizmy typu „rozglądnął”, „otwarły się”, „oglądnął”. Ogólnie rzecz biorąc nie jest to błąd, ale w książce nie tyle nie ma prawa, co nie powinno występować takie słownictwo – to tak jak z rusycyzmami. Dalej. Im bliżej końca książki, tym więcej błędów. Wszyscy już chyba byli tak rozemocjonowani, że uznali iż brak litery czy kropki tu i tam nie zrobi nikomu różnicy. Jednak na łopatki rozłożyło mnie zdanie „Wszystko, co zrobiła, na co się zgodziła i co mu powiedziała odebrał zupełnie opatrznie”. Droga autorko, droga korekto – słowo „opatrznie” nie występuje i nie występowało w naszym pięknym, acz jakże zwodniczym języku. Przynajmniej nie w tym znaczeniu. Po przeczytaniu tego zdania miałam ochotę śmiać się i płakać jednocześnie. Autorka stara się, żeby każde zdanie ociekało patosem (śmiesznym zresztą), dzięki czemu całość tego wszystkiego to jeden pięknie i poetycko brzmiący, ale jednak totalny bełkot, a tym czasem problem stwarza jak widać zajrzenie do słownika. Powiecie „przecież od tego jest korekta, autor nie ponosi odpowiedzialności” – niestety ponosi i to ogromną. Wychodzę z założenia, że jeśli ktoś chce pisać po polsku i robi to, biorąc od nas nie takie małe pieniądze (bo trzydzieści parę złotych to może i nie majątek, ale już nie taka groszowa sprawa), wypadałoby, żeby robił to jak należy.

Strasznie zawiodłam się tą częścią. Szkoda, bo pierwsza bardzo mi się podobała. Śliczna okładka niestety nie zrekompensuje mi kiepskiej fabuły, płaskich i głupich postaci oraz błędów w tekście. Czy przeczytam ostatnią część? Przeczytam, ale pewnie z paskiem między zębami, żebym nie odgryzła sobie języka ze złości.

Komu polecam? Ogólnie nie polecam, ale mimo wszystko warto ogarnąć temat, jeśli czytaliście tom pierwszy.

Ostatnia spowiedź. Tom II. ←
Ostatnia spowiedź. Tom III.

P.S. Przypominam, że urodzinowe rozdanie trwa do niedzieli włącznie!

P.P.S. Jeśli macie gdzieś w pobliżu Stokrotkę, to radzę się wybrać. Nabyłam dwie książki Kinga, 9,99 każda ;)

sobota, 31 sierpnia 2013

John Green - Gwiazd naszych wina


Tytuł: Gwiazd naszych wina
Autor: John Green
Wydawnictwo: Bukowy Las
Opis książki: Szesnastoletnia Hazel choruje na raka i tylko dzięki cudownej terapii jej życie zostało przedłużone o kilka lat.Jednak nie chodzi do szkoły, nie ma przyjaciół, nie funkcjonuje jak inne dziewczyny w jej wieku, zmuszona do taszczenia ze sobą butli z tlenem i poddawania się ciężkim kuracjom. Nagły zwrot w jej życiu następuje, gdy na spotkaniu grupy wsparcia dla chorej młodzieży poznaje niezwykłego chłopaka.
Ocena: 4-/6

Gwiazd naszych wina to opowieść o szesnastoletniej Hazel chorującej na raka tarczycy. Hazel mimo młodego wieku jest bardzo świadoma otaczającego ją świata i analizuje go przy każdej okazji, w przerwach czytając książki i oglądając America's Next Top Model. Pewnego dnia Hazel, odwiedzając grupę wsparcia, poznaje Augustusa, siedemnastolatka z amputowaną nogą, u którego nastąpiła remisja choroby. Hazel i Gus zbliżają się do siebie, odkrywając jak bardzo są podobni, a zarazem różni od siebie. Wyruszają w wielką podróż i zostają dotknięci najwspanialszym uczuciem z możliwych. Dobra passa nie trwa jednak długo, bo świat nie jest instytucją zajmującą się spełnianiem życzeń.

Bardzo podobają mi się postaci Hazel i Augustusa. Podoba mi się sposób, w jaki patrzą na świat, z jaką dojrzałością to robią. Podobają mi się ich egzystencjalne rozterki i rozmyślania nad rzeczami na pozór banalnymi. Podoba mi się język, jakim operuje autor, podoba mi się dobór słów, nazwałabym to poetycką prozą. W książce jest całe mnóstwo pięknych i uniwersalnych wersów, ale zacytuję ten, który urzekł mnie najbardziej (i przy okazji nie jest dołujący)

[...]- Czy wiedzą państwo - zapytał z rozkosznym akcentem - co Dom Perignon powiedział po wynalezieniu szampana?
- Nie - przyznałam się.
- Zawołał do swoich towarzyszy z klasztoru: "Chodźcie szybko, piję gwiazdy!"[...]

[...]- Wspaniale. A możemy dostać więcej szampana? - spytał Augustus.
- Oczywiście - odparł kelner. - Dziś wieczór złapaliśmy do butelek wszystkie gwiazdy, młodzi przyjaciele.[...] 
Jednak ogólnie rzecz biorąc, czuję się nieco oszukana. Cały hajp wokół książki pozwolił mi sądzić, że to coś, czego nigdy w życiu nie zapomnę, że będę płakać rzewnymi łzami, że dostanę coś, co mnie zmieni. Przez hajp mam na myśli peany pisane na jej cześć, tematyczne torty, grafiki, obudowy na telefon, koszulki, pościele, posty, po których przeczytaniu chciało mi się płakać i szczerze mówiąc, w ogóle tego nie rozumiem. Owszem, to jest dobra książka. Czytało się ją świetnie i była przyjemna dla oczu, ale czy dla duszy?

Możliwe, że nie poniosło mnie tak bardzo dlatego, że już czytałam coś bardzo podobnego. Chodzi mi o Zanim umrę. Ta, z tego co wiem, nie przeszła tak głośnym echem, jak Gwiazd naszych wina, ba! niewiele osób wie, że na jej podstawie powstał nawet film (Now is good). Tak więc nie, nie uważam, żeby Gwiazd naszych wina była tak genialną książką, jaką została okrzyknięta. Podobała mi się, powtarzam raz jeszcze, jednak nie mogę pozbyć się tego uczucia zawodu, bo jakoś gdzieś tam się trochę zawiodłam.

