Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 maja 2014

Magdalena Rewers - Tajemnice. W mroku miasta


Tytuł: Tajemnice. W mroku miasta
Autor: Magdalena Rewers
Wydawnictwo: e-bookowo
Opis: Porywający romans grozy na miarę amerykańskiej klasyki gatunku.Ktoś powie: znowu wampiry. A jednak to nie taki zwykły romans grozy. To fascynująca, wielowątkowa powieść z wartką akcją o podłożu kryminalnym i plastycznym wątkiem erotycznym, której niewątpliwym atutem dla polskiego czytelnika jest czas i miejsce akcji.
Ocena: 5.5/6

Co może mieć wspólnego seksowny wampir z tysiącem lat na karku i szara, zaniedbywana przez męża myszka w średnim wieku? Wydawałoby się, że nic. Bogusław prowadzi spokojne, monotonne wręcz życie kierowcy nocnej taksówki. Odkąd wampiry przestały żywić się bezpośrednio na ludziach, jedynego dreszczyku emocji dostarcza mężczyźnie Leon, młody, rezolutny krwiopijca, któremu nie straszne humory Sławka. Sytuacja zmienia się, kiedy jadąc poznańskimi ulicami, stary wampir omal nie potrąca zamyślonej kobiety wchodzącej mu tuż przed maskę auta. Wściekły kierowca daje jej reprymendę, jednak ta, zamiast odszczeknąć się, dziękuje Bogusławowi za to, że udało mu się w porę wybrnąć z sytuacji. Taka postawa intryguje mężczyznę i choć Kaśka w ferworze obowiązków zapomniała o całym zdarzeniu w chwilę później, Bogusław nie jest w stanie, poniekąd przeczuwając, że jego życie ulegnie diametralnym zmianom. Od tej chwili Kaśka nigdy tak naprawdę nie opuszcza jego myśli, a przypadkowe spotkanie w dyskotece tylko wzmaga obsesję wampira. Czy tym dwojgu będzie kiedykolwiek dane być ze sobą? Czy Kaśka zrezygnuje z życia w nieudanym małżeństwie na rzecz własnego szczęścia? Czy Bogusław zdecyduje się zawalczyć o kobietę swych marzeń, mimo tak niepewnych dla Rodzaju czasów?

Na informację o „Tajemnicach…” natrafiłam zupełnie przypadkiem na serwisie Chomikuj.pl. Bardzo dobre opinie sprawiły, że skontaktowałam się z autorką i w ten sposób książka trafiła w moje łapki. Przyznam szczerze, że mimo iż książka została odebrana bardzo pozytywnie, a ja bardzo chciałam ją przeczytać, miałam pewne wątpliwości. No bo znów wampiry i znów romans. A jak wampiry i romans, to i główna bohaterka, która jest zapatrzona w siebie i głupia jak but, a sami wiecie, jak ja uwielbiam takie postaci. Nie zrozumcie mnie źle, ja uwielbiam wampiry i romanse paranormalne, ale przeczytałam ich już tyle, że ciężko nie dostrzec tego samego, utartego schematu. Do tego całość osadzona w polskich realiach, a to zwykle oznacza szaroburą scenerię i wszechobecne marudzenie i trochę mi się to wszystko gryzło. Wystarczyło jednak przeczytać kilka stron i już wiedziałam, że stereotypy mogę sobie wsadzić w kieszeń, jest to bowiem powieść dojrzała i na naprawdę światowym poziomie, przy której chowają się wszystkie te amerykańskie czytadła. 

Jest ciekawie, intrygująco i inaczej niż zwykle, bo oto dostajemy bohaterkę w średnim wieku, która będąc w cieniu atrakcyjnego męża i jego zawodowych sukcesów, całkowicie poświęca się opiece nad dwójką dzieci i dorzucaniu drwa do domowego ogniska. Małżonek nie szczędzi Kaśce gorzkich epitetów i kąśliwych uwag na temat jej sylwetki, a ona, z racji łagodnego usposobienia, pozwala mu na to, ale tylko do czasu. Małżeństwo w końcu rozpada się, a kobieta mimo trudnej sytuacji staje na nogi i powoli wychodzi na prostą.

Strasznie polubiłam Kaśkę. Nareszcie dostałam konkretną babkę, której daleko do ideału, a nie Mary Sue. Cieszy mnie, że moja imienniczka nie okazała się tępym klocem, a rezolutną i ogarniętą babką. Kaśka jest kochaną matką, której relacja z dziećmi jest wręcz rozczulająca. Kaśka przeżywa różnorakie rozterki, ale żadna z jej decyzji nie bierze się znikąd. Nawet jej kompleksy są racjonalnie uzasadnione, co zresztą potwierdzi każda kobieta z kompleksami Na szczęście resztki Kasinej pewności siebie ratuje Bogusław, który traktuje kobietę niczym boginię i czytając o nich, nie raz zdarzyło mi się kwiknąć i zapowietrzyć. Przykład Kaśki w sumie daje nadzieję. Nadzieję na to, że nigdy nie jest za późno, żeby się zakochać i że miłość zdarza się nie tylko młodziutkim, wypacykowanym modelkom Victoria’s Secret.

Podobało mi się też, że autorka nie starała się na siłę osadzać realiów w jakimś amerykańskim mieście, tylko zdecydowała się na nasz Poznań. Dzięki temu czujemy pewną więź z bohaterami, jesteśmy świadomi, że oni tak jak my mówią w tym samym języku czy robią zakupy w tych samych marketach. Poza tym „Tajemnice…” to nie tylko dobra książka, ale też całkiem niezła wycieczka po Poznaniu i kiedy kolejny raz odwiedzę to miasto, chętnie przejdę się uliczkami, którymi chadzali bohaterowie powieści.

Jeśli chodzi o kwestie techniczne, to też w zasadzie nie mam nic do zarzucenia. Dialogi mogłyby być nieco bardziej wyluzowane, ale poza tym wszystko jest naprawdę cacy i dopięte na ostatni guzik. Akcja jest konkretnie rozwinięta, nie pędzi, ale też nie dłuży się w nieskończoność, dzięki czemu ciężko oderwać się od czytania. Język, jakim operuje autorka, jest godny podziwu. Plastyczny i szalenie bogaty, wiele można się nauczyć. Tak naprawdę dopiero rozmowa z autorką dała uświadomiła mi, jaka to jest ciężka robota umieć sklecić słowa w taki sposób, żeby to brzmiało dobrze. Wyobrażałam sobie siebie siedzącą przed Wordem, próbującą zapisać swoje pomysły w taki, a nie inny sposób i za każdym razem zadawałam sobie pytanie „jak, do cholery, ona to robi?”. No mnie do poziomu Magdy Rewers w każdym razie bardzo daleko, ale w jej przypadku widać, że jest to pasja i warsztat wypracowywany przez lata.

Już nie mogę się doczekać kolejnych tomów. Wiem, że jeszcze trochę trzeba będzie poczekać, ale dostałam cynk od samego źródła, kiedy mniej więcej mogę spodziewać się drugiej części.

Komu polecam? Naprawdę wszystkim. Warto zapoznać się z tą powieścią nawet, jeśli nie jesteście fankami gatunku (zakładam, że to literatura głównie kobieca, ale jeśli któryś z panów lubi romans paranormalny, również powinien się skusić!), bo „Tajemnice…” są dowodem na to, że literatura polska, jeśli napisana przez odpowiednią osobę, w niczym nie ustępuje literaturze zagranicznej i warto sięgać po nią częściej.

Seria "W mroku miasta":

1. Tajemnice ←
2. Cienie
3. Szepty

Książkę miałam możliwość przeczytać dzięki uprzejmości autorki, którą ściskam i serdecznie pozdrawiam :)


środa, 25 grudnia 2013

"Piękne istoty" x 2


Tytuł: Piękne Istoty
Autor: Kami Garcia, Margaret Stohl
Wydawnictwo: Łyński Kamień
Opis: Ethan, bohater powieści, mieszka w Gatlin – małym, nudnym miasteczku w Południowej Karolinie. Jest nastolatkiem, który gra w kosza i umawia się z dziewczynami. Uwielbia czytać i marzy o podróżach po całym świecie. Zwyczajna historia? Zapewne tak, gdyby nie fakt, że Etan ma swoją tajemnicę. Od miesięcy śni mu się ten sam sen. Widzi w nim tę samą dziewczynę, której nigdy nie spotkał.
Ocena: 5/6

Ethan to nastolatek mieszkający w Gatlin, małym miasteczku w Karolinie Południowej. W Gatlin nie dzieje się praktycznie nic, każdy dzień jest przewidywalny do granic możliwości, a jakiekolwiek odstępstwa od rutyny urastają do rangi nie lada sensacji. Ethan jest popularny i powszechnie lubiany, spotyka się z równie znaną i lubianą Emily, gra w szkolnej drużynie koszykówki, wydawałoby się, że jego życie jest łatwe i przyjemne, prawda jednak okazuje się inna. Od śmierci matki Ethan śni sny o dziewczynie, którą próbuje uratować, a która wymyka mu się z rąk. Sen powtarza się i jest bardzo realistyczny, tak realistyczny, że po przebudzeniu nastolatek umorusany jest w pyle i błocie, które obecne były również we śnie. Życie Ethana zmienia się, gdy w szkole nie pojawia się nowa uczennica Lena Duchannes, siostrzenica Macona Ravenwooda, mężczyzny, którego niewielu ludzi tak naprawdę widziało, a którego każdy obawia się jak złego ducha, bo z tym też Macon jest utożsamiany. Nastolatka bardzo różni się od reszty dziewcząt z liceum Jackson, przez co staje się obiektem drwin całej szkoły. Z wyjątkiem jednej osoby. Ethan bowiem odkrywa, że Lena to dziewczyna z jego snu.

