wtorek, 3 lutego 2015

Becca Fitzpatrick - Black Ice


Tytuł: Black Ice
Autor: Becca Fitzpatrick
Wydawnictwo: Otwarte
Opis: Nie daj się zwieść pozorom!
Britt długo przygotowywała się do wymarzonej wyprawy wzdłuż łańcucha górskiego Teton. Niespodziewanie dołącza do niej jej były chłopak, o którym dziewczyna wciąż nie może zapomnieć. Zanim Britt odkryje, co tak naprawdę czuje do Calvina, burza śnieżna zmusza ją do szukania schronienia w stojącym na odludziu domku i skorzystania z gościnności dwóch bardzo przystojnych nieznajomych. Jak się okazuje, obaj są zbiegami. Britt staje się ich zakładniczką. W zamian za uwolnienie zgadza się wyprowadzić ich z gór.Gdy dziewczyna odkrywa mrożący krew w żyłach dowód na to, że w okolicy grasuje seryjny morderca, a ona może stać się jego kolejnym celem, sprawy przybierają dramatyczny obrót…
Ocena: 2/6

Britt ma osiemnaście lat i całe życie stoi przed nią otworem. W czasie wiosennej przerwy, wraz ze swoją bogatą przyjaciółką Korbie, postanawia wyruszyć na wycieczkę w góry Teton, do rodzinnej posiadłości koleżanki, Idlewilde. Britt do tej wyprawy szykowała się prawie rok. Zamierzała przejść cały łańcuch górski i udowodnić byłemu chłopakowi, Calvinowi, że jest twarda tak jak on. W drodze do Idlewilde okazuje się, że auto Britt nie jest w stanie pokonać zaśnieżonej trasy. Dziewczęta po chwili namysłu postanawiają wyruszyć wprost w burzę śnieżną w poszukiwaniu pomocy. Trafiają na niewielką chatkę, w której dostrzegają palące się światła. Zziębnięte walą do drzwi. Ku zdziwieniu Britt, drzwi otwiera Mason, chłopak, którego poznała wcześniej tego samego dnia. Dziewczyna od razu czuje się bezpieczniej, ale czy nie popełnia właśnie największego błędu w swoim życiu?

No, troszkę mi się pochorowało i zwlekałam z napisaniem o tej książce ponad tydzień, ale już jestem. Muszę jednak przyznać, że zwlekałam nie tylko ze względu na chorobę. Po prostu opadały mi witki za każdym razem, kiedy przysiadałam do pisania. Okazuje się, że po raz kolejny dałam się zwieść wysokim notom na LC i GR. Wygląda na to, że nigdy się nie nauczę, że kategorii young adult będę dawała kolejne szanse, a i tak skończy się to zawodem, ale nadal będę próbowała. No ale do rzeczy.

Mam z Black Ice problem. Mój problem to przede wszystkim główna bohaterka. Dziewczyna, która od początku dokonuje błędnych i nielogicznych wyborów; dziewczyna, która za swoją najlepszą przyjaciółkę ma snobkę, która poniża ją na każdym kroku (ale jest bogata, a to przecież najważniejszy aspekt przyjaźni). Dziewczyna, która od roku przygotowuje się na górską wycieczkę, ćwiczy, szykuje ubrania, prowiant... Nie wie jednak, że w góry, w miejsce dzikie, gdzie telefony komórkowe tracą zasięg, przede wszystkim zabiera się telefon satelitarny. Ale nie mogę jej winić, w końcu przygotowywała się do tej wycieczki od roku. Albo autorka zrobiła niedokładny research, ale tego nie wiem. W końcu, gdyby Britt miała telefon satelitarny, całe to gorące law story nie miałoby miejsca. Britt to dziewczyna, która nie potrafi dać sobie na spokój z chłopakiem, który jej nie chciał. Britt w kółko o nim rozmyśla, zastanawia się, co w takiej sytuacji zrobiłby Calvin, co Calvin by pomyślał, co by powiedział. Ja rozumiem, że to boli, każdy w końcu był zakochany, ale takie rozczulanie się po kilkuset stronach robi się po prostu mało atrakcyjne. Mało tego, do Britt nie dociera, że chłopak, który z nią zerwał najwidoczniej nie chce mieć z nią nic wspólnego, o nie. Ta wyprawa to głównie dla niego. Dziewczyna chce, żeby Calvin też wziął w niej udział, żeby mogła mu pokazać, że nie jest delikatnym i zależnym od wszystkich kwiatuszkiem (którym zresztą jest). Mimo wszystko jest gotowa wybaczyć mu, że zrywając z nią, zrujnował najważniejszą noc w jej życiu (czyt. bal absolwentów *chlip, chlip*), taka jest dobra! Britt jest opryskliwa, złośliwa i, co tu dużo mówić, głupia jak but. Gra w durne gierki, udaje kokietkę, jest zwyczajnie nie do zniesienia. Dowodów na bezdenną głupotę Britt jest mnóstwo, większość z nich zaznaczyłam na czytniku, ale naprawdę nie wiem, czy starczyłoby mi czasu, żeby je wszystkie tutaj wyszczególnić. Poza tym możliwe, że ktoś by mnie pozwał za udostępnianie większej części książki. 