Będę więc kontynuowała moją podróż z książkami, oczekując tej jednej jedynej, która zmieni moje życie.

Komu polecam? Ciężko powiedzieć, bo większość przeczytała już tę książkę. Polecam tym, którzy chcą poczytać wzruszającą poezję pisaną prozą, a także tym, którzy chcą się wypłakać i potrzebują jakiegoś bodźca.

niedziela, 4 sierpnia 2013

Lars Husum - Mój kumpel Jezus


Tytuł: Mój kumpel Jezus
Autor: Lars Husum
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Opis książki: Nikolaj i Siorka to dzieci gwiazdy pop Grith Okholm i listonosza Allana. Od dnia wypadku samochodowego, w którym giną oboje rodzice, sieroty zmuszone są koegzystować w niezdrowej symbiozie i toksycznym związku. Nikolaj rośnie niesforny, brutalny i chorobliwie zależny od siostry. Mijają lata, a Siorka stara się poukładać sobie życie, na co nie chce zgodzić się jej brat. Kiedy Nikolaj bije do nieprzytomności swoją dziewczynę Silje, jego siostra postanawia, że nie będzie dalej tak żyć. Dochodzi do tragedii...
Ocena: 4/6

Zaraz po przeczytaniu „Ireny” ściągnęłam z półki „Mojego kumpla Jezusa”, która to już od pewnego czasu była przesuwana w kolejce na coraz to dalsze miejsce, ale ileż można zwlekać? Z poczuciem winy otworzyłam i zaczęłam czytać.

Bohaterem „Mojego kumpla…” jest Nikolaj Okholm, syn znanej duńskiej piosenkarki Grith i mniej znanego listonosza Allana. Poznajemy go, kiedy wchodzi w wiek dojrzewania i podnieca się na widok majtek koleżanki, przysparzając sobie niezłych kłopotów. Nikolaj od zawsze był niesforny, a nagła śmierć rodziców tylko pogłębia ten stan. Odtąd chłopcem zajmuje się Sanne, starsza siostra Nikolaja, pieszczotliwie nazywana przez niego Siorką. Dziewczyna staje na głowie, żeby bratu niczego nie brakowało i zawsze stara się być przy nim, rekompensując tym samym brak rodziców. Chłopak jednak wykorzystuje zaangażowanie Siorki i robi wszystko, żeby odciągnąć ją od jej własnego życia, zainteresowań, związków i okazuje się być bezgranicznym egoistą. W końcu jednak Sanne poznaje Briana, niezbyt urodziwego, jednak bardzo dobrego człowieka. Dziewczyna sprzedaje rodzinny dom i wyprowadza się do nowego partnera. Wszyscy czują, że ma dość zachowania Niko. Rodzeństwo nie widuje się ze sobą przez rok, mając ze sobą jedynie telefoniczny kontakt, w końcu jednak Siorka postanawia spotkać się z Nikolajem i zaprasza go do siebie. Na miejscu chłopak odkrywa, że jego siostra jest w zaawansowanej ciąży i spodziewa się syna, odczuwa tym samym dotkliwe ukłucie zazdrości. Niko wie jednak, że wciąż jest dla Siorki najważniejszy i pewnej spokojnej nocy w akcie kompletnego egoizmu przychodzi do domu Sanne i podcina sobie żyły. Na wpół śpiąca dziewczyna nie do końca rozumie, co się dzieje, natomiast Brian zrywa się i wiezie szwagra do szpitala. Wracając do domu już wie, że wydarzyła się tragedia, która zmieni życia najbliższych Siorki.

Z początku chciałam rzucić tę książkę i dać sobie z nią spokój. Nie byłam w stanie znieść egoizmu Nikolaja i jego zachowań. W odpowiednim momencie wkracza jednak tytułowy Jezus. Pojawia się on dosłownie kilkukrotnie w życiu Nikolaja, jednak to właśnie on powoduje, że chłopak całkiem się zmienia, a my jesteśmy tej zmiany naocznymi świadkami.

Nie uświadczycie tutaj żadnych biblijnych przypowieści. W zasadzie niczego związanego z Biblią, poza samym Jezusem, jest za to mnóstwo seksu, śmierci, przemocy i ostrych słów. Chyba to właśnie cenię w skandynawskich pisarzach – nie owijają w bawełnę. Ich styl jest bardzo charakterystyczny i odznacza się pewną surowością, ale też realizmem. Na pewno znacie to uczucie, kiedy mentalnie pukacie się w czoło, myśląc „co robisz, durna, w normalnym życiu ludzie się tak nie zachowują!”. To właśnie z reguły cechuje postacie fikcyjne, brak racjonalnego myślenia jest dla nich typowy, natomiast w „Moim kumplu…” tego nie ma. Wszystko opisane jest w taki sposób, że jesteśmy w stanie zrozumieć zachowania i motywy Nikolaja, a także osób z jego otoczenia.

Fabuła książki jest dość nietypowa, podobnie jak narracja, która prowadzona jest w czasie teraźniejszym z perspektywy narratora wszechwiedzącego (o, chyba jednak coś wyniosłam z lekcji języka polskiego), którym jest Nikolaj, a ten czasem spoileruje… co w ogólnym rozrachunku takie straszne nie jest.

Mimo wszystko mam mieszane uczucia. Nie wiem, czy mi się ta książka podobała, czy nie. Jest dobra i ciekawa, nietypowa, ale czegoś jej brakuje. Jakiejś iskry. No i zakończenie jest rozczarowujące, przynajmniej według mnie. Pozostaje otwarte, ale w bardzo irytujący sposób, jakby autor zostawiał sobie bardzo szeroko otwartą furtkę, a z tego, co wiem, kontynuacji nie będzie. Ciężko wystawić mi jakąkolwiek ocenę, ale dam mocne, porządne 4.

Komu polecam? W zasadzie każdemu, bo to książka dla wszystkich, myślę, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie.


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Zysk i S-ka


_____________________________________________________________________

To teraz prywata, rzecz jasna. Osoby, które jeszcze nie odpowiedziały na moje pytania odnośnie Liebster Blog (czyli żadna z nominowanych) są u pani. Ale ja nie o tym chciałam tak naprawdę. Jako zagorzała psychofanka Sherlocka i wszystkiego, co z nim związane, czuję się w obowiązku zapytania Was, czy widzieliście już teaser trailer sezonu numer trzy. Bo ja widziałam i jak babcię kocham dawno żadne 23 sekundy tak mnie nie uradowały, były to iście kwikogenne 23 sekundy mojego życia. Otóż Sherlock żyje i w ciągu trzech sekund jego mina wyraża więcej emocji niż moja w ciągu całego życia (to dzięki Benedictowi, rzecz jasna, nikt nie zrobiłby tego lepiej), John ma wąsy (które już zyskały własny fandom i kto wie, czy nie powstały już fanfiki), Molly nadal pracuje w kostnicy, Lestrade ściął włosy, pani Hudson prawdopodobnie nadal domywa lodówkę z resztek ludzkich szczątków, a Mycroft wygląda beztrosko jak zwykle. No i ja się pytam, czy Wy jesteście równie podekscytowani, co ja, bo mnie chyba poszła para z uszu i nie do końca wiem, czego mam się po sobie spodziewać, kiedy dostaniemy już taki właściwy trailer, że nie wspomnę o The Empty Hearse, w którym to będziemy oglądać ludzi z otoczenia Sherlocka radzących sobie po jego śmierci. Nie wiem, czy to wytrzymam, bo na samo wspomnienie Johna w The Reichenbach Fall mam łzy w oczach. No ale co ja tu będę gadać, macie, obejrzyjcie sobie:

sobota, 27 lipca 2013

Tammara Webber - Tak blisko...


Tytuł: Tak blisko...
Autor: Tammara Webber
Wydawnictwo: Jaguar
Opis książki: Poruszający i niebanalny romans obyczajowy skierowany do młodych kobiet. Bestseller – prawie osiemset opinii na Amazonie, w tym ponad sześćset pięciogwiazdkowych. Książka o miłości, odwadze i poczuciu winy, które mogą zmienić całe ludzkie życie.
Kiedy Jacqueline przyjechała za swoim chłopakiem, do college’u, nie spodziewała się, że po dwóch miesiącach Brad zakończy wieloletni związek. Teraz musi odnaleźć się w zupełnie obcej rzeczywistości – jest singielką, studiuje ekonomię zamiast muzyki, a byli znajomi traktują ją jak powietrze.
Ocena: 3+/6

Jakiś czas temu (już bardzo dawno temu właściwie) otrzymałam od Jaguara książkę, ale z braku czasu odłożyłam ją na półkę i tak zerkałam codziennie w jej stronę. Przyciągała okładką i opisem, więc w przypływie czytelniczej weny sięgnęłam i połknęłam w dobę z kawałkiem. Ale do rzeczy.

Jaqueline poznajemy w momencie, gdy przeżywa najlepsze chwile swojego życia, innymi słowy – studia. Dziewczyna jest uzdolnionym muzykiem, jednak nie zdecydowała się na szkołę typowo muzyczną; wybrała uniwersytet stanowy, by być jak najbliżej swojego chłopaka Kennedy’ego,  z którym jest w związku już od czasów liceum, a któremu marzy się kariera polityczna. Jackie dostrzega, że od jakiegoś czasu Kennedy zachowuje się inaczej, jest bardziej powściągliwy, oschły, jednak decyduje się to zignorować, tłumacząc chłopaka ciężką pracą nad przygotowaniami do egzaminów. Pewnego popołudnia chłopak otwiera się przed Jaqueline i daje jej jasno do zrozumienia, że związek monogamiczny w tym wieku nie bardzo mu służy, że zanim rozpocznie karierę polityczną, musi się wyszaleć, bo potem nie będzie miał na to szans. Dziewczyna, w stanie kompletnego szoku i załamania, opuszcza zajęcia i nie przychodzi na egzaminy, robiąc sobie spore zaległości. Jakby tego było mało, impreza Halloweenowa, na której miała być kierowcą swojej przyjaciółki, kończy się dla Jackie kompletną porażką. Wracając po ciemku do auta, dziewczyna zostaje zaatakowana przez pijanego kolegę, który zgwałciłby ją na samochodowym parkingu, gdyby nie tajemniczy chłopak, który obronił ją przed napastnikiem. Dziewczynie ciężko pozbierać się po wydarzeniach ostatnich tygodni, jednak Erin – współlokatorka, a zarazem przyjaciółka – siłą wyciąga ją z łóżka i zabiera na wykłady. Tu pojawia się kolejny kłopot – do tej pory Jakie zajmowała miejsce obok Kennedy’ego, teraz musiała wybrać inne, gdyż wspomnienia związane z dniem ich zerwania były wciąż świeże i bolesne. Jaqueline przenosi się na tyły sali i… odnajduje tam swego wybawcę. Ten dzień jednak również nie przynosi dziewczynie najlepszych wiadomości. Uświadomiona przez dr Hallera wie już, że po dwutygodniowej nieobecności na wykładach z ekonomii, ciężko będzie jej nadrobić materiał i zaliczyć egzaminy, na których jej nie było. Wykładowca jednak idzie Jackie na rękę i zgadza się dać jej kolejną szansę, pod warunkiem, że wykona projekt, który jej zleci, sugerując przy tym, by skontaktowała się z tutorem, który chętnie pomoże jej w tym zadaniu. Tym sposobem, poprzez wymianę maili, dziewczyna zaprzyjaźnia się z Landonem, tutorem ekonomii, co wcale nie przeszkadza jej w jednoczesnym zaprzyjaźnianiu się z Lucasem, chłopakiem, który uchronił ją przed gwałtem, a który w miarę zapoznawania, wydaje się coraz bardziej tajemniczy i pełen sekretów. To jednak nie wszystko. Na Jaqueline wciąż czeka masa niebezpieczeństw i kłopotów, z którymi nie zawsze będzie w stanie poradzić sobie na własną rękę.

Powieść określana jest mianem romansu obyczajowego. Porywającego, opisującego miłość piękną i potężną. Szczerze? Bez przesady. Owszem, książkę czyta się szybko i dość przyjemnie, ale brak tu przyspieszonego tętna i wypieków na twarzy. Dobra do pociągu czy samolotu, bo to całkiem porządny czasoumilacz, ale żeby coś więcej…?