Podoba mi się ta seria. Jest szalenie klimatyczna, a ja bardzo lubię tego typu powieści, które przy tym są napisane z pomysłem i mają ciekawą fabułę. „Piękne istoty” trzymają w napięciu i niepewności od początku do końca i nie ma tu czasu na nudę. Postaci występuje całe mnóstwo, ale każda jest inna i z charakterem. Para głównych bohaterów to inteligentne, racjonalnie myślące nastolatki. Ethan na okrągło czyta książki zakazane przez kościół Gatlin (czyli praktycznie wszystko, co kiedykolwiek zostało wydane), a Lena zaczytuje się w poezji Bukowskiego, sama zresztą też pisze. Nie jest płytka i zaślepiona miłością od pierwszego wejrzenia. Lena jest podejrzliwa i ostrożna, targają nią przeróżne emocje, z jednej strony nie chce być taka jak nastolatki z Gatlin, jednak z drugiej chciałaby być przez nich akceptowana i lubiana. Chciałaby wieść normalne, nastoletnie, beztroskie życie, jednocześnie zdając sobie sprawę, że to niemożliwe ze względu na to, kim tak naprawdę jest. Ethan natomiast zachowuje się jak normalny nastolatek – nie zawsze wie, co powiedzieć i jak się zachować, trochę obawia się własnych uczuć, popełnia błędy, przez co uczucie tych dwojga rozwija się powoli i w takim tempie, w jakim powinno.

„Piękne istoty” to powieść bardzo dynamiczna, ale nie odczułam, żeby cokolwiek działo się zbyt szybko, przez co książkę czyta się naprawdę dobrze, nie odnosząc wrażenia, że cokolwiek zostało napisane na siłę i bez uprzedniego przemyślenia.

Jestem jak najbardziej na tak i zabieram się już za kolejny tom.

Komu polecam? Każdemu, kto lubi fantastykę i romans paranormalny, bo mimo że książka jest o nastolatkach, to jednak uważam, że spodoba się większości, które zaczytuje się w w/w gatunkach. Dostajemy wielką miłość, intrygę, mnóstwo wątków fantastycznych, a momentami odrobinę dramatu. To mieszanka, która w połączeniu z ciekawą fabułą zaowocowała bardzo porządną powieścią. 

Seria "Kroniki Obdarzonych":

1. Piękne Istoty 
2. Istoty Ciemności
3. Istoty Chaosu
4. Beautiful Redemption


Tytuł: Piękne Istoty (Beautiful Creatures)
Reżyseria: Richard LaGravense
Ocena: 2/6

Ten film to nie jest ekranizacja książki. On nawet nie został oparty na fabule, może jedynie o nią potarty. Niewiele rzeczy tutaj zgadza się z książką, wszystkie wątki zostały wrzucone do jednego wora, przemieszane i zrobiono z tego film. Wyszło chaotycznie, nie wiadomo, co i skąd się wzięło, ba! były nawet wątki, których w książce próżno szukać. Lena jakaś mało lenowata, Ethan też nie do końca taki, jaki powinien być, jednak jego postać jest chyba najbliższa pierwowzoru. 

Ciekawa jestem, czy połapałabym się w fabule filmu, gdybym nie czytała książki i czy wtedy by mi się podobało. Dziwi mnie, że udział w tym przedsięwzięciu wzięły ikony kina takie jak Jeremy Irons i Emma Thompson. Jestem zawiedziona, nie podobało mi się i zwyczajnie nie polecam, chociaż ciekawa jestem, co sądzą o filmie osoby, które nie czytały książki. Słyszałam, że jest porównywany do Zmierzchu (niedługo nawet Biblia będzie porównywana do Zmierzchu; jakby Zmierzch był jakimkolwiek wyznacznikiem dla czegokolwiek).

*****

Nie miałam wcześniej okazji, żeby życzyć Wam wesołych świąt. Mam nadzieję, że spędzicie ten czas z dala od trosk i kłopotów życia codziennego, że upłynie Wam on radośnie, wśród bliskich, przy dobrym jedzeniu i miłej atmosferze.

Natomiast fanów Sherlocka i Doctora Who pozdrawiam i macham omdlewającą łapką, bo te święta, to wyjątkowo intensywny dla nas okres ;)

niedziela, 15 grudnia 2013

Richard Paul Evans - Podarunek


Tytuł: Podarunek
Autor: Richard Paul Evans
Wydawnictwo: Sonia Draga
Opis: Natan Hurst, cierpiący na Syndrom Tourette`a pracownik działu ochrony sieci sklepów muzycznych, nienawidzi Bożego Narodzenia. Choinka i prezenty od lat przypominają jedynie o tragicznych wydarzeniach, które zniszczyły mu dzieciństwo. Kolejną zbliżającą się Gwiazdkę spędziłby zapewne samotnie, gdyby nie zamieć śnieżna, odwołany przedświąteczny lot i przypadkowe spotkanie z młodą kobietą i jej dziećmi.
Ocena: 4/6

Natan Hurst to młody mężczyzna cierpiący na zespół Tourette'a. Choroba męczy go od urodzenia, nie przeszkodziła mu jednak w zdobyciu dobrej pracy czy przyjaciół. Natan jest szefem działu ochrony w sieci sklepów Music World, a jego zadaniem jest wyłapywanie złodziejaszków pośród personelu. Wracając z jeden z akcji, okazuje się, że jego lot do rodzinnego Salt Lake City został odwołany z powodu śnieżycy. Wyczerpany i z zapaleniem oskrzeli kieruje się w stronę hotelu lotniskowego, gdzie ma zarezerwowany apartament. Po drodze poznaje jednak Addison, samotną matkę z dwójką dzieci - rezolutną Elizabeth i jej starszym, chorym na białaczkę bratem Collinem. Postanawia pomóc tej trójce i odstępuje im swoje miejsce w hotelu. Wtedy zaczynają dziać się cuda.

"Podarunek" to ciepła opowieść o miłości i sile, jaką ze sobą niesie. Sile, która jest w stanie przenosić góry. Dobrze czasem przeczytać taką krzepiącą powieść, szczególnie, kiedy zbliżają się święta, a my z roku na rok jesteśmy coraz bardziej zabiegani. "Podarunek" przypomina, co jest tak naprawdę w życiu ważne.

Gdyby kilka z Was nie poleciło mi tej książki, prawdopodobnie nigdy bym po nią nie sięgnęła. Takie rzeczy z reguły nie są dla mnie, ale świąteczny nastrój nieco ociepla nasze serca, przez co są wrażliwsze na pewne historie bardziej niż w ciągu reszty roku.

Gdybym przeczytała "Podarunek" w innym momencie, niż przed Bożym Narodzeniem, prawdopodobnie miałabym bardzo mieszane odczucia. Mamy tu bowiem ciepłą i ciekawą fabułę, niestety jednak bardzo sztampową, banalną, przewidywalną i nieco naiwną. Nie miałam okazji zagłębić się w historie postaci bardziej, autor powiedział jedynie kilka zdań na temat przeszłości bohaterów i to tyle. Nie mogłam się wczuć tak, jak bym sobie tego życzyła, no po prostu brak mi tutaj było głębi. Jednak na wszelkie negatywne aspekty przymykam jedno oko do połowy, bo to jest właśnie tego rodzaju powieść, którą chce się przed świętami przeczytać - prosta, ciepła i dobra dla serca, nie obciążająca mózgu jakoś szczególnie, ot miła alternatywa dla oglądania Kevina samego w domu (którego zresztą uwielbiam).

Komu polecam? Ano właśnie tym, którym znudziło się już oglądanie tych samych filmów rok w rok, a którzy chcą poczuć świąteczny klimat, tym bardziej, że w ciągu ostatnich dni śniegu za oknem jak na lekarstwo.




P.S. Jak Wam idą przygotowania świąteczne? Ja po raz pierwszy od ponad dziesięciu lat wyczuwam w powietrzu aurę świąt. Mam nadzieję, że ten stan się utrzyma :)

Pozdrawiam Was cieplutko, mam nadzieję, że wszyscy macie się dobrze :)

sobota, 27 lipca 2013

Tammara Webber - Tak blisko...


Tytuł: Tak blisko...
Autor: Tammara Webber
Wydawnictwo: Jaguar
Opis książki: Poruszający i niebanalny romans obyczajowy skierowany do młodych kobiet. Bestseller – prawie osiemset opinii na Amazonie, w tym ponad sześćset pięciogwiazdkowych. Książka o miłości, odwadze i poczuciu winy, które mogą zmienić całe ludzkie życie.
Kiedy Jacqueline przyjechała za swoim chłopakiem, do college’u, nie spodziewała się, że po dwóch miesiącach Brad zakończy wieloletni związek. Teraz musi odnaleźć się w zupełnie obcej rzeczywistości – jest singielką, studiuje ekonomię zamiast muzyki, a byli znajomi traktują ją jak powietrze.
Ocena: 3+/6

Jakiś czas temu (już bardzo dawno temu właściwie) otrzymałam od Jaguara książkę, ale z braku czasu odłożyłam ją na półkę i tak zerkałam codziennie w jej stronę. Przyciągała okładką i opisem, więc w przypływie czytelniczej weny sięgnęłam i połknęłam w dobę z kawałkiem. Ale do rzeczy.

Jaqueline poznajemy w momencie, gdy przeżywa najlepsze chwile swojego życia, innymi słowy – studia. Dziewczyna jest uzdolnionym muzykiem, jednak nie zdecydowała się na szkołę typowo muzyczną; wybrała uniwersytet stanowy, by być jak najbliżej swojego chłopaka Kennedy’ego,  z którym jest w związku już od czasów liceum, a któremu marzy się kariera polityczna. Jackie dostrzega, że od jakiegoś czasu Kennedy zachowuje się inaczej, jest bardziej powściągliwy, oschły, jednak decyduje się to zignorować, tłumacząc chłopaka ciężką pracą nad przygotowaniami do egzaminów. Pewnego popołudnia chłopak otwiera się przed Jaqueline i daje jej jasno do zrozumienia, że związek monogamiczny w tym wieku nie bardzo mu służy, że zanim rozpocznie karierę polityczną, musi się wyszaleć, bo potem nie będzie miał na to szans. Dziewczyna, w stanie kompletnego szoku i załamania, opuszcza zajęcia i nie przychodzi na egzaminy, robiąc sobie spore zaległości. Jakby tego było mało, impreza Halloweenowa, na której miała być kierowcą swojej przyjaciółki, kończy się dla Jackie kompletną porażką. Wracając po ciemku do auta, dziewczyna zostaje zaatakowana przez pijanego kolegę, który zgwałciłby ją na samochodowym parkingu, gdyby nie tajemniczy chłopak, który obronił ją przed napastnikiem. Dziewczynie ciężko pozbierać się po wydarzeniach ostatnich tygodni, jednak Erin – współlokatorka, a zarazem przyjaciółka – siłą wyciąga ją z łóżka i zabiera na wykłady. Tu pojawia się kolejny kłopot – do tej pory Jakie zajmowała miejsce obok Kennedy’ego, teraz musiała wybrać inne, gdyż wspomnienia związane z dniem ich zerwania były wciąż świeże i bolesne. Jaqueline przenosi się na tyły sali i… odnajduje tam swego wybawcę. Ten dzień jednak również nie przynosi dziewczynie najlepszych wiadomości. Uświadomiona przez dr Hallera wie już, że po dwutygodniowej nieobecności na wykładach z ekonomii, ciężko będzie jej nadrobić materiał i zaliczyć egzaminy, na których jej nie było. Wykładowca jednak idzie Jackie na rękę i zgadza się dać jej kolejną szansę, pod warunkiem, że wykona projekt, który jej zleci, sugerując przy tym, by skontaktowała się z tutorem, który chętnie pomoże jej w tym zadaniu. Tym sposobem, poprzez wymianę maili, dziewczyna zaprzyjaźnia się z Landonem, tutorem ekonomii, co wcale nie przeszkadza jej w jednoczesnym zaprzyjaźnianiu się z Lucasem, chłopakiem, który uchronił ją przed gwałtem, a który w miarę zapoznawania, wydaje się coraz bardziej tajemniczy i pełen sekretów. To jednak nie wszystko. Na Jaqueline wciąż czeka masa niebezpieczeństw i kłopotów, z którymi nie zawsze będzie w stanie poradzić sobie na własną rękę.

Powieść określana jest mianem romansu obyczajowego. Porywającego, opisującego miłość piękną i potężną. Szczerze? Bez przesady. Owszem, książkę czyta się szybko i dość przyjemnie, ale brak tu przyspieszonego tętna i wypieków na twarzy. Dobra do pociągu czy samolotu, bo to całkiem porządny czasoumilacz, ale żeby coś więcej…?

Przyznam szczerze, że podczas czytania ciągle nasuwało mi się określenie „zmierzch In real life”. On ratuje ją z opresji, jest tajemniczy, mają wspólnie zajęcia, on jest (oczywiście) nieziemsko wręcz przystojny - tak samo jak Kennedy zretszą… i praktycznie każdy szkolny byczek. W ogóle tutaj urodę chłopców można określić albo jako „zabójczo przystojny o hipnotyzujących oczętach”, albo „biceps palce lizać”, albo „pryszczaty troll” i nie ma nic pomiędzy. Głowna bohaterka mimo że niegłupia i piątkowa uczennica, to jednak dość często wydawała mi się infantylna i jakaś taka nijaka. Okropnie drażniło mnie to, że okazywała się płytka jak woda w klozecie, kiedy temat schodził na facetów; „ten jest przystojny, omójbożejakiprzystojny, a ten to ojezu masakra jakaś, ogólnie inteligencja jest ok, sama jestem inteligentna i Landon jest inteligentny, ale Landona jeszcze na oczy nie widziałam, więc ojezusmaria, co będzie jeśli okaże się, że on wygląda tak jak ten koleś, który właśnie mnie minął” – tak to mniej więcej wyglądało i doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Nie zrozumcie mnie źle – ja UWIELBIAM romanse, ale jednak oczekuję czegoś więcej, a tutaj nie ma wiele więcej niż w standardowym romansie. POZA TYM, Jackie omal nie została zgwałcona. I to kilkukrotnie. Sposób, w jaki sobie z tym radzi jest co najmniej niedorzeczny i nieprawdziwy. Moja przyjaciółka przeszła przez coś podobnego (z tym, że jej żaden Lucas nie przyszedł na pomoc) i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że sytuacje i zachowania opisane w „Tak blisko…” tak mają się do rzeczywistych jak My Little pony do Koszmaru z Ulicy Wiązów. Autorka zrobiła niewystarczający research, jeśli w ogóle jakikolwiek zrobiła.

Przejdźmy do Lucasa, wybawiciela. Chłopak jest ciekawy. Jest tajemniczy, wcale niegłupi, zdolny, bo świetnie rysuje i gada całkiem do rzeczy. Lucas to bad boy – chłopak, o którym chcemy i lubimy czytać. Mało tego, Lucas to chłopak z przeszłością, który przeszedł przez piekło, co czyni go jeszcze bardziej wrażliwym, słowem – mieszanka, która nie istnieje w realu, dlatego chętnie sięgamy po książki takie jak „Tak blisko…”.

Fabuła szalenie porywająca nie jest, jak to w przypadku obyczajówek bywa, i żadnych części ciała mi nie urwało, nie ukrywam jednak, że książkę czytało mi się dobrze, lekko i bez zgrzytów, ale oczekiwałam więcej.


Komu polecam? Nastolatkom, bo to powieść skierowana zdecydowanie do nastoletnich czytelniczek, oraz osobom, które mają ochotę na coś lekkiego na niedzielne leniwe popołudnie.

Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Jaguar

____________________________________________________________________

Notka od moi. Znów będę musiała się na pewien czas ulotnić, mam nadzieję, że będzie to jedynie kilka dni, nie dłużej. Mam bowiem w planach zaprojektowanie własnej naklejki na kindla i jeśli chcę, żeby wyglądało to w miarę dobrze, muszę jakiś czas poświęcić fotoszopowi, a jak już się tym zajmę, to – jak znam siebie – będzie tak, jakby mnie wcale nie było :D Ale zaplanowałam już sobie, co będę czytała jako następne, więc recenzja ukaże się wcześniej niż za pół roku :D 


czwartek, 13 grudnia 2012

Nina Reichter - Ostatnia spowiedź. Tom I



Tytuł: Ostatnia Spowiedź. Tom I
Autor: Nina Reichter
Wydawnictwo: Novae Res
Opis książki: Pełna napięcia, romantyczna opowieść o miłości w szponach show biznesu.Poznaj tom I cyklu Ostatnia spowiedź.
Bradin Rothfeld jest dziewiętnastoletnim rockmanem. Kobiety w całej Europie wzdychają do jego brązowych oczu i cudownej, niemal dziewczęcej urody. Wracając z trasy koncertowej Brade spóźnia się na przesiadkę i spędza noc na opustoszałym lotnisku. Jeszcze nie wie, że będzie to najdziwniejsza noc w jego życiu. Spotyka wtedy Ally Hanningan. Tajemniczą Amerykankę, która go nie rozpoznaje. Spędzają ze sobą kilka magicznych, niezapomnianych godzin. A późnej wspaniała noc się kończy.
I oboje już wiedzą, że nie spotkają się więcej.
Nigdy więcej.
Bo zbyt mocno czują, co rodzi się między nimi.
Ocena: 5.9/6 


Na początek trochę prywaty. Naprawdę ktoś powinien mnie kiedyś zdzielić w łepetynę i zabrać komputer, kiedy czytam książkę, bo jak zaczynam grzebać w Internecie na temat tego, co akurat czytam, rzeczy, których się dowiaduję, potrafią wpłynąć na moje podejście do lektury i odebrać radość czytania. Mimo wszystko postaram się udawać, że nie wiem tego, co wiem i spróbuję napisać moje przemyślenia na temat tej książki, jakby te informacje nie istniały. To jednak wcale nie przeszkadza mi pociągać nosem i cicho szlochać.

Allison Hanningan poznajemy w chwili, gdy właśnie ukończyła szkołę średnią i wraca ze Stanów do Francji, w której spędziła większość życia. Tu ma przyjaciół, rodzinę i chłopaka. Teraz Ally planuje dalszą przyszłość na studiach prawniczych. Wszyscy są z niej dumni, każdy jest szczęśliwy… poza samą zainteresowaną. W drodze do domu, następują pewne komplikacje. Samolot, którym Allison leci ze Stanów, w których spędziła ostatnie trzy lata, ma spore opóźnienie, dlatego dziewczyna zmuszona jest przeczekać całą noc na opustoszałym lotnisku. Kiedy z nudów dziewczyna wychodzi zapalić, ognia użycza jej tajemniczy młody chłopak o androgynicznej, acz bardzo urzekającej urodzie. Spędzają razem kilka niezapomnianych godzin, ale wtedy jeszcze nie wiedzą, co ich czeka. Kim okaże się tajemniczy Bradin? Ally podąży za sercem czy za rozumem? Do kogo nareszcie uśmiechnie się los?

Zauważyłam, że ostatnimi czasy wydawnictwa z upodobaniem wydają książki, które początkowo były fanficami. Czy to dobrze? Uważam, że tak, pod warunkiem, że fanfic jest dobry, a „Ostatnia spowiedź” zdecydowanie do tej kategorii się zalicza. Mamy okazję poznać mnóstwo utalentowanych (czasem odrobinę mniej) osób, które dzięki wydawcom mogą naprawdę rozwinąć skrzydła. Nina Reichter skorzystała z okazji i bardzo dobrze zrobiła. Tak sobie, jak i nam – czytelnikom.

Postacie stworzone przez Reichter są jak najbardziej charakterne i różne, co bardzo mi się podoba, łatwo tu jednak popaść w przesadę i autorka, niestety, momentami zapędziła się aż za bardzo, jednak nie mam jej tego za złe. W ostatecznym rozrachunku wykreowane przez nią postacie nie są bezpłciowe i nijakie, każdą cechują jakieś konkretne zachowania i motywy działania.

Fabuła  jest jak najbardziej porywająca, a wydarzenia praktycznie nierealne i wręcz bajkowe, a niektóre sytuacje wydawały się wyjątkowo infantylne, ale kim bym była, gdybym nie poddała się ich urokowi? Przecież właśnie za to kochamy książki. Jest miłość, jest niepewność, jest intryga i tragedia – jest wszystko, czego od zawsze szukam w tego typu książkach i co tak rzadko udaje mi się znaleźć.

Język, jakim operuje autorka to coś nieprawdopodobnego. To jest zwyczajnie piękne. Takie właśnie słowa pragną czytać kobiety – piękne.  Czasem podniosłe i patetyczne, chwytające za serce, czułe, ciepłe, wypowiadane szeptem, a jednocześnie tak głośne od zawartych w nich emocji. Czasem jednak gorzkie i pełne jadu, zawistne i mącące spokój, a taka mieszanka to wyjątkowo łatwopalny i bardzo wybuchowy materiał.

Jeśli nadal nie umiecie odpowiedzieć na pytanie, czy mi się podobało – PODOBAŁO SIĘ. Ogromnie się podobało. Czy przeczytam kolejny tom? Już nie mogę się go doczekać. Mam nadzieję, że do tej pory emocje związane z „Ostatnią spowiedzią” trochę opadną, bo książka wywołała w mojej głowie niemałe zamieszanie. Mam nadzieję, że wspomnienia z nią związane zatrą się odrobinę, bo kiedy ściągnę ją z półki i przeczytam raz jeszcze, zanim sięgnę po kolejną część, chcę mieć taką samą radość, jaką miałam przez te ostatnie dwa dni. Niechaj więc wieść się niesie, a Wy, moje drogie, które to czytacie, nie opierajcie się Bradinowi, kochajcie go, drugiego takiego nie ma i nie będzie.

 „Bradin był delikatnością. On cały i wszystko, co było w nim.”

Komu polecam? Wszystkim osobom, które tak jak ja, szukają w książce o miłości tego „czegoś”, co chwyci je za serce i już nigdy nie puści, bo nie ma co się oszukiwać – taka książka już się nie powtórzy… „bo nie ma najmniejszej szansy na powtórzenie rzeczy tworzących zupełność”...

Ostatnia spowiedź. Tom I. ←
Ostatnia spowiedź. Tom III.

wtorek, 4 grudnia 2012

Kelly Creagh - Nevermore: Cienie


Autor: Kelly Creagh
Tytuł: Nevermore: Cienie
Wydawnictwo: Jaguar
Opis książki: Drugi tom książki “Nevermore: Kruk”, gotyckiego romansu opartego na twórczości Edgara Allana Poego.
Varen zniknął. Schwytany w pułapkę koszmarnej rzeczywistości, gdzie chore sny Edgara Allana Poego stają się jawą, znajduje się poza zasięgiem żywych i umarłych. Ale Isobel nie zgadza się go porzucić. Rusza do Baltimore, by odnaleźć Reynoldsa, tajemniczego mężczyznę, który co roku spełnia toast na grobie pisarza i który w ciągu ostatnich miesięcy oszukiwał ją i zwodził. Tylko on ma klucz do innego świata...
Ocena: 5.5/6

Pierwszy tom serii pochłonęłam w mgnieniu oka i nie mogłam się doczekać, kiedy w moje ręce wpadnie kolejna część, więc gdy tylko pojawiła się w księgarniach, kupiłam bez wahania.

Akcja powieści rozpoczyna się tuż przed Bożym Narodzeniem. O tym, co naprawdę wydarzyło się w Halloween wie tylko Isobel. Ta wiedza ją przytłacza. Dziewczyna nie ma się komu zwierzyć i nie wie, gdzie szukać pomocy – w końcu nadal chce uwolnić ukochanego z krainy snów. Postanawia odwiedzić Baltimore w dniu urodzin Poego, bo wie, że to jedyna szansa na spotkanie z Reynoldsem, a tylko on zna odpowiedzi na dręczące ją pytania. Kto pomoże Isobel? Czy uda jej się wyzwolić Varena? Kto okaże się prawdziwym wrogiem, a kto przyjacielem?

W tej części obserwujemy, jak wielka zmiana zaszła w głównej bohaterce. Widzimy, jak z każdym dniem zamyka się w sobie coraz bardziej i nikt, nawet najbliższa rodzina, nie potrafi zrozumieć jej zachowań. Granica pomiędzy światem rzeczywistym a krainą snów zaciera się coraz bardziej, aż Isobel traci orientację i w pewnym momencie nie wie już, co jest jawą, a snem. Z pomocą przychodzi Gwen, szalona hipiska, która jest głosem rozsądku czirliderki. Mimo że wciąż upomina Isobel, nadal wspiera ją zarówno duchowo, racząc przy okazji osobliwym poczuciem humoru, które urzeka czytelnika.

Tym razem totalnie urzekł mnie Pinfeathers, zawsze lubiłam tę postać, ale tutaj przechodzi samego siebie. Natomiast Scrimshaw, o którym dowiemy się nieco więcej, jest absolutnie przerażający. Czytając o nim, dostawałam gęsiej skórki. Sama Creagh natomiast wciąga nas w swój świat jeszcze bardziej, zapadamy się w niego głębiej, odkrywamy więcej, dowiadując się coraz to nowszych, szokujących rzeczy. Tak, skończywszy czytać „Nevermore: Cienie”, byłam w szoku i to wcale nie lekkim.

Przyznam szczerze, że jest to jeden z niewielu przypadków, kiedy oprawa graficzna polskiego wydania podoba mi się bardziej niż oryginał. Okładka jest naprawdę świetna i dopracowana w najmniejszym szczególe. Brawo dla Jaguara.

Jedyne, do czego chciałabym się przyczepić, to momentami zbyt wydumane opisy i porównania, które czyta się przyjemnie, ale do czasu. Potem zaczynają już męczyć. Jeśli chodzi o polskie tłumaczenie, już pod sam koniec do szewskiej pasji doprowadzało mnie wszędobylskie słowo „wszakże”, a także drażniąca deklinacja. Wychodzę z założenia, że niektórych nazw własnych, czy też nazwisk, nie powinno się odmieniać. Błędów zapisu w książce też było kilka, więc przydałaby się dodatkowa korekta.

Nie mogę doczekać się kolejnej części. Jeśli autorka nadal będzie trzymała tak wysoki poziom, seria zakończy się tak, że wszyscy roztrzaskamy sobie szczęki o podłogę. Ciekawa jestem, jak Isobel i Varen sobie poradzą. Co będzie, kiedy wszystko się skończy i kraina snów więcej nie będzie dla nich zagrożeniem? Jak Isobel poradzi sobie z rodzicami, których zaufanie wystawiła na ogromnie ciężką próbę? W głowie rodzą mi się coraz to nowe pytania i skręca mnie na myśl, że na odpowiedzi będę musiała czekać jeszcze tyle czasu.

Podsumowując – ta książka jest świetna. Styl Creagh zachwyca, jak zwykle przedstawiła wszystko tak, że widzimy to przed oczami. Moim zdaniem naprawdę warto.

Komu polecam? Oczywiście tym, którzy pokochali pierwszą część i tak jak ja przepadają za Isobel i Varenem oraz ich zakazanym uczuciem. Polecam też tym, którzy interesują się świadomym śnieniem i chcieliby przeczytać przyjemną powieść poruszającą ten temat, a także tym, którzy spragnieni są dobrego i poruszającego paranormalnego romansu.

Seria "Nevermore":
1. "Nevermore: Kruk"
2. "Nevermore: Cienie" ←

niedziela, 25 listopada 2012

Christine Feehan - Mroczny książę


Autor: Christine Feehan
Tytuł: Mroczny książę
Wydawnictwo: Amber
Opis książki: Raven, młoda Amerykanka o parapsychicznych zdolnościach, ucieka na koniec świata - przed niechęcią i uprzedzeniami. W mrocznych Karpatach spotyka Mikhaila, księcia Karpatian - ginącej pradawnej rasy. Tylko Raven może ocalić go przed nim samym i rozświetlić noc spowijającą jego duszę. Tylko Mikhail może uleczyć jej rany i obdarzyć wieczną miłością. Łączy ich wyrok przeznaczenia i potęga uczucia. Lecz przeciwko sobie mają tych, w których budzą lęk i nienawiść. Którzy nie spoczną, póki Karpatianie nie znikną ze świata śmiertelników...
Ocena: 2/6
Książkę przeczytałam już kilka lat temu (wtedy było to chyba nieoficjalne tłumaczenie) i pamiętam, że bardzo mi się podobała. Warto nadmienić, że wtedy dopiero zaczynałam przygodę z romansem paranormalnym i nie zdawałam sobie sprawy, że istnieją lepsze książki z tego gatunku.

„Mroczny Książę” opowiada historię Michaiła, księcia pradawnej, wymierającej już rasy Karpatian, który zmęczony swoją nieśmiertelną egzystencją, postanawia popełnić samobójstwo. W ostatniej chwili w jego myśli wdziera się kobieta. Raven posiada parapsychiczne zdolności, a chcąc wykorzystać swój dar, pomaga ujmować groźnych przestępców... nie stroni jednak od grzebania w cudzych myślach. Tym razem jednak, nie ma pojęcia, z kim zadarła. Jak to bywa w tego typu powieściach, ta dwójka zakochuje się w sobie, jednak los bezustannie płata im figle i nie pozwala cieszyć się sobą.

„Mroczny Książę” oraz kolejne części serii to dokładnie ten sam utarty schemat. Jeśli ktokolwiek z Was czytał, wie, co mam na myśli. Jeśli nie czytaliście, postaram się Wam to nakreślić. Wygląda to tak:
  •          zły, mroczny, dziki Karpatianin spotyka kobietę;
  •          odzyskuje możliwość widzenia kolorów (to właśnie daje tym facetom do zrozumienia, że napotkana białogłowa jest tą jedyną i nie mogą bez niej żyć);
  •          kobieta opiera się;
  •          Karpatianin zmusza kobietę do uprawiania seksu (często wbrew jej woli, to żaden problem, najwyżej ją trochę posiniaczy i zniszczy jej psychikę – nic wielkiego);
  •          kobieta nienawidzi Karpatianina;
  •          Karpatianin zmusza kobietę do uprawiania seksu, tym razem odprawiając pradawny rytuał, którym przywiązuje kobietę do siebie;
  •          rozstanie – kobieta uświadamia sobie, że nie może żyć bez Karpatianina (nie wiem, co Wy na to, ale według mnie to typowe objawy syndromu sztokholmskiego);
  •          akcja – ktoś próbuje zabić Karpatianina i jego partnerkę;
  •          seks;
  •          seks;
  •          seks;
  •          smutek;
  •          seks;
  •          szczęście;
  •          seks;
  •          koniec.

Oczywiście każdy Karpatianin jest nieziemsko przystojny i, co rozumie się samo przez się, bardzo hojnie obdarzony przez naturę. Ich partnerki, rzecz jasna, nie szczędzą nam swoich przemyśleń na ten temat. Swoją drogą, to nie do końca to rozumiem. Niby chodzi o wieczną miłość, a w każdym paranormalu czytam o niewyobrażalnych rozmiarów męskości. Nigdzie i nigdy ten aspekt nie został pominięty i szczerze mówiąc, kiedy po kilkuletniej już przygodzie z romansem paranormalnym  czytam takie opisy, nie mogę powstrzymać się przed wywróceniem oczami.

Wracając do książki – można przeczytać jeden tom, ale nie warto czytać kolejnych, bo dalej nic się nie zmienia. Postacie są bezpłciowe i odróżnić je można jedynie po imionach. Ewentualnie po umiejętnościach (bo kimże by byli, gdyby nie mieli supermocy?).

Dziś, po tych kilku latach, biję samej sobie brawo – przeczytałam sześć tomów. Ba! Mam je na półce i nie mam pojęcia, co z nimi zrobić, bo na ich miejscu chętnie widziałabym inne, ciekawsze książki. Niedawno sięgnęłam po siódmy tom, ale nie dałam rady przeczytać nawet jednej strony. Po takiej ilości romansideł, jakie przeczytałam, ta seria jest zwyczajnie przykra.

Komu polecam? Osobom, które dopiero chcą zacząć przygodę z romansem paranormalnym, by wdrożyć się w zasady rządzące gatunkiem.

Dlaczego mimo wszystko daję 2, nie 1? Cóż, pamiętam, jak bardzo podobała mi się ta książka za pierwszym razem i że czasem jednak zaskakiwała (poza tym byłoby to niesprawiedliwe, bo naprawdę nędznym tworem z tego samego gatunku, była „Klątwa Tygrysa”; w porównaniu do niej „Mroczny Książę” to majstersztyk).

sobota, 10 listopada 2012

Colleen Houck - Klątwa tygrysa


Autor: Colleen Houck
Tytuł: Klątwa tygrysa
Wydawnictwo: Otwarte
Opis książki: Literacki fenomen! Powieść odrzucona przez wydawców, ukochana przez setki tysięcy czytelników na całym świecie!
Magnetyczne oczy tygrysa.
Pradawna klątwa, którą zdjąć może tylko ona.
Namiętność silniejsza niż strach.
Razem muszą stawić czoła mrocznym siłom.
Czy poświęcą wszystko w imię miłości?
Ocena: 1/6

Będzie dłużej niż zwykle. Muszę się Wam wyżalić.

Ponownie skuszona pozytywnymi opiniami o książce (oraz odrobinkę jej prześliczną okładką), sięgnęłam po nią i ja. Lubię romanse paranormalne, w których występują zmiennokształtni, więc z chęcią zabrałam się za czytanie, ale od początku.

Kelsey to osierocona dziewczyna, która jako świeżo upieczona absolwenta liceum, postanawia zasmakować dorosłego życia. Rozpoczyna pracę w wędrownym cyrku, sprzątając, sprzedając bilety i opiekując się zwierzętami. Jedno szczególnie przyciąga jej uwagę – biały tygrys o magnetyzującym błękitnym spojrzeniu. Dziewczyna z miejsca stwierdza, że zwierzę jest niesamowite – inteligentne i zadziwiająco spokojne. Od tej pory Kelsey spędza z Dhirenem, bo tak tygrysowi na imię, bardzo dużo czasu. Czyta mu poezję, rysuje go w swoim pamiętniku i zwyczajnie do niego mówi. Sielanka kończy się, kiedy do cyrku przyjeżdża Anik Kadam, który proponuje właścicielowi cyrku ogromną sumę za Dhirena. Ten oczywiście zgadza się, a Kelsey pogrąża się w żalu, zdając sobie sprawę, że więcej tygrysa nie zobaczy. I wtedy Kadam proponuje jej wyjazd do Indii, argumentując to tym, że dziewczyna ma cudowny wpływ na tygrysa i będzie to najlepsze rozwiązanie. Kelsey oczywiście zgadza się, na miejscu natomiast okazuje się, że Dhiren to nie zwykły tygrys, ale człowiek, na którego setki lat temu została rzucona okrutna klątwa. Odtąd Kelsey pomaga mężczyźnie w jej zdjęciu, powoli się w nim zakochując. Czy uda im się przywrócić Dhirenowi człowieczeństwo?

Trochę o głównych bohaterach. Jak mogłabym określić Kelsey w kilku słowach? Nabzdyczona „drama queen”. Po pierwsze: zakochuje się w facecie praktycznie wyłącznie dlatego, że jest niemożliwie przystojny. Po drugie: brak logiki, jakim się kieruje, przestając z Dhirenem, zakrawa o chorobę psychiczną. Nie rozumiem, jak można stworzyć tak niedojrzałą postać. Z jednej strony Kelsey uważa siebie za nic nie wartą szarą myszkę, z drugiej uważa, że jest bardzo cyniczna i sarkastyczna. Otóż Kelsey w pewnym momencie stwierdza, że jest za brzydka dla Rena i zaczyna pomiatać nim jak ścierą do podłogi, chcąc go przez to odepchnąć i zagłuszyć swoje uczucia. Bo po co rozmawiać? Rozmowy na ten temat są takie niedojrzałe i w ogóle passe. Kelsey to taka trochę Mary Sue, której wszystko się udaje, jest inteligentna i błyskotliwa (przez całą książkę czekałam na ten przebłysk inteligencji – nie doczekałam się), ale sama nie zdaje sobie sprawy z tego, jaka jest wspaniała. I piękna w dodatku.

Dhiren zwany Renem to książę (oczywiście) zaklęty w tygrysa przez okrutnego niedoszłego teścia. Tak naprawdę nie do końca wiemy, jak to się stało, ale bez tego nie byłoby książki, więc pomińmy ten element. Skoro autorce wydał się nie wart rozwinięcia czy choćby wyjaśnień, to i czytelnik nie powinien się przejmować. Tak więc Dhiren jest wspaniałym tygrysem, który okazuje się jeszcze wspanialszym, oślepiająco pięknym induskim księciem o błękitnym spojrzeniu i uśmiechu rodem z reklam wybielających past do zębów. Dhiren nie ma wad. Jest za to przerysowany do granic możliwości i porównany do ciemnoskórej mieszanki Ryana Goslinga i Roberta Pattinsona. Czy ktoś jeszcze ma wątpliwości, w oparciu o co powstała „Klątwa tygrysa”? Ren to dziwna postać. Im bardziej Kelsey go odtrąca i im bardziej jest w stosunku do niego opryskliwa i chamska (w języku autorki: sarkastyczna i cyniczna), tym bardziej on do niej lgnie i przybiega jak merdający ogonkiem szczeniaczek. Ale żeby nie było tak różowo – Dhiren ma brata, którego Kelsey uwielbia. Nie wiadomo dlaczego, widocznie imponuje jej fakt, że on też się nią zainteresował. A może w iście gówniarski sposób chce wywołać w Renie zazdrość.

Ta książka jest zła. Nigdy nie powinna powstać ani zostać wydana. Rozumiem teraz wszystkich wydawców, którzy odmówili Houck. Ale Houck nie dała za wygraną. Wydała książkę za własne pieniądze. Tak robią tylko dwa rodzaje autorów – ci, którzy są absolutnie genialni, ale ich pomysł po prostu nie trafia do wydawców i ci, którzy są zarozumiali i muszą postawić na swoim, choćby kosztowało ich to cały dorobek życia. Niestety o tych pierwszych krążą jedynie legendy.

Nie rozumiem, jak coś tak płytkiego stało się tak poczytną książką, „literackim fenomenem”. W opisie książki zacytowana została również Fitzpatrick, autorka serii „Szeptem” (ponoć dobrej, miałam zamiar przeczytać, ale teraz trochę zwątpiłam), która zachwyca się „Klątwą tygrysa”. Jak? Jakim cudem? Jak to się stało? Albo "Sama J.K. Rowling chciałaby napisać taką książkę!" - zagotowałam się.

Może i był jakiś pomysł oparty na wrzuconych do jednego gara i wymieszanych legendach wielu kultur. Może i byłoby z tego coś ciekawego, gdyby za pisanie wzięła się osoba z wypracowanym warsztatem, bądź wrodzonym talentem, a nie dziewczyna, która zafascynowana „Zmierzchem” stworzyła coś – nie do końca wiadomo co – a przy okazji miała trochę grosza, żeby zapłacić za wydanie tego tworu, co już samo w sobie daje do myślenia.

Książkę pewnie dałoby się czytać bez obrzydzenia, gdyby autorka darowała sobie dialogi. Drętwe, okropnie zbudowane, bez poczucia humoru, bez polotu, żenujące i żałosne.

Naprawdę jeszcze wczoraj pomyślałam: Okej, nie jest dobrze, ale przeczytam całą serię, bo tak po prostu wypada. Dzisiaj stwierdzam, że jest to absolutnie niemożliwe. Po prostu nie wytrzymam psychicznie, jeśli dalej będę musiała czytać przemyślenia i błyskotliwe uwagi panny Kelsey oraz to, jak bardzo kocha Rena, ale jak bardzo nie może z nim być, dlatego że… Sama właściwie nie wie dlaczego. Podejrzewam, że autorka też nie wie, a ja nie wiem tym bardziej.

Jak zawsze, chcąc podsumować opinię o książce, powinnam napisać, komu polecam. Nie napiszę. Cały nakład powinno się spalić i jak najszybciej o tej serii zapomnieć.


Seria "Klątwa tygrysa":
Klątwa tygrysa 
Wyzwanie
Wyprawa

środa, 7 listopada 2012

Kelly Creagh - Nevermore: Kruk


Autor: Kelly Creagh
Tytuł: Nevermore: Kruk
Wydawnictwo: Jaguar
Opis książki: Uporządkowane życie Isobel, kapitan szkolnej drużyny czirliderek, właśnie zaczyna się walić. Pan Swanson, nauczyciel literatury, wymyślił następny ze swoich koszmarnych projektów. W parach. I kazał Isobel pracować razem z Panem-Ciemności-Varenem, niesympatycznym, wykolczykowanym gotem, z którym nikt z klasy nie zamienił nigdy bodaj jednego słowa. Może dlatego, że z kamieniami ciężko rozmawiać?
Przy bliższym poznaniu Varen okazuje się jeszcze mniej czarujący, niż się zapowiadało. Wesoły jak cmentarzysko, ciepły jak granitowa płyta, a na dodatek potwornie zgryźliwy.  Walcząc z uczuciem, że podpisuje cyrograf, Isobel przystępuje do projektu. W końcu wspólna praca nie będzie trwała wiecznie...
Ocena: 5/6

Chyba po raz pierwszy w życiu sięgnęłam po książkę wiedziona okładką. I chwytliwym tytułem. Nie czytałam opisu, nie czytałam recenzji, po prostu wzięłam i zaczęłam czytać. Dopiero w połowie lektury zaczęłam sprawdzać recenzje i oceny i pokiwałam głową z uznaniem. Nieźle, naprawdę nieźle.

Losy Isobel - cheerleaderki, typowej amerykańskiej "it girl", która ma kochającą rodzinę, chłopaka i przyjaciół, oraz Varena - zamkniętego w sobie gota łączy szkolny projekt na lekcję angielskiego. Varen decyduje o temacie projektu, którym będzie Edgar Allan Poe. Początkowo niezbyt do siebie przekonani, podczas pracy nad projektem zbliżają się do siebie. Varen odkrywa, że Isobel wcale nie jest pustą skaczącą dziewczyną, a Isobel dostrzega w Varenie wrażliwego i czułego człowieka. Chłopak ma jednak poważne kłopoty. Bynajmniej nie w tym świecie.

Varen – zdecydowanie ten typ bohatera, w którym można się zakochać. Romantyczny, wrażliwy, tajemniczy. Skryty i milczący, ale inteligentny. Można wypisywać w nieskończoność. Nic dziwnego, że Isobel przepadła. Przepadłam również ja i wiele innych blogerek. Mogłoby się wydawać, że takiego „Varena” widziało się już w telewizji czy w książkach nie raz, a jednak jest coś – coś, co ciężko nazwać – co tak bardzo wyróżnia Varena spośród innych „Varenów”.

Podczas czytania pomyślałam – kurczę, co jest niby tak wyjątkowego w tym, co ich łączy? Mnóstwo już było w literaturze, filmie i nawet w realnym życiu par, które były swoimi przeciwieństwami. Ale potem, w miarę zagłębiania się w historię, zdałam sobie sprawę, że przecież o to w tym właśnie chodzi. Oboje tak różni, ale łączą ich te same pragnienia i kiedy w końcu odnajdują się nawzajem, są zafascynowani i zaskoczeni osobą, którą odkrywają pod maską cheerleaderki i gota. Są młodzi i zakochani, a miłość sprawia, że są w stanie przenosić góry i pójść za sobą na koniec świata, bez względu na to, który ze światów to będzie.

Uwielbiam książki, w których autor popuszcza wodze fantazji, a Creagh miała tu pełne pole do popisu. Bo czy wyobraźnia może być bardziej nieograniczona niż we śnie?

Autorka stworzyła niesamowity świat. Mroczny, przygnębiający i melancholijny, ale jednocześnie żywy i barwny. Świat, w którym można być kimkolwiek, jeśli ma się wystarczająco dużo odwagi i wyobraźni.
Styl i bardzo obrazowy język, jakimi posługuje się Creagh sprawia, że czytelnik czuje, jakby raczej oglądał film niż czytał książkę, choć – nie powiem – momentami miałam mętlik w głowie. Działo się za dużo rzeczy w jednym czasie i nie nadążałam, przez co musiałam wracać do niektórych fragmentów.

Coś czuję, że teraz „Opowieści niesamowite” Edgara Allana Poe nie będą już długo zbierały elektronicznego kurzu na Kindle’u. To piękne w literaturze, że przeczytanie jednego skłania do przeczytania drugiego, że jest w stanie zainteresować nas czymś, co dotąd wydawało się nie tak bardzo atrakcyjne. Następuje swego rodzaju reakcja łańcuchowa, co cieszy zapewne nie tylko mnie, ale też wielu nauczycieli języka angielskiego w amerykańskich szkołach.

Komu polecam? Fanom romansu paranormalnego i miłości, która płonie tym większym żarem, im więcej po drodze przeszkód. Początkującym w dziedzinie świadomego śnienia, którzy przyswoją pewne przydatne wskazówki w bardzo przyjemny sposób. I w końcu  tym, którzy spragnieni są lektury o miłości niewinnej i niedorosłej, ale silnej i stanowczej.

Z niecierpliwością czekam, aż kolejny tom wpadnie w moje ręce. Już zacieram łapki, a tymczasem wystawiam „Nevermore: Kruk” mocną, w pełni zasłużoną piąteczkę.

Seria "Nevermore":

1. "Nevermore: Kruk" ←
2. "Nevermore: Cienie"

sobota, 27 października 2012

Sherrilyn Kenyon - Seria "Dark-Hunter", czyli prywata *mode ON*

Dawno mnie nie było i wierzcie mi, wcale nie czuję się z tym dobrze. Nie porzuciłam bloga, do reszty jeszcze nie zdurniałam ;) Po prostu książka, którą czytam, przeraża mnie na tyle, że na razie odłożyłam ją na bok, póki jestem sama w domu. Czemu nie wzięłam się za coś innego? Ano dlatego, że jak już się wezmę, nie skończywszy „Pamiętam cię”, to tę pozycję trafi szlag i nigdy jej nie skończę, a naprawdę chcę, bo to świetna lektura. Recenzja więc pojawi się na pewno, z tym że jeszcze nie teraz, a żeby umilić Wam czas, skrobnę o serii, której poszczególnych tomów nie chcę opisywać (bo musiałabym je jeszcze raz przeczytać, żeby recenzja była rzetelna, a jest tego naprawdę DUŻO), natomiast chcę nakreślić Wam całość.
Otóż mowa o serii „Dark-Hunter” czy jak inni wolą „Mroczni Łowcy” autorstwa Sherrilyn Kenyon. Słowem: najlepsza seria paranormal romace, jaka dotąd powstała.

Mroczni Łowcy to armia bogini Artemidy. Walczą ze złem, chroniąc tym samym ludzkość przed całym złem tego świata. I nie tylko tego. Łowcom przewodzi Acheron, pierwszy Mroczny Łowca, prywatnie - kochanek Artemidy, której szczerze nienawidzi. Acheron to z pozoru najmłodszy w całej grupie chłopak, który tak naprawdę ma ponad jedenaście tysięcy lat i pamięta Atlantydę (tak, tę samą, która zatonęła) z czasów dzieciństwa. Chcecie wiedzieć, dlaczego Atlantyda tak naprawdę zatonęła? Gwarantuję Wam, że Kenyon odpowie na to i wiele innych pytań. Cała seria jest po prostu po mistrzowsku dopracowana i nie ma miejsca na żadne niedomówienia.

Co jest w tej serii piękne? Ogromna różnorodność. Mimo wszystkich tomów, jakie zostały wydane, książki wciąż zaskakują, mają nieprzewidywalną fabułę, a razem łączą się w piękną całość. Każda postać ma swój charakter i nie jest płaska niczym malowidła rodem ze starożytnego Egiptu. Ponadto seria przesiąknięta jest humorem, a niektóre cytaty po prostu zapadają człowiekowi w pamięci.

Poza Mrocznymi Łowcami znajdziemy tu też Łowców Snów i Zwierzołowców, bóstwa z różnych panteonów, Daimony… I o każdej z tych grup wiemy praktycznie wszystko. Wiemy, skąd pochodzą Zwierzołowcy, wiemy, dlaczego zostali podzieleni na Arkadian i Katagarian, wiemy, czym zajmują się Łowcy Snów, na jakie kasty się dzielą… Za każdym razem, kiedy biorę się za kolejny tom, zacieram rączki i wiercę się w fotelu z podniecenia, bo zastanawiam się, co tym razem wymyśliła Kenyon i jednocześnie wiem, że to będzie świetne. Poza tym, co tu dużo mówić, czytelniczki będą zachwycone. Sądziłyście, że zmierzchowy Edward jest tym, czego pragniecie? Zapomnijcie o Edwardzie, bo od tej pory głowy zaprzątać Wam będą nieziemsko przystojni, silni, ociekający testosteronem i całkiem zabawni Łowcy, natomiast dzięki damsko-męskim momentom seria powinna kwalifikować się do sekcji grubo +18. Te z Was, które lubią takie połączenie, będą na bank zadowolone.

Zainteresowanych odsyłam na forum fanów Mrocznych Łowców

Teraz trochę o polskim wydaniu „Dark-Hunter”. Kilka pierwszych tomów zostało wydanych przed MAGa, po czym słuch o kolejnych zaginął. MAG najprawdopodobniej zawiesił tłumaczenie i wydawanie, tłumacząc się brakiem zainteresowania ze strony czytelników. Z tym że problem polega na tym, że im dalej w serię, tym bardziej wszystko się zazębia i robi się coraz ciekawiej (co nie znaczy, że pierwsze tomy są kiepskie, wręcz przeciwnie). Pozostaje jedynie czytać w oryginale bądź na Chomikuj.pl szukać nieoficjalnych tłumaczeń, ale zapewniam Was, że jest to gra warta świeczki. Mam jednak nadzieję, że MAG wznowi tłumaczenie i, na Boga, załatwi porządnego grafika, bo jak do tej pory okładki są naprawdę kiepskie. Tyle ode mnie, a tymczasem:


I tak to właśnie wygląda ;)

niedziela, 30 września 2012

Lisa See - Kwiat Śniegu i Sekretny Wachlarz


Autor: Lisa See
Tytuł: Kwiat Śniegu i Sekretny Wachlarz
Wydawnictwo: Świat książki
Opis książki: Na tle fascynującej kultury chińskiej, w której kobieta zajmuje poślednie miejsce, nawet jeszcze na początku XX wieku, rozgrywa się historia przyjaźni dwóch dziewczynek. Ich dorastanie, poplątane, gorzkie losy przejmująco opisane przez autorkę, uświadamiają nam, że niezależnie od różnic kulturowych w naszym życiu jest miejsce na podobne wartości.
Ocena: 6/6

Bardzo lubię, kiedy książka, na którą trafiam zupełnie przypadkiem, okazuje się czymś, co przeczytałam z zupełną przyjemnością. Lubię też, kiedy okazuje się świetnie napisana i kiedy uczy mnie czegoś nowego. Tak też było w przypadku „Kwiatu Śniegu i Sekretnego Wachlarza”. 

Rzecz dzieje się w dziewiętnastowiecznych Chinach, kiedy to kobiety znaczyły niewiele więcej od pyłku kurzu, a narodziny dziewczynki odbierane były przez rodziców jako osobistą porażkę. Jednak sprytne kobiety, by móc porozumiewać się między sobą, wynalazły sekretne pismo nu shu, które nieznane było mężczyznom. Używane w nu shu znaki odczytywało się różnie, zależnie od kontekstu i zabarwienia emocjonalnego. Wiele razy natomiast zdarzyło się tak, że źle odczytany znak prowadził do tragedii.

 Autorka przenosi nas w świat, w którym kobieta tylko poprzez ból i łzy może zyskać na znaczeniu.

Swoją historię opowiada nam osiemdziesięcioletnia już Lilia, zaczynając od samego początku. Pewnego dnia, kiedy matka  sześcioletniej Lilii posyła po wróżbitę, który ma wyznaczyć termin krępowania stóp, nie wie jeszcze, że ta wizyta odmieni życie jej córki.

Lilii wiedzie się raz lepiej, raz gorzej, jednak jej życiu bezustannie towarzyszy żal ,gniew, nawet pragnienie zemsty, a ona sama nie wyobraża sobie nawet, jaką cenę przyjdzie jej za to zapłacić.

Dawno już nie czytałam tak przepełnionej żalem i goryczą powieści. Lisa See pokazuje nam z bliska życie kobiet dziewiętnastowiecznych Chin i bynajmniej nie wygląda ono tak, jak my, Europejki, sobie je wyobrażałyśmy. Żywot Chinek był nieustanną harówką – przez pierwsze lata życia, dopóki nie wyszła za mąż, dziewczyna musiała być posłuszna rodzicom; potem mężowi, dając mu syna; potem z kolei własnemu synowi, bo… przecież jest synem. Można by to określić jednym wielkim rytuałem ciągnącym się od narodzin do śmierci. Ich przeznaczeniem było siedzieć w „izbie na górze” i haftować, szyć bądź prząść bawełnę i godziły się na to, bo cóż mogły zrobić? Mawiały, że ich życiem kieruje los, a one nie mogą zrobić nic innego, jak tylko mu podlegać.

„Kwiat Śniegu i Sekretny Wachlarz” czyta się jak biografię, która biografią przecież nie jest, a opisy są tak brutalne i dosadne, że ciężko powstrzymać się od łez i pohamować niedowierzanie. Opis krępowania stóp wstrząsnął mną do głębi. Wszystko wprost i bardzo, bardzo obrazowo. Zdziwił mnie także stosunek matek do dzieci. Tutaj nie ma mowy o bezwarunkowej, matczynej miłości, która dla większości z nas jest czymś normalnym i naturalnym. Wszystko zależy przede wszystkim od płci dziecka, od kolejności, w jakiej się urodziło, a nawet od karnacji.

Ta powieść jednak nie jest wyłącznie o bólu, stracie, wyrzeczeniach, tragediach, milczeniu, posłuszeństwie i tajemnicach, a można by wyliczać tak jeszcze długo. Jest to głównie opowieść o miłości i poświęceniu, które możemy ofiarować drugiemu człowiekowi bez względu na to, kim jest i jak żyje, a także o tym, ile cierpienia może przynieść nam osoba, którą kochamy ponad życie i jak bardzo ów cierpienie może nas zrujnować. Przede wszystkim jednak „Kwiat Śniegu i Sekretny Wachlarz” poszerza horyzonty i uczy, że zawsze trzeba mieć nadzieję na przebaczenie.

Książka napisana jest bardzo porządnie, język jest płynny i przyjemny dla oka. Spotkamy wiele chińskich, nieprzetłumaczonych słów, których znaczenie zostaje nam wyjaśnione. Ten zabieg bardzo mi się podobał, gdyż autorka autentycznie próbuje nauczyć nas co nieco o zwyczajach i kulturze panujących w Chinach dziewiętnastego wieku. Książka na pewno spodoba się ty, którzy interesują się kulturą Dalekiego Wschodu.

„Kwiat Śniegu i Sekretny Wachlarz” należy do tych książek, które odciskają w człowieku pewien ślad i pozostają w sercu na długo. Cieszę się, że los, nad którym nie mam żadnej kontroli, naprowadził mnie na tę powieść i jestem mu za to wdzięczna. 

piątek, 28 września 2012

Erika Leonard - Pięćdziesiąt twarzy Greya


Autor: Erika Leonard
Tytuł: Pięćdziesiąt twarzy Greya
Wydawnictwo: Sonia Draga
Opis książki: Młoda, niewinna studentka literatury Anastasia Steele jedzie w zastępstwie koleżanki przeprowadzić wywiad dla gazety studenckiej z rekinem biznesu, przystojnym i zamożnym Christianem Greyem. W powietrzu wisi coś elektryzującego, czego dziewczyna nie potrafi nazwać, a może tylko się jej wydaje? Z prawdziwą ulgą kończy rozmowę i postanawia zapomnieć o intrygującym przystojniaku.
Ocena: 3,5/6

 Do recenzji tej książki jestem przygotowana jak się patrzy. Mam za sobą oryginał, rodzime tłumaczenie oraz fanfiction, którym „Pięćdziesiąt twarzy Greya” początkowo było. Tak, tak, moi drodzy. No bo czy Anastasia nie przypomina Wam przypadkiem Belli, a Christian Edwarda? Jeśli przypomina, to bardzo dobrze, bo opowiadanie zostało napisane właśnie w oparciu o Zmierzch i jego postaci.

 To, co nasuwa mi się na myśl po przeczytaniu, to jedno słowo: dziwne. Dziwna narracja, dziwna fabuła, dziwny język, dziwne postaci. Jeśli ktoś szuka tu wątków sado-maso, którymi podobno książka miała ociekać – możecie odłożyć ją na bok i zająć się czym innym, ponieważ tutaj tego nie znajdziecie. Owszem, jest mnóstwo seksu. Jest związek tak dziwny (znowu), że aż nierealny. Jest facet, który ma wszystko i wszystko potrafi. Jest też i ona – szara myszka, która dzięki niemu staje się kobietą świadomą swego ciała. Wypisz wymaluj cechy poczytnego romansidła, a jednak czegoś tutaj brak. Najprawdopodobniej brak mi realizmu, bo mimo że nie występują tutaj żadne postaci fantastyczne, to jednak taka sytuacja występuję w naturze równie często, co jednorożce.

 Książkę czytało mi się nieźle, ale nie tego się po niej spodziewałam. Jestem w stanie zrozumieć szaleństwo, które opanowało świat, kiedy czytadło trafiło do księgarń, bo oto zwykłą kobietę, taką samą jak my wszystkie, spotyka coś niebywałego, o czym większość z nas marzy. Wydaje mi się jednak, że nie jest to książka dla kobiet młodego pokolenia. My seks widzimy na co dzień w gazetach, filmach i Internecie, więc to nie robi na nas wrażenia, natomiast jestem pewna, że gospodynie domowe, które mają już swoje „-dzieści” lat, będą ją czytać z wypiekami na twarzy. Fabuła jest prosta jak budowa cepa i przewidywalna, jednak mimo wszystko przyciąga. Ale znów kiedy przystojni, zadbani mężczyźni nie przyciągali tłumów kobiet?

Całość prowadzona jest w narracji teraźniejszej. To chyba nowa moda wśród autorów, jednak o ile nie przeszkadzało mi to w Igrzyskach Śmierci, o tyle w „Pięćdziesięciu twarzach…” jest to męczące. A to prawdopodobnie dlatego, że język, jakim została napisana książka, jest tak prosty, że aż za prosty. Ubogie słownictwo i liczne powtórzenia na pewno nie działają na wyobraźnię czytelnika, a już na pewno nie na korzyść autora, bo o ile w fanfiction mi to bardzo nie przeszkadzało, o tyle od książki wymagam znacznie więcej.

Ogólnie rzecz biorąc, książkę można przeczytać. Osobom spragnionym erotycznych nienajgorzej opisanych scen odradzać nie będę, natomiast tym, którzy szukają naprawdę mocnych wrażeń, postaci jak żywych i porywającej fabuły, polecam odłożyć „Pięćdziesiąt twarzy Greya” na czas nieokreślony.

linkwithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...