Drugi problem, jaki mam z Black Ice, to fabuła. Teoretycznie nie ma się czego czepiać, bo w końcu akcja jest wartka, cały czas coś się dzieje, intryga goni intrygę... a jednak. Fabuła jest zwyczajnie nie z tej ziemi. Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam romans paranormalny, ale Black Ice romansem paranormalnym nie jest. Niby zostało nam to wyjaśnione tak, że nikt nie powinien się przyczepić, bo Mason/Jude wcale nie jest tym złym, on chciał dobrze, ale nie mógł, ma dobre serduszko i w ogóle cud, miód i orzeszki. A jednak spokoju nie daje mi fakt, że Britt i tak wpadła po uszy. Jakby nie patrzeć, chłopak ją uprowadził, ją i jej tak zwaną przyjaciółkę. Mówił, że nie chciał, że musiał, a ja myślałam sobie "matko, przecież to niemożliwe, żeby ktokolwiek dał się na to nabrać". Jednak chyba się myliłam, patrząc na ocenę na LC. Mój problem z Black Ice jest taki, że chłopak, w którym zakochuje się główna bohaterka to porywacz, który mógł pomóc jej uciec, ale nie chciał. Mój problem jest taki, że Britt, mimo że z początku wie, że ma do czynienia z syndromem sztokholmskim, postanawia to zignorować i daje za wygraną, pozwalając obezwładnić się "prawdziwemu uczuciu". Mój problem z Black Ice jest taki, że gdyby taka historia faktycznie miała miejsce, Britt byłaby martwa, a w najlepszym przypadku uwiązana gdzieś w piwnicy, jednak wciąż przekonana o prawdziwości swoich uczuć, bo na tym właśnie polega syndrom sztokholmski.

Moim kolejnym problemem jest sposób, w jaki autorka decyduje się przedstawić kobiety w tej powieści. Wiem, że Becca Fitzpatrick ma jakieś dziwne ciągoty w kierunku mizoginii. Co prawda nie czytałam Szeptem (i po lekturze Black Ice wiem na pewno, że nie przeczytam), ale czytałam na temat tej serii bardzo dużo i wiem, że jej główna bohaterka również okazuje się silna, twarda, niezależna, dopóki na horyzoncie nie pojawia się Prins Czarming i odbiera jej całą wolną wolę. Drażni mnie kreowanie takich postaci kobiecych przez mężczyzn, ale kiedy kobiety same strzelają sobie w ten sposób w stopę, zwyczajnie nie jestem w stanie tego zrozumieć.

Ze względu na tempo wydarzeń, powieść przeczytałam dość szybko. Technicznie jest w porządku, nie ma błędów, co tylko zadziałało na korzyść powieści i poskutkowało dwiema gwiazdkami, a nie jedną. 

Komu polecam? Ogólnie odradzam, ale wiem, że należę do mniejszości, której Black Ice nie przypadło do gustu, więc ci, co chcą i tak przeczytają, o ile jeszcze tego nie zrobili.


Książkę przeczytałam w ramach Wyzwania 2015


środa, 21 stycznia 2015

10 rzeczy ze świata literatury, których nie znoszę

Przypomnijcie mi, żebym nie piła yerby przed snem, bo potem nie mogę spać i do głowy przychodzi mi miliard głupich pomysłów. Poniżej przedstawiam Wam jeden z nich, czyli

10 rzeczy ze świata literatury, których nie znoszę

1. Drapieżne Mary Sue
Czyli takie panie, zwykle występujące w literaturze z gatunku young adult, które są piękne bez makijażu, bo jak wiadomo makijaż to zło i każda kobieta, która go nosi jest nieczysta; nosi koszulki Guns N' Roses; umiała strzelać z AK-47 już w łonie matki, wszystko wie najlepiej, jest najinteligentniejsza z całego przedszkola i w ogóle nikt jej nie podskoczy, ale ślini się na widok umięśnionej klatki piersiowej. Najchętniej spoconej.

2. Kiedy autor bierze się za temat, o którym nie ma pojęcia.
Tłumaczyć chyba nie trzeba. Takich książek wydaje się teraz całe mnóstwo, a zainteresowanie jest odwrotnie proporcjonalne do logiki. Przykład: 50 twarzy Greya czy Klątwa tygrysa.

3. Wydawanie fanfiction w postaci książki.
Tego w ogóle nie ogarniam. Tak się przyjęło od czasów Zmierzchu, że fanfiki z tegoż fandomu wydaje się masowo. Po co? Jeśli coś jest fanfikiem, niech fanfikiem pozostanie. BŁAGAM. Bo kiedy coś jest niezłe jako fanfik, jako książka trafi do szerszego grona i ludzie będą musieli za to zapłacić, a zwykle bywa tak, że taka książka jest w najlepszym wypadku mierna.

4. Self publishing.
Czyli pisać każdy może, źle lub jeszcze gorzej, o ile ma w sakwie trzydzieści srebrników. Ja wiem, że wydawnictwa lubią pieniążki, ale to już zakrawa o jakąś paranoję, jak można wydawać syf? Jak można nie mieć szacunku dla własnej pracy? Nie zdarzyło mi się jeszcze nigdy przeczytać książki, która była naprawdę dobra, a jednocześnie wydana za pieniądze autora, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.

5. Piękne i naturalne vs. Wymalowane szmaty.
Jakże cudowne zjawisko, kiedy autorki bez umiejętności przelewają te cechy ba swoje bohaterki, czyniąc tym samym te z makijażem nędznymi, głupimi kreaturami, które nawet nie wiedzą, kto to Szekspir! Przytoczę Wam opis, taki z pamięci, ale na bank wpasuje się w większość schematów fabuły z gatunku YA. "Była szczupła, niezbyt umięśniona, ubierała się na sportowo i lubiła trampki. Miała długie, lśniące włosy, po mamie/tacie. Nie malowała się, bo uważała, że nie ma sensu poprawiać natury. Skórę miała białą jak mleko, bez jednego zatkanego pora, pryszcza, nie daj borze zmarszczki. Była cicha, spokojna, dobrze się uczyła, kochała Szekspira, była inteligentna i w ogóle nie miała pojęcia o tym, jaka jest piękna. Uświadomiło jej to dopiero stado nowych adoratorów, a wśród nich ON. Ten jeden jedyny, wyśniony, boski, który zwrócił na nią uwagę". Jak bardzo trzeba być niedowartościowanym i próżnym, żeby idealnie pasować do standardów akceptowanych przez społeczeństwo i jednocześnie uważać się za brzydala? No ale to jeszcze nie koniec, bo wśród nich jest ONA. Nemezis, która ma bujne loki, duży biust, idealną figurę, ALE nosi tony makijażu! W dodatku ubiera się jak jakaś zdzira! Szpilki, spódniczki, obcisłe bluzeczki, kto to słyszał! Na pewno jest durna, a już na STO procent nie czyta Szekspira! Z nienawiścią naszej Mary Sue nie ma nic wspólnego fakt, że Nemezis ma ją gdzieś i nie całuje ziemi, po której stąpa Marysia oraz nie pisze peanów na cześć światła tańczącego w kurtynie jej gęstych, lśniących włosów. Nie, Marysia Zuzanka nie jest zawistna, ona wszystkich kocha, ba! nawet fiordy jej z ręki jedzą! Fajnie jak tak laski same na siebie jadą. Nie trzeba facetów, żeby rozdupczyć emancypację kobiet w drobny mak.