Przyznam szczerze, że podczas czytania ciągle nasuwało mi się określenie „zmierzch In real life”. On ratuje ją z opresji, jest tajemniczy, mają wspólnie zajęcia, on jest (oczywiście) nieziemsko wręcz przystojny - tak samo jak Kennedy zretszą… i praktycznie każdy szkolny byczek. W ogóle tutaj urodę chłopców można określić albo jako „zabójczo przystojny o hipnotyzujących oczętach”, albo „biceps palce lizać”, albo „pryszczaty troll” i nie ma nic pomiędzy. Głowna bohaterka mimo że niegłupia i piątkowa uczennica, to jednak dość często wydawała mi się infantylna i jakaś taka nijaka. Okropnie drażniło mnie to, że okazywała się płytka jak woda w klozecie, kiedy temat schodził na facetów; „ten jest przystojny, omójbożejakiprzystojny, a ten to ojezu masakra jakaś, ogólnie inteligencja jest ok, sama jestem inteligentna i Landon jest inteligentny, ale Landona jeszcze na oczy nie widziałam, więc ojezusmaria, co będzie jeśli okaże się, że on wygląda tak jak ten koleś, który właśnie mnie minął” – tak to mniej więcej wyglądało i doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Nie zrozumcie mnie źle – ja UWIELBIAM romanse, ale jednak oczekuję czegoś więcej, a tutaj nie ma wiele więcej niż w standardowym romansie. POZA TYM, Jackie omal nie została zgwałcona. I to kilkukrotnie. Sposób, w jaki sobie z tym radzi jest co najmniej niedorzeczny i nieprawdziwy. Moja przyjaciółka przeszła przez coś podobnego (z tym, że jej żaden Lucas nie przyszedł na pomoc) i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że sytuacje i zachowania opisane w „Tak blisko…” tak mają się do rzeczywistych jak My Little pony do Koszmaru z Ulicy Wiązów. Autorka zrobiła niewystarczający research, jeśli w ogóle jakikolwiek zrobiła.

Przejdźmy do Lucasa, wybawiciela. Chłopak jest ciekawy. Jest tajemniczy, wcale niegłupi, zdolny, bo świetnie rysuje i gada całkiem do rzeczy. Lucas to bad boy – chłopak, o którym chcemy i lubimy czytać. Mało tego, Lucas to chłopak z przeszłością, który przeszedł przez piekło, co czyni go jeszcze bardziej wrażliwym, słowem – mieszanka, która nie istnieje w realu, dlatego chętnie sięgamy po książki takie jak „Tak blisko…”.

Fabuła szalenie porywająca nie jest, jak to w przypadku obyczajówek bywa, i żadnych części ciała mi nie urwało, nie ukrywam jednak, że książkę czytało mi się dobrze, lekko i bez zgrzytów, ale oczekiwałam więcej.


Komu polecam? Nastolatkom, bo to powieść skierowana zdecydowanie do nastoletnich czytelniczek, oraz osobom, które mają ochotę na coś lekkiego na niedzielne leniwe popołudnie.

Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Jaguar

____________________________________________________________________

Notka od moi. Znów będę musiała się na pewien czas ulotnić, mam nadzieję, że będzie to jedynie kilka dni, nie dłużej. Mam bowiem w planach zaprojektowanie własnej naklejki na kindla i jeśli chcę, żeby wyglądało to w miarę dobrze, muszę jakiś czas poświęcić fotoszopowi, a jak już się tym zajmę, to – jak znam siebie – będzie tak, jakby mnie wcale nie było :D Ale zaplanowałam już sobie, co będę czytała jako następne, więc recenzja ukaże się wcześniej niż za pół roku :D 


wtorek, 23 lipca 2013

Ewa Białołęcka – Wiedźma.com.pl



Tytuł: Wiedźma.com.pl
Autor: Ewa Białołęcka
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Opis książki: Z nią zdradzicie nawet swój komputer!Są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się internautom... Jak choćby upierdliwa ciotka w stanie wskazującym na nie-życie.Obdarza spadkiem Krystynę zwaną Reszką, samotną matkę, redaktorkę z wydawnictwa i netomankę.Na co dzień przyspawana do laptopa Reszka, musi więc wyrwać się z sieci i rusza do zabitej dechami wsi. W odziedziczonej chałupie udaje jej się nawet rozpalić ogień pod kuchnią.I TO BEZ POMOCY GOOGLE!Niestety, zaczyna widzieć na jawie i we śnie: duchy, mary czy trupy, nie tylko w szafie. Sama nie wie, czy szajba to, czy gen, bonus do schedy po ekscentrycznej zołzie...Horror daleko od szosy i romans daleki od harlequina - mix o idealnie wyważonych proporcjach...
Ocena: 5/6

Na wstępie oczywiście prywata. Zacznijmy od tego, jak w ogóle doszło do tego, że napisałam jakąkolwiek recenzję. Otóż przeczytałam książkę. Stało się to dość niespodziewanie, mianowicie dwa wieczory temu poczułam fizyczny niemal ból, który był efektem tęsknoty za książkami (trwało to dość długo, ale raz, że praca, a dwa, że wisi nade mną widmo „Ireny”, którą muszę przeczytać, a co idzie mi dość opornie i to z jednego, konkretnego powodu, ale o tym później). Jako że skończyłam tworzyć sherlockowego gifseta na tumblra, na który pomysł od jakiegoś już czasu chodził mi po głowie, a który zajął mi, nie przymierzając, jakieś dwa dni, poczułam się dziwnie odciążona (nie wiem, jak Wy, ale ja, jak coś sobie umyślę, to dopóki planu nie zrealizuję, chodzę jakaś zestresowana). Wtedy dotarło do mnie, jak strasznie tęsknię za książkami. Normalnie jak Mjolnirem w potylicę. Wygrzebałam więc gdzieś z czeluści dysku twardego zakurzony folder o wdzięcznej nazwie „książeczki” i odpaliłam pierwszą z brzegu. Nie było czasu na zrzucanie na czytnik, musiałam coś przeczytać natychmiast. I jak odpaliłam, tak za jednym posiedzeniem przeczytałam mniej więcej połowę. Teraz czas na recenzję właściwą.

                                                                  ***

„Wiedźma.com.pl” to historia młodej, samotnej matki zajmującej się redagowaniem książek. Krystyna Szyft, bądź też Reszka dla rodziny i znajomych, wraz ze swoją latoroślą pomieszkuje kątem u rodziców, borykając się przy okazji z kłopotami finansowymi. Pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, Reszka dowiaduje się, że dostała spadek. I to nie jakiś tam pierścionek z tombaku z oczkiem udającym rubin – nie, nie. Kobieta otrzymała dom od Katarzyny Szyft – osobie zupełnie sobie nieznanej, warto dodać – we wsi o jakże uroczej i ortograficznie niepoprawnej nazwie Czcinka. Jako osobnik uzależniony od Internetu, czym prędzej wklepuje Czcionkę w Google i… i nic. Czcinki w Googlach nie ma. Nie ma jej też na mapach, tak zwykłych, jak i sztabowych użyczonych przez kolegę Krystiana Szyfta – ojca Reszki. Teoretycznie Czcinka po prostu nie istniała. Na szczęście Czcinkę podciągnięto pod oddział pocztowy w Tarnikach, o których Internet już coś niecoś słyszał. Krystyna więc, po załatwieniu formalności u notariusza, pakuje torbę i wyrusza obejrzeć swój spadek.

Będąc w Tarnikach, Reszka odwiedza pierwszy lepszy spożywczak, żeby rozeznać się, jak do tej Czcinki dotrzeć, o ile ów Czcinka w ogóle istnieje. Okazuje się, że do wioski można dość jedynie „z buta”. Trzy kilometry ścieżką przez las. Eskortowana przez wątpliwej inteligencji, acz solidnej postury młodzieńca (który zachowywał się co najmniej dziwnie, a po pewnym czasie czmychnął po prostu na rowerze, zostawiając Reszkę samą w środku lasu) trafia w końcu do miejsca przeznaczenia. Czcinka okazuje się wioską nie byle jaką, gdyż Krystyna ma wrażenie, jakby przeniosła się w czasie, a uczucie to pogłębia się, kiedy dostaje się do swojego domu (co zresztą nie odbyło się łatwo, przyjemnie i bez walki) i zastaje tam kuchnię węglową, brak pralki, a o istnieniu – a raczej nieistnieniu – wanny chyba nawet nie warto wspominać. Pierwszej nocy Krystyny w przyszłym miejscu zamiesz(k)ania także nie można zaliczyć do udanych, gdyż ktoś bezczelnie próbuje włamać się do domostwa. Atak zostaje odparty tłuczkiem do mięsa.

W miarę zapoznawania się z „tubylcami”, Reszka odkrywa, że w Czcince nazwisko Szyft budzi szacunek graniczący ze strachem, a sama Katarzyna Szyft traktowana była niemalże jak Królowa Matka. Po drodze młoda kobieta zaprzyjaźnia się z pasierbem swojej ciotecznej babki, a jednocześnie jedynym w miarę inteligentnym okazem w okolicy, Andrzejem Kobielakiem, który dodatkowo okazuje się być lekarzem. Im dłużej jednak Reszka przebywa w Czcince, tym dziwniejsze rzeczy dzieją się dookoła niej, a ona coraz częściej i coraz intensywniej zastanawia się, dlaczego to właśnie ona otrzymała ten dom po Katarzynie Szyft. Kim była ta kobieta i co takiego wydarzyło się w wiosce na przestrzeni lat?

Tyle o samej fabule. I tak mam wrażenie, że za dużo zdradziłam. Teraz konkrety.

Książka jest dobra. Przyjemnie się czyta, styl autorki jest naprawdę godny podziwu, słownictwo i lekkość, z jaką nim operuje, to prawdziwa uczta dla oczu. Po przeczytaniu nasuwa mi się stwierdzenie „błyskotliwa i pełna humoru”, bo tego tutaj niemało. Nie brak też elementu zaskoczenia, grozy, a i wątków paranormalnych jest sporo (w zasadzie, to jest to podstawa książki, tak szczerze mówiąc). Urzeka relacja Reszki z jej synem Jeremim, a także relacja dziadek – wnuk. Naprawdę można poczuć zażyłość łączącą tych ludzi. W książce nie brak też wątku miłosnego, trochę niepotrzebnego moim zdaniem i nieco kulawego, bez niego byłoby równie ciekawie. Co do postaci głównej bohaterki, to ogólnie rzecz biorąc jestem na tak. Fajna babka, z fajnym dzieciakiem i fajną, choć może niezbyt dobrze płatną pracą. Było jednak coś, co irytowało mnie niemożebnie. Chodzi tu mianowicie o udawanie babki typu „jestem samowystarczalna, mam wysokie ajkju i nie zawaham się go użyć, pyskata, sarkastyczna, niczego się nie boję, słowem rżnę trudną do zdobycia, ale niech tylko jakiś facet okaże mi trochę ciepła, to chętnie do niego przylgnę i już raczej nie odpuszczę”. Nienawidzę tego, po prostu nienawidzę (i to jest właśnie powód, dla którego kilka miesięcy odstawiłam „Irenę”). Nie cierpię, kiedy ktoś traktuje ludzi z góry i wydaje mu się, że jest jakimś cudem lepszy od nich. Reszka taka właśnie momentami była, ale w ogólnym rozrachunku była raczej do zniesienia.

Ogólnie książka jest miła w odbiorze, lekko, szybko i przyjemnie się czyta i jest dość wciągająca (czytałam dzisiaj do 4 z groszami). Polecam tym, którzy mają ochotę na coś, co nie jest opasłym tomiszczem, a przy okazji ma ciekawą fabułę i jest po prostu miłe dla oka.

czwartek, 13 grudnia 2012

Nina Reichter - Ostatnia spowiedź. Tom I



Tytuł: Ostatnia Spowiedź. Tom I
Autor: Nina Reichter
Wydawnictwo: Novae Res
Opis książki: Pełna napięcia, romantyczna opowieść o miłości w szponach show biznesu.Poznaj tom I cyklu Ostatnia spowiedź.
Bradin Rothfeld jest dziewiętnastoletnim rockmanem. Kobiety w całej Europie wzdychają do jego brązowych oczu i cudownej, niemal dziewczęcej urody. Wracając z trasy koncertowej Brade spóźnia się na przesiadkę i spędza noc na opustoszałym lotnisku. Jeszcze nie wie, że będzie to najdziwniejsza noc w jego życiu. Spotyka wtedy Ally Hanningan. Tajemniczą Amerykankę, która go nie rozpoznaje. Spędzają ze sobą kilka magicznych, niezapomnianych godzin. A późnej wspaniała noc się kończy.
I oboje już wiedzą, że nie spotkają się więcej.
Nigdy więcej.
Bo zbyt mocno czują, co rodzi się między nimi.
Ocena: 5.9/6 


Na początek trochę prywaty. Naprawdę ktoś powinien mnie kiedyś zdzielić w łepetynę i zabrać komputer, kiedy czytam książkę, bo jak zaczynam grzebać w Internecie na temat tego, co akurat czytam, rzeczy, których się dowiaduję, potrafią wpłynąć na moje podejście do lektury i odebrać radość czytania. Mimo wszystko postaram się udawać, że nie wiem tego, co wiem i spróbuję napisać moje przemyślenia na temat tej książki, jakby te informacje nie istniały. To jednak wcale nie przeszkadza mi pociągać nosem i cicho szlochać.

Allison Hanningan poznajemy w chwili, gdy właśnie ukończyła szkołę średnią i wraca ze Stanów do Francji, w której spędziła większość życia. Tu ma przyjaciół, rodzinę i chłopaka. Teraz Ally planuje dalszą przyszłość na studiach prawniczych. Wszyscy są z niej dumni, każdy jest szczęśliwy… poza samą zainteresowaną. W drodze do domu, następują pewne komplikacje. Samolot, którym Allison leci ze Stanów, w których spędziła ostatnie trzy lata, ma spore opóźnienie, dlatego dziewczyna zmuszona jest przeczekać całą noc na opustoszałym lotnisku. Kiedy z nudów dziewczyna wychodzi zapalić, ognia użycza jej tajemniczy młody chłopak o androgynicznej, acz bardzo urzekającej urodzie. Spędzają razem kilka niezapomnianych godzin, ale wtedy jeszcze nie wiedzą, co ich czeka. Kim okaże się tajemniczy Bradin? Ally podąży za sercem czy za rozumem? Do kogo nareszcie uśmiechnie się los?

Zauważyłam, że ostatnimi czasy wydawnictwa z upodobaniem wydają książki, które początkowo były fanficami. Czy to dobrze? Uważam, że tak, pod warunkiem, że fanfic jest dobry, a „Ostatnia spowiedź” zdecydowanie do tej kategorii się zalicza. Mamy okazję poznać mnóstwo utalentowanych (czasem odrobinę mniej) osób, które dzięki wydawcom mogą naprawdę rozwinąć skrzydła. Nina Reichter skorzystała z okazji i bardzo dobrze zrobiła. Tak sobie, jak i nam – czytelnikom.

Postacie stworzone przez Reichter są jak najbardziej charakterne i różne, co bardzo mi się podoba, łatwo tu jednak popaść w przesadę i autorka, niestety, momentami zapędziła się aż za bardzo, jednak nie mam jej tego za złe. W ostatecznym rozrachunku wykreowane przez nią postacie nie są bezpłciowe i nijakie, każdą cechują jakieś konkretne zachowania i motywy działania.

Fabuła  jest jak najbardziej porywająca, a wydarzenia praktycznie nierealne i wręcz bajkowe, a niektóre sytuacje wydawały się wyjątkowo infantylne, ale kim bym była, gdybym nie poddała się ich urokowi? Przecież właśnie za to kochamy książki. Jest miłość, jest niepewność, jest intryga i tragedia – jest wszystko, czego od zawsze szukam w tego typu książkach i co tak rzadko udaje mi się znaleźć.

Język, jakim operuje autorka to coś nieprawdopodobnego. To jest zwyczajnie piękne. Takie właśnie słowa pragną czytać kobiety – piękne.  Czasem podniosłe i patetyczne, chwytające za serce, czułe, ciepłe, wypowiadane szeptem, a jednocześnie tak głośne od zawartych w nich emocji. Czasem jednak gorzkie i pełne jadu, zawistne i mącące spokój, a taka mieszanka to wyjątkowo łatwopalny i bardzo wybuchowy materiał.

Jeśli nadal nie umiecie odpowiedzieć na pytanie, czy mi się podobało – PODOBAŁO SIĘ. Ogromnie się podobało. Czy przeczytam kolejny tom? Już nie mogę się go doczekać. Mam nadzieję, że do tej pory emocje związane z „Ostatnią spowiedzią” trochę opadną, bo książka wywołała w mojej głowie niemałe zamieszanie. Mam nadzieję, że wspomnienia z nią związane zatrą się odrobinę, bo kiedy ściągnę ją z półki i przeczytam raz jeszcze, zanim sięgnę po kolejną część, chcę mieć taką samą radość, jaką miałam przez te ostatnie dwa dni. Niechaj więc wieść się niesie, a Wy, moje drogie, które to czytacie, nie opierajcie się Bradinowi, kochajcie go, drugiego takiego nie ma i nie będzie.

 „Bradin był delikatnością. On cały i wszystko, co było w nim.”

Komu polecam? Wszystkim osobom, które tak jak ja, szukają w książce o miłości tego „czegoś”, co chwyci je za serce i już nigdy nie puści, bo nie ma co się oszukiwać – taka książka już się nie powtórzy… „bo nie ma najmniejszej szansy na powtórzenie rzeczy tworzących zupełność”...

Ostatnia spowiedź. Tom I. ←
Ostatnia spowiedź. Tom III.

środa, 12 grudnia 2012

Brandon Mull - Baśniobór


Autor: Brandon Mull
Tytuł: Baśniobór
Wydawnictwo: W.A.B.
Opis książki: Kendra i Seth zostają wysłani na dwa tygodnie do dziadka. I wcale nie są zadowoleni. Na przywitanie dostają mnóstwo przestróg. Dzieci nie mają pojęcia, że ten dziwny staruszek jest strażnikiem tajemniczego Baśnioboru. W pilnowanym przez niego lesie żyją ze sobą w zgodzie zachłanne trolle, figlarne satyry, zgryźliwe czarownice, psotne chochliki i zazdrosne wróżki. Rodzeństwo, zlekceważywszy zakazy dziadka, uwalnia groźne siły zła, którym teraz trzeba stawić czoło. By uratować rodzinę, Baśniobór, a może nawet cały świat, Kendra będzie musiała zdobyć się na to, czego obawia się najbardziej...
Ocena: 5/6

Co byś zrobił, gdyby nagle okazało się, że mimo otwartych szeroko oczu, pozostawałeś ślepy na to, co dzieje się wokół Ciebie? Co, gdyby wizyta u niezbyt lubianych dotąd członków rodziny zmieniła Twoje życie o sto osiemdziesiąt stopni, a łyk mleka wywrócił świat do góry nogami? Co, gdyby motyle okazały się maleńkimi wróżkami, a to, co pluska w jeziorze i chybocze kajakiem, którym płyniesz, było tak naprawdę złośliwą nimfą?

Na te i inne pytania odpowiedzą Kendra i Seth, rodzeństwo, które pod nieobecność rodziców zwiedzających Skandynawię, przebywa w posiadłości niezbyt lubianych przez siebie dziadków. Już na początku pobytu Stanley Sorenson ustala zasady i wytycza wnukom granice, pozostawiając do ich dyspozycji pokój zabaw, w którym umieszcza serię zagadek. Jedną, i najważniejszą z nich, jest „Dziennik sekretów”, po którego otworzeniu oczom Kendry ukazują się… puste strony. Dziewczynka jest zawiedziona. Jednak na ostatniej stronie odnajduje informację, która sprawi, że życie Setha i jej zmieni się nieodwracalnie. Rodzeństwo w końcu zacznie dostrzegać świat taki, jakim jest naprawdę, niejednokrotnie jednak staną w obliczu ogromnego niebezpieczeństwa. Wkrótce bowiem nadejdzie Noc Kupały, granice dwóch światów zatrą się, a wtedy wydarzyć może się wszystko.

„Baśniobór” to książka dokładnie taka, jaką pragnęłam przeczytać. Zupełnie odrealniona, ukazująca kompletnie inny świat, wnosząca w życie dzieci odrobinę magii, ukazująca każdą drobną rzecz jako zaczarowaną. Chyba nic tak bardzo nie zachęci najmłodszych do picia mleka jak „Baśniobór”.
   
Jest to książka pełna rodzinnego ciepła, ukazująca potęgę miłości i szczerych intencji. Mówiąca o tym, że posłuszeństwo i skrucha zawsze zostaną nagrodzone, a butność może nieść za sobą straszliwe konsekwencje. Pokazującą przewagę dobra nad złem.

„Baśniobór” przede wszystkim cechuje lekkość języka, w końcu to książka dla dzieci. Znajdą się jednak wyrażenia, z którymi najmłodsi niekoniecznie sobie poradzą (np. ameboidalny). Autorowi zdarzyło się również gdzieniegdzie popełnić głupawy dialog, natomiast Seth ze swoim ciągłym „ja chcę!” stawał się denerwujący, jednak wybaczam mu, bo w ogólnym rozrachunku polubiłam i jego.

Cały świat przedstawiony przez Mulla jest urzekający. Mnogość istot prosto z bajek zapiera dech, natomiast barwne i plastyczne opisy sprawiają, że wyobraźnia czytelnika pracuje na pełnych obrotach. Tu nie sposób nie wspomnieć o wróżkach, maleńkich skrzydlatych postaciach, promieniejących jasnym blaskiem, które zaskakują nas przez cały czas. Te zauroczyły mnie chyba najbardziej. Ich różnorodność wprawia w zachwyt. Mamy wróżkę albinoskę, srebrną wróżkę, włochatą, całkiem przezroczystą, grającą muzykę tak piękną, że krążą o tym legendy i wiele, wiele innych.

Komu polecam? Każdemu, kto kocha bajki w, w których w dodatku jest wartka akcja, a które przy okazji są pouczające i ciepłe. Na pewno polecam wszystkim rodzicom – połóżcie się wieczorem z pociechą i poczytajcie jej, na pewno nikt Wam wtedy nie zarzuci, że zafascynowała Was jakaś tam bajka ;)

wtorek, 4 grudnia 2012

Kelly Creagh - Nevermore: Cienie


Autor: Kelly Creagh
Tytuł: Nevermore: Cienie
Wydawnictwo: Jaguar
Opis książki: Drugi tom książki “Nevermore: Kruk”, gotyckiego romansu opartego na twórczości Edgara Allana Poego.
Varen zniknął. Schwytany w pułapkę koszmarnej rzeczywistości, gdzie chore sny Edgara Allana Poego stają się jawą, znajduje się poza zasięgiem żywych i umarłych. Ale Isobel nie zgadza się go porzucić. Rusza do Baltimore, by odnaleźć Reynoldsa, tajemniczego mężczyznę, który co roku spełnia toast na grobie pisarza i który w ciągu ostatnich miesięcy oszukiwał ją i zwodził. Tylko on ma klucz do innego świata...
Ocena: 5.5/6

Pierwszy tom serii pochłonęłam w mgnieniu oka i nie mogłam się doczekać, kiedy w moje ręce wpadnie kolejna część, więc gdy tylko pojawiła się w księgarniach, kupiłam bez wahania.

Akcja powieści rozpoczyna się tuż przed Bożym Narodzeniem. O tym, co naprawdę wydarzyło się w Halloween wie tylko Isobel. Ta wiedza ją przytłacza. Dziewczyna nie ma się komu zwierzyć i nie wie, gdzie szukać pomocy – w końcu nadal chce uwolnić ukochanego z krainy snów. Postanawia odwiedzić Baltimore w dniu urodzin Poego, bo wie, że to jedyna szansa na spotkanie z Reynoldsem, a tylko on zna odpowiedzi na dręczące ją pytania. Kto pomoże Isobel? Czy uda jej się wyzwolić Varena? Kto okaże się prawdziwym wrogiem, a kto przyjacielem?

W tej części obserwujemy, jak wielka zmiana zaszła w głównej bohaterce. Widzimy, jak z każdym dniem zamyka się w sobie coraz bardziej i nikt, nawet najbliższa rodzina, nie potrafi zrozumieć jej zachowań. Granica pomiędzy światem rzeczywistym a krainą snów zaciera się coraz bardziej, aż Isobel traci orientację i w pewnym momencie nie wie już, co jest jawą, a snem. Z pomocą przychodzi Gwen, szalona hipiska, która jest głosem rozsądku czirliderki. Mimo że wciąż upomina Isobel, nadal wspiera ją zarówno duchowo, racząc przy okazji osobliwym poczuciem humoru, które urzeka czytelnika.

Tym razem totalnie urzekł mnie Pinfeathers, zawsze lubiłam tę postać, ale tutaj przechodzi samego siebie. Natomiast Scrimshaw, o którym dowiemy się nieco więcej, jest absolutnie przerażający. Czytając o nim, dostawałam gęsiej skórki. Sama Creagh natomiast wciąga nas w swój świat jeszcze bardziej, zapadamy się w niego głębiej, odkrywamy więcej, dowiadując się coraz to nowszych, szokujących rzeczy. Tak, skończywszy czytać „Nevermore: Cienie”, byłam w szoku i to wcale nie lekkim.

Przyznam szczerze, że jest to jeden z niewielu przypadków, kiedy oprawa graficzna polskiego wydania podoba mi się bardziej niż oryginał. Okładka jest naprawdę świetna i dopracowana w najmniejszym szczególe. Brawo dla Jaguara.

Jedyne, do czego chciałabym się przyczepić, to momentami zbyt wydumane opisy i porównania, które czyta się przyjemnie, ale do czasu. Potem zaczynają już męczyć. Jeśli chodzi o polskie tłumaczenie, już pod sam koniec do szewskiej pasji doprowadzało mnie wszędobylskie słowo „wszakże”, a także drażniąca deklinacja. Wychodzę z założenia, że niektórych nazw własnych, czy też nazwisk, nie powinno się odmieniać. Błędów zapisu w książce też było kilka, więc przydałaby się dodatkowa korekta.

Nie mogę doczekać się kolejnej części. Jeśli autorka nadal będzie trzymała tak wysoki poziom, seria zakończy się tak, że wszyscy roztrzaskamy sobie szczęki o podłogę. Ciekawa jestem, jak Isobel i Varen sobie poradzą. Co będzie, kiedy wszystko się skończy i kraina snów więcej nie będzie dla nich zagrożeniem? Jak Isobel poradzi sobie z rodzicami, których zaufanie wystawiła na ogromnie ciężką próbę? W głowie rodzą mi się coraz to nowe pytania i skręca mnie na myśl, że na odpowiedzi będę musiała czekać jeszcze tyle czasu.

Podsumowując – ta książka jest świetna. Styl Creagh zachwyca, jak zwykle przedstawiła wszystko tak, że widzimy to przed oczami. Moim zdaniem naprawdę warto.

Komu polecam? Oczywiście tym, którzy pokochali pierwszą część i tak jak ja przepadają za Isobel i Varenem oraz ich zakazanym uczuciem. Polecam też tym, którzy interesują się świadomym śnieniem i chcieliby przeczytać przyjemną powieść poruszającą ten temat, a także tym, którzy spragnieni są dobrego i poruszającego paranormalnego romansu.

Seria "Nevermore":
1. "Nevermore: Kruk"
2. "Nevermore: Cienie" ←

poniedziałek, 19 listopada 2012

Kennilworthy Whisp - Quidditch przez wieki & Newt Skamander - Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć


Autor: Kennilworthy WhispTytuł: Quidditch przez wieki
Wydawnictwo: Media Rodzina
Opis książki: Książka opisuję dzieje quidditcha od jego początków do teraźniejszości. Dzięki niej można poznać: podstawowe zasady quidditcha, rozmaite zagrania i słynne drużyny.
Ocena: 5/6
„Quidditch przez wieki” opowiada oczywiście historię najsłynniejszej w całym czarodziejskim świecie gry. Quidditch popularnością dorównuje mugolskiej piłce nożnej, jednak w mojej opinii jest o wiele bardziej interesujący i pasjonujący.

Czytając, dowiemy się, dlaczego złoty znikacz został objęty ochroną i co w ogóle ma wspólnego z quidditchem (większość z Was zapewne już się domyśla). Przeczytamy o ewolucji miotły i innych grach miotlarskich. Nauczymy się także zasad rządzących quidditchem i wiele, wiele innych. Ale czy mogłoby być inaczej, skoro książka napisana została przez największego znawcę i – jak sam o sobie mówi – fanatyka gry, Kenillworthy’ego Whispa?

Treść bogata jest w specyficzne poczucie humoru. Na samym początku widzimy listę wypożyczających oraz groźbę wystosowaną przez panią Pince do wszystkich, którzy książkę wezmą do ręki. Przeczytamy również notkę o autorze oraz przedmowę napisaną przez samego Albusa Dumbledore’a.

Książeczka jest niewielkich rozmiarów, z łatwością zmieści się w tylnej kieszeni spodni. Jest cieniutka, ale bardzo treściwa i z pewnością stanowi obowiązkową pozycję dla wszystkich fanów quidditcha oraz dla tych, którzy z samej ciekawości chcieliby dowiedzieć się, jak ta pasjonująca gra ewoluowała na przestrzeni wieków.

Jedyny mankament to taki, że jest po prostu za krótka.

Koszt to 9 sykli i 7 knutów, czyli 10 zł.

******************************************
Autor: Newt Skamander
Tytuł: Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć
Wydawnictwo: Media Rodzina
Opis książki: Jest to książka poświęcona wszystkim magicznym stworzeniom występującym w świecie przedstawionym w Harrym Potterze. Z lektury tej książki możemy się dowiedzieć co jedzą smoki, dlaczego tak groźne są feniksy i wiele innych fascynujących stworzeniach, o których nasi ulubieni bohaterowie uczą się na lekcjach Opieki nad magicznymi stworzeniami.
Ocena: 5/6

„Fantastyczne zwierzęta” to swego rodzaju przewodnik po faunie występującej w „Harrym Potterze” napisany przez Newta Skamandera, który odniósł wiele sukcesów podczas pracy w Ministerstwie Magii.

Na początku, standardowo, znajduje się notka o autorze, a następnie przedmowa autorstwa dyrektora Hogwartu. Przeczytamy też, czym są magiczne zwierzęta i jak bardzo ich istnienia świadomi są mugole.

Zwierzęta oraz ich opisy spisane zostały chronologicznie. Nie zabrakło także Klasyfikacji Ministerstwa Magii, która okaże się niezbędna, kiedy na naszej drodze stanie któraś z tych istot.

Podobnie jak w przypadku poprzedniej książeczki, ta również jest zabawna i napisana tak, jakby treść przeznaczona była wyłącznie dla oczu czarodzieja. Lekturę umilać nam będzie Złote Trio, które raczy nas przeróżnej maści odręcznymi dopiskami (jakżeby inaczej, skoro książka, którą mamy w rękach, jest własnością samego Pottera).

Jedno wiem na pewno – jako mugol (no, może niezupełnie) nie chciałabym spotkać Czerwonego Kapturka, za to chętnie zaopiekowałabym się Nundu (chyba że wcześniej by mnie zjadł). Jeśli te nazwy brzmią Wam obco, polecam przeczytanie tej książeczki.

Koszt niewielki, bo jedynie 9 sykli i 7 knutów .

linkwithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...