środa, 24 grudnia 2014

Wesołych Świąt!



Witojcie!

Jakiś taki dziwny był ten rok. Drugie urodziny bloga minęły nie wiedzieć kiedy (wiedzieć, ale nie zauważyć, no), a i książek wiele nie zrecenzowałam... co tak naprawdę nie jest żadną nowością :D

W każdym razie chcę Wam życzyć radosnych i ciepłych Świąt Bożego Narodzenia, bogatego Mikołaja i szczęśliwego Nowego Roku. Niech ten czas upłynie Wam w spokoju i błogim lenistwie w gronie najbliższych.

Co do Nowego Roku, to mam już postanowienie. Książkowe rzecz jasna. Może to zmotywuje mnie do częstszego recenzowania? :D

Chodzi o Wyzwanie 2015






































Które doskonale idzie w parze z wyzwaniem 2014 sekund, z tego roku, które mam zamiar wcielić w życie w przyszłym.














Macie na oku jakieś ciekawe wyzwania? Jeśli tak, to podzielcie się. Ze swojej strony, zachęcam Was do wzięcia udziału w tych dwóch, które wymieniłam. Zapowiada się niezła zabawa i stres

Do zobaczenia w przyszłym roku :)

sobota, 29 listopada 2014

TAG: Czytelnicze nawyki


Zobaczyłam u Renaty fajny tag, a że tagi u Renaty z reguły są bardzo w moim guście, pomyślałam, że i ja się pobawię, a co!

1. Czy masz w domu konkretne miejsce do czytania?
Moje łóżko rzecz jasna! Czasem zdarza mi się na fotelu w dużym pokoju, ale wolę w łóżku. Nie ma to jak wyciągnąć kopyta :D

2. Czy w trakcie czytania używasz zakładki czy przypadkowych świstków papieru?
Z tym akurat bywa różnie. Czasem jest to zakładka, która była dołączona do jakiejś innej książki, czasem bilet, czasem samoprzylepny znacznik do książek, czasem zakładka magnetyczna. Zwykle jednak czytam na kindlu i po prostu go gaszę, a jak odpalam, to otwiera mi się na stronie, na której skończyłam.

3. Czy możesz po prostu skończyć czytać książkę? Czy musisz dojść do końca rozdziału lub okrągłej liczby stron?
Zwykle jest to koniec rozdziału, ale kiedy goni mnie czas, staram się doczytać do końca akapitu, albo przynajmniej wypowiedzi konkretnej postaci. Wyjściem idealnym byłoby skończenie całej książki za jednym posiedzeniem, rzecz jasna, ale nie zawsze tak się da :D

4. Czy pijesz albo jesz w trakcie czytania książki?
Do kotleta zwykle odpalam film, bo tak już mam (po tacie zresztą), że jak jem, to jedzenie nie zawsze ląduje tam, gdzie bym sobie życzyła, czyli w moim otworze gębowym. Nie czytam więc przy jedzeniu, chyba że jakieś jabłko czy coś, co nie wymaga szczególnej uwagi. A jak chce mi się pić, to wstaję z łóżka i idę do kuchni. Bez książki.

5. Czy jesteś wielozadaniowa/y? Potrafisz słuchać muzyki lub oglądać film w trakcie czytania?
Potrafię, ale nie lubię. Robienie wszystkiego na raz, nie skupiając się w stu procentach na żadnej z czynności, to tak, jakby nie robić nic, więc jak czytam, to lubię w ciszy i samotności ;)

6. Czy czytasz jedną książkę czy klika naraz?
Jedną. Zawsze jedną. Mimo że ostatnimi czasy na LC widnieją u mnie dwie czy trzy książki, które teraz czytam, to zawsze czytam jedną z nich. Obecnie czytam Sagę Zmierzch, ale zanim się na to zdecydowałam, zaczęłam Pale Blue Dot. Jako że ta druga jest dość wymagająca, dozuję ją sobie w niewielkich dawkach, pomiędzy Sagą.

7. Czy czytasz w domu czy gdziekolwiek?
Najwięcej czytam w domu, ale że dojazd do szkoły z rana zajmuje mi godzinę, a z powrotem ponad godzinę, mam całkiem sporo czasu na czytanie w autobusie. Jakąś książkę zawsze mam przy sobie, więc czytam, kiedy mnie natchnie i kiedy jest okazja :)

8. Czytasz na głos czy w myślach?
To zależy. Jak jestem sama w domu, lubię czytać na głos. W myślach czyta się o wiele łatwiej niż na głos, a płynne czytanie to przydatna umiejętność. Na głos czytam szczególnie książki obcojęzyczne, jeśli nie mogę tak całkiem głośno, czytam szeptem. Takie czytanie to świetne ćwiczenie wymowy i akcentu.

9. Czy czytasz naprzód, poznając zakończenie? Pomijasz fragmenty książki?
Nie no, panie. Takie czytanie to nie jest w ogóle czytanie. To bezsensowne odbieranie sobie przyjemności. Ja wiem, że czasem aż cię w środku skręca, żeby dowiedzieć się, co będzie dalej, a tu jeszcze trzydzieści stron do punktu kulminacyjnego, ale o to chodzi. Nie po to autor buduje suspens, żebyś to rujnował, skacząc po fabule w tę i we w tę.

10. Czy zaginasz grzbiet książki?
Zdarza się. Szczególnie, kiedy książka jest długa i obszerna, a ja robię do niej kilka podejść przez kilka miesięcy. Niezbyt to lubię, ale też nieszczególnie ubolewam, kiedy to się stanie.

Do zabawy nominuję wszystkich, którzy przeczytają ten post. Jeśli się zdecydujecie, nie zapomnijcie podać linka do siebie w komentarzu pod tym postem! :)

sobota, 22 listopada 2014

Wioletta Szulc - Rysunek w sercu


Tytuł: Rysunek w sercu
Autor: Wioletta Szulc
Wydawnictwo: Novae Res
Opis: Anna Lawenda jest tłumaczką języka angielskiego. Romanse przeżywa jedynie na łamach książek, a jej egzystencja jest dość monotonna. W wolnych chwilach rysuje pejzaże. Właśnie jedna z jej prac wywraca do góry nogami poukładane życie kobiety. Okazuje się, że zupełnie nieświadomie stworzyła obraz przedstawiający dworek niejakiego Adama Ostrowskiego. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że owa posiadłość spłonęła prawie doszczętnie trzysta lat wcześniej.
Ocena: -/6

Anna Lawenda na co dzień jest zapracowaną tłumaczką. Żyje pełnią życia tylko, kiedy wyjeżdża w swoje ukochane miejsca, gdzie rysuje pejzaże i spędza beztrosko czas. Jej życie zmienia się, gdy dzwoni do niej nieznajomy mężczyzna, prosząc o spotkanie. Kiedy podczas uroczystego otwarcia restauracji Trzy Topole wzrok Adama pada na szkice jego dawno nieistniejącego już domu, budząc w nim od lat uśpione emocje i wspomnienia, mężczyzna postanawia spotkać się z ich autorką. I może w rysunkach nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie fakt, że dwór, w którym mieszkał niegdyś Adam, spłonął w pożarze setki lat temu.

Naprawdę nie wiem, od czego powinnam zacząć. Może od tego, że dawno już nie czytałam takiej szmiry. Jest to jedna z niewielu książek, których nie byłam w stanie zmęczyć. W pewnym momencie zaczęłam się obawiać, że jeśli przewrócę oczami raz jeszcze, to po prostu oślepnę. Ale zacznę może od postaci. Adam. Trzystuletni wampir, nieziemski, rzecz jasna, którego wąskie wąskie wargi jakimś cudem okazują się być pociągające. Przystojny i zwierzęcy jak dziki kocur, któremu nawet zamężne staruszki nie są w stanie się oprzeć. Przyjaciel Abrahama Lincolna, od którego dostał zapalniczkę z grawerem. Trzystuletni, a więc wnioskuję, że dojrzały mężczyzna, który nazywa swoje auto "dziewczynką" i podaje nam specyfikacje silnika z dokładnością godną sprzedawcy samochodów z dwudziestoletnim stażem. Kiedy wzrok Anny Lawendy pachnącej lawendą pada na Boskiego Ostrowskiego, kobieta doznaje cofnięcia w rozwoju i od tej pory jej wiek mentalny nie przekracza lat piętnastu. Kiedy tylko widzi, bądź myśli o Boskim Ostrowskim, "robi się ciepła i wilgotna w intymnym miejscu"  i przestaje dziwić się babci, która zawsze lubiła koty. I bór raczy wiedzieć, czemu ma służyć ta dygresja. Między parą, rzecz jasna, od pierwszej sekundy zaczyna iskrzyć. Robią podchody niczym nastolatki, a po spotkaniu oboje dzielą ten sam sen erotyczny. To musi być miłość! Tak przynajmniej sądzi mieszkające w domu Adama małżeństwo po pięćdziesiątce (a więc w podeszłym już, według autorki, wieku), jedyni śmiertelnicy, którzy wiedzą, czym jest Boski.

Recepta autorki na sukces? "Lej pan wody ile wlezie!" Opisy nie pełnią w tej powieści żadnej funkcji, poza byciem zapchajdziurą. Są tak absurdalne, że robi się po prostu niedobrze. Przykład: "Rumieniec uniesienia malujący jej cerę na kolor lilii wodnych rosnących w jego ogrodzie. Tak, to ten kolor. Długo się nad tym zastanawiał, zanim znalazł dla niego odpowiednie porównanie. Jedwabiste włosy koloru nasion lnu rozsypane wokół jej pięknej twarzy." OŁ MAJ GAD. Wiecie co mi to przypomina? Moje wypracowania z polskiego. Też lałam wodę, żeby tylko dobić do tych trzystu słów, a opisy Wioletty Szulc do złudzenia przypominają mi moje wypracowania z lektur pozytywistycznych. Para, która mieszka w domu Adama to też taka zapchajdziura, która nic nie wnosi, ale zapełnia trochę przestrzeń w Wordzie. 

Opisy są żenujące, tak samo jak monologi i dowcipy, a przemyślenia Anny są zwyczajnie niedorzeczne. Dobrze, że rzecz dzieje się w Polsce, a Boski Ostrowski nie błyszczy w słońcu, bo jeszcze bym pomyślała, że autorka zbyt mocno zainspirowała się Zmierzchem. A tak uważam, że zainspirowała się nim tylko troszkę. No, może bardziej niż troszkę. W czym nie ma, rzecz jasna, nic złego, ale od twórczości własnej oczekuję nieco więcej własnej inwencji.

Technicznie ciągle mi coś zgrzytało. Począwszy od wszędobylskiego "OK" w miejscu "okej", przez dziwaczny szyk zdań, a na błędach logicznych skończywszy ("Przed oczami cały czas widział dwa obrazki. Nieduże, narysowane ołówkiem[...] Autor namalował nawet lancetowate liście i drobne, delikatne kwiatostany."). Często w przypadku okropnych książek przynajmniej okładka jest ładna. Tu nie ma nawet tego. James Franco i laska z niebieskim policzkiem? Łał, ktoś się naprawdę postarał.

Tak sobie myślę, że może i ja powinnam zacząć publikować swoje teksty. Ogólnie nie uważam ich za arcydzieła, ale skoro osoby z zerowym warsztatem - bo jego brak jest wyraźnie odczuwalny - publikują i odnoszą sukces, to czemu nie? Jedyne, co sprawia mi przykrość, to to, że grupa docelowa Rysunku w sercu ma tak niskie wymagania, że uznała tę powieść za całkiem niezłą.

Jako że nie dałam rady skończyć tej książki, nie zobaczycie tu jej oceny. Może to i lepiej, bo oceny ujemne na moim blogu nie mają racji bytu. Ale może kiedyś - w co wątpię - skończę Rysunek... i stworzę nową skalę ocen specjalnie z tej okazji?

Komu polecam? Nikomu. Poczytajcie coś innego. Chyba wszystko będzie lepsze niż to.

sobota, 15 listopada 2014

OŁ EM DŻI! Ona czyta "Zmierzch"!

Nostalgia (gr. νóστος, powrót do domu, i ἄλγος, ból) – potocznie, doskwierająca tęsknota za ojczyzną (krajem ojczystym), a także, tęsknota za czymś przeszłym, co utrwaliło się w pamięci lub do czegoś, co wyobrażono sobie w marzeniach.

Nie macie czasem tak, że żyjecie sobie normalnie, pracujecie, nagle macie ochotę obejrzeć na przykład film, którego dawno nie widzieliście i BUM! dociera do Was, jak bardzo za tym tęsknicie?

Mnie nostalgia dopadła kilka tygodni temu. Dziwne uczucie, niezbyt przeze mnie lubiane, bo mimo że w jakimś sensie pozytywne, to jednak bolesne. Ale od początku. Od dłuższego czasu spędzam dni samotnie. Nie przeszkadza mi to, ale jak muszę sobie coś ugotować, to szybciej i raźniej mi się pracuje przy filmie. Lubię, jak coś tam mi gra w tle do kotleta, więc włączyłam od dawna nieoglądany, zakurzony Zmierzch. No i jak już skończyłam, to obejrzałam pozostałe cztery filmy i... rozkleiłam się totalnie. Wiecie (a może i nie wiecie), w tym roku największe polskie forum fanów sagi rozpoczęło swój prawdziwie wampirzy żywot. Mam na myśli, że zostało zamknięte i można je jedynie podziwiać, ale pisanie postów i jakiekolwiek zmiany są niemożliwe (hy hy, widzisz pan tę alegorię?!). I to wydarzenie tak naprawdę zapoczątkowało tę moją nostalgię. Nagle przypomniałam sobie, jak to forum tętniło życiem, ile czasu spędziłam na rozmowach, ile się nauczyłam, ile cudownych tekstów przeczytałam, ilu poznałam niesamowitych ludzi, z którymi wciąż utrzymuję kontakt, ile emocji wiązało się i wciąż wiąże z tym forum. Ten, kto tego nie przeżył, raczej nie zrozumie, dlatego kiedy zrobiłam sobie ten filmowy maraton, moja nostalgia osiągnęła poziom szczytowy, gdy pojawiła się scena końcowa.(Ścieżki dźwiękowej nie będę nawet komentować, bo jest idealna i także robi mi mokre oczy)

Mimo wszystko nadal coś ściskało mnie w dołku, dojrzałam więc do kolejnej decyzji: przeczytam sagę raz jeszcze, tym razem w oryginale. Wiecie co nadchodzi? Tak, recenzja.


czwartek, 23 października 2014

Zestawienie filmów o zakochanych umierających nastolatkach

Ach, jakże wesoły tytuł, nieprawdaż? Ale pogoda za oknem jakoś nie zachęca mnie do wesołości. Poza tym jest zimno i coś ugryzło mnie w stopę, dzięki czemu chodzenie stało się wyjątkowo uciążliwe. Toteż napiszę posta, pomyślałam.

Jak pomyślałam, tak zrobiłam.

Filmów o umierających nastolatkach nie ma wiele. A przynajmniej takich, w których rzeczone nastolatki umierają na raka. No chyba że o jakichś nie wiem i/lub zapomniałam. No ale do rzeczy.

(polecę chronologicznie)

Szkoła uczuć (2002)
Ach, któż nie zna tej historii? Któż nie wzdychał do Landona Cartera (Shane West), najpopularniejszego w szkole cwaniaczka, który jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (w roli różdżki Mandy Moore) zmienia się z lekkomyślnego nastolatka w dojrzałego, odpowiedzialnego mężczyznę. I jak to zwykle bywa w historiach o wielkiej miłości - coś poszło nie tak. Kiedy Landon przyznaje przed samym sobą, że jest w Jamie, dziewczynie skromnej, religijnej, na pozór zupełnie nie w jego typie, po uszy zakochany, okazuje się, że Jamie jest chora. I, cóż, bynajmniej nie jest to grypa.


Keith (2008)
Natalie (Elizabeth Harnois) jest popularna. Bardzo popularna. Życie ma zaplanowane na co najmniej dwadzieścia lat do przodu. To życie to przede wszystkim świetnie zapowiadająca się kariera tenisistki oraz rodzice, których stać na wspieranie marzeń córki. Natalie jest bardzo pilną uczennicą i kiedy na lekcji chemii jej partnerem okazuje się być Keith (Jesse McCartney) - dziwak, ekscentryk i olewator - dziewczyna postanawia, że przebrnie przez to z uniesioną głową. Coś się jednak zmienia. Natalie jest zaintrygowana. W Końcu za sprawą Keitha klapki spadają jej z oczu i zaczyna dostrzegać rzeczy z szerszej perspektywy. Dociera do niej, że nie kariera, majątek i przyjaciele z wyższych sfer są najważniejsi. Ważna jest szczerość i życie dniem dzisiejszym. Z domieszką ekscentryczności. Natalie zakochuje się, a Keith łamie jej serce.

Bez mojej zgody (2009)
Kiedy państwo Fitzgerald dowiadują się, że ich córka jest śmiertelnie chora i tylko przeszczepy od dawcy idealnego będą w stanie przedłużyć jej życie, postanawiają tego dawcę idealnego począć. Rodzi się Anna i już w wieku kilku lat przechodzi pierwszą operację, która ma pomóc starszej siostrze. Po latach kilkunastoletnia Anna (Abigail Breslin) wnosi pozew przeciwko swoim rodzicom. Pozew, który ma jej dać prawo do decydowania o sobie. Ma już dość operacji, ma dość bólu na rzecz Kate (Sofia Vassilieva), która i tak niedługo umrze. Sprawa jednak nie jest taka prosta, bo rodzice Anny wiedzą, że coś jest na rzeczy. Wiedzą, że dziewczynka kocha swoją siostrę i zawsze była gotowa pomóc, nawet jeśli oznaczało to ból i dyskomfort. Okazuje się, że Kate jest już zmęczona sztucznym utrzymywaniem jej przy życiu i decyduje, że już czas odpuścić. W ciągu kilku ostatnich dni życia wspomina swoje najszczęśliwsze chwile. Są wśród nich chwile spędzone Taylorem (Thomas Dekker), chłopakiem poznanym w szpitalu.


Niech będzie teraz (2012)
Tessa (Dakota Fanning) ma siedemnaście lat. Ma listę rzeczy, które chce zrobić zanim umrze. Tessa ma też białaczkę i brak szans na wyzdrowienie. Z pomocą Zoe (Kaya Scodelario) udaje jej się wcielić większość pomysłów w życie. Czego Tessa nie miała na swojej liście to zakochanie się w sąsiedzie Adamie (Jeremy Irvine), dzięki któremu Tessa spogląda na świat inaczej niż dotychczas i który towarzyszy jej aż do końca.
Gwiazd naszych wina (2014)
Podobnie jak w przypadku pierwszej pozycji, tę zna cała książkowa blogosfera. I nie tylko zresztą, bo nawet ci, co za książkami nie przepadają, pokochali Hazel Grace (Shailene Woodley) i Augustusa (Ansel Elgort) równie mocno. Ona ma raka tarczycy z przerzutami i za namową matki zgadza się wziąć udział w spotkaniu grupy wsparcia dla osób z rakiem. On raka ma już za sobą. Ten co prawda zabrał ze sobą jego nogę, ale resztę zostawił nietkniętą. Po przeczytaniu "Czasu udręki", ulubionej książki Hazel, dwójka wyrusza do Amsterdamu, chcąc spotkać się z autorem powieści. Na miejscu muszą przełknąć bardzo gorzką pigułkę. Van Houten (Willem Dafoe) okazuje się być strasznym ignorantem. W dodatku okazuje się, że Gus wcale nie wygrał walki z rakiem.


Niektórzy pamiętają, inni nie, jak mówiłam, że "Zanim umrę", na podstawie której powstał "Niech będzie teraz", podobała mi się o wiele bardziej niż "Gwiazd naszych wina". Ta ostatnia była pełna niepotrzebnego patosu podczas gdy powieść Jenny Downham urzekła mnie swoją lekkością, mimo że temat niestety wybrała dość ciężki. W przypadku filmów było odwrotnie i mimo że oba bardzo mi się podobały, to jednak "Gwiazd naszych wina" wygrywa. Jeśli chodzi o resztę filmów w tym zestawieniu, to "Szkoła uczuć" z perspektywy czasu wydaje mi się dość mierna, "Bez mojej zgody" to film dość kontrowersyjny i trochę na siłę ckliwy, natomiast na punkcie "Keitha" miałam swego czasu niemałą obsesję i to zdecydowanie on jest w tym zestawieniu moim faworytem. Chcąc przydzielić tym pozycjom miejsca, sprawa wyglądałaby tak:

1. "Keith"
2. "Gwiazd naszych wina"
3. "Niech będzie teraz"
4. "Bez mojej zgody"
5. "Szkoła uczuć"

Jak Wy przydzielilibyście miejsca? Widzieliście te filmy? Co o nich sądzicie? A może znacie podobne, które nie znalazły się w tym zestawieniu, a uważacie je za godne polecenia?

linkwithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...