6. Promowanie niezdrowych zachowań.
Mam na myśli to, co dzieje się od czasu Zmierzchu, czyli promowanie przemocy w związku. Przemoc w związku objawia się ignorowaniem woli partnera, przymuszanie go do rzeczy, których ten nie chce, grożenie "jeśli nie tego nie zrobisz, to...". Taka sytuacja ewidentnie ma miejsce w 50 twarzach Greya chociażby. Grey praktycznie zmusza Anę do podpisania kontaktu, nie omawia z nią jej limitów i grozi, że jeśli użyje słowa bezpieczeństwa, wszystko kończy się tu i teraz. Pominę fakt, że BDSM, które występuje w książkach Leonard nie ma nic wspólnego z prawdziwym BDSM. Okropnie mierzi mnie fakt, że to właśnie kobiety tworzą takich bohaterów, same strzelają sobie w stopę, bo rujnują to, o co walczyły wcześniejsze pokolenia kobiet. Korzystają z tych dobrodziejstw i mają czelność je niszczyć, wydając taką kaszanę, a czytające to durnoty nie marzą o niczym więcej. Ale wiecie, co jest najgorsze? Że kobiety chcą potem takich związków, takiego BDSM, takiego traktowania, bo uważają, że to szczyt marzeń, że facet, który je spierze na kwaśne jabłko jest tym, czego zawsze chciały. To jest chore, ale jak już mówiłam w punkcie 2. - zainteresowanie odwrotnie proporcjonalne do logiki.
Dalej jest też obśmiewanie zdrowych nawyków żywieniowych, sportu itp.

7. Promowanie bohaterek, które są słabe i wiecznie zależne od mężczyzn.
Patrz punkt 5. i 6. - ona nie jest piękna, dopóki on jej tego nie powie, ona dopiero wtedy użyje czerwonej szminki, kiedy on stwierdzi, że dobrze by wyglądała, ona nie ma swojego zdania, dopóki on jej go nie narzuci. Cho-re.

8. Postacie drugoplanowe w roli ściennej tapety.
Czyli przyjaciele i rodzina głównych bohaterów, które nie pełnią żadnej roli poza zapchaj dziurą. Żeby nie było, że nasze Mary Sue i Gary Stu są entisosołszal. Te postacie często są jak te trzy małpy, co to nie widzą, nie mówią i nie słyszą. Po prostu są tam gdzieś, czasem coś burkną, a wachlarz ich odzywek jest tak bogaty jak zasób słownictwa Groota. Autor da nam pobieżną historię każdego (albo i nie) i spoko, czego chcieć więcej?

9. Regionalizmy.
Zabijta mnie, mości państwo, ale nie jestem w stanie tego zdzierżyć. I to nie, żeby regionalizmy występowały w dialogach, bo to rozumiałabym jako chęć podkreślenia pochodzenia bohatera. To się zdarza w narracji. Nagminnie. No weź i się nie wkurz.

10. Prequele.
I prequele prequeli, podczas gdy seria właściwa od dziesięciu lat czeka na swoją kontynuację. Co mnie obchodzi, co Mordimer robił, kiedy się uczył na inkwizytora? Teraz ma ciekawsze życie, a ja wciąż nie wiem, co dzieje się dalej! Prequele to takie zapychacze i maszynka do robienia pieniędzy. Bo fani i tak kupią, c'nie?

Jak macie ochotę, to napiszcie u siebie, czego Wy nie lubicie w literaturze, albo piszcie w komentarzach. Chętnie polemizuję ;D

A tak w ogóle, to jestem z siebie dumna. Blogowanie póki co idzie mi w tym roku całkiem nieźle. Mam nadzieję, że tak już zostanie.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Veronica Roth - Wierna (Niezgodna #3)


Tytuł: Wierna
Autor: Veronica Roth
Wydawnictwo: Amber
OPIS: Społeczeństwo frakcyjne, w które Tris tak wierzyła, legło w gruzach – podzielone walką o władzę, naznaczone śmiercią i zdradą. Jednego tyrana zastąpił drugi. Miastem rządzą niepodzielnie bezfrakcyjni. Tris wie, że czas uciekać. Lecz jaki świat rozciąga się poza znanymi jej granicami? Może za murem będzie mogła zacząć z Tobiasem wszystko od nowa, bez trudnych kłamstw, podwójnej lojalności, bolesnych wspomnień? A może poza miastem nie ma żadnego świata…
Ocena: 4.5/6

Tris wraz z grupką przyjaciół ucieka z Chicago. Odkąd rządzą nim bezfrakcyjni z Evelyn na czele, zapanowała tam anarchia, a miasto zaczęło popadać w ruinę. Przyjaciele jadą autem przed siebie, nie do końca wiedząc, gdzie się udać. I kiedy krajobraz za oknem zaczyna się zmieniać, dostrzegają, że ktoś na nich czeka. Zostają zabrani do Agencji, ośrodka, w którym dowiadują się, że całe ich życie to kłamstwo, że byli tylko szczurami doświadczalnymi w rękach ludzi uważających się za bogów, których chora ideologia doprowadzi do tragedii.

Wierna to plot twist, którego się nie spodziewałam. Okazuje się, że mamy tu do czynienia z historią a'la Truman Show, z tym że na większą skalę. Zawsze wywołuje to we mnie jakiś niesmak, czuję się zdradzona i oszukana. Chicago, frakcje, Niezgodni - wszystko jest jedynie eksperymentem w rękach rządu, a poza granicami miasta każda rzecz ma zupełnie odwrotną wartość.

Jeśli miałabym oceniać każdą z części trylogii według wartości, jakie niosą, Wierna byłaby zdecydowanie na pierwszym miejscu. Mamy tutaj Agencję, która czuwa nad miastami-eksperymentami, chcąc doprowadzić do eliminacji osobników z genami uszkodzonymi, czyli tych, których wyniki w testach przynależności wskazywały jednoznacznie frakcję, do której dana osoba powinna przynależeć. Agencja nie ma żadnych skrupułów, dla dobra eksperymentu jest w stanie wymordować połowę jego populacji czy wykasować pamięć wszystkim mieszkańcom miast. Wszystko po to, by przywrócić czystość genetyczną. Jeśli to nie brzmi znajomo, to podpowiem tylko, że Hitler kierował się podobną ideologią, zwaną Eugeniką.

Wierna to powieść o mniejszościach. O tym, jak są uciskane, a ich zasługi umniejszane. Jak "czyści genetycznie" są uprzywilejowani i "zdrowi", a uszkodzonych genetycznie traktuje się jak ułomnych. I mimo że w świetle prawa CG i UG są sobie równi, to każdy wie, że jest inaczej i tę różnicę wyraźnie daje się odczuć. Veronica Roth w Wiernej uświadamia czytelnikowi, jak bardzo absurdalne jest takie myślenie i tego rodzaju ideologie. Pokazuje, że gdyby świat naprawdę bazował na równości i pomaganiu sobie nawzajem, lepiej by nam się żyło.

Jeśli chodzi o zakończenie - I TU ZACZYNA SIĘ SPOILER - to liczyłam na coś bardziej dramatycznego. Po cichu miałam nadzieję, że Tris wyruszy do Chicago razem z Tobiasem, coś pójdzie nie tak i ich pamięć też zostanie zresetowana. Wiecie, tak, żeby całkiem o sobie zapomnieli i już nigdy się nie zeszli, żyli osobno, a cały ich wysiłek i odniesione podczas walk rany poszły na marne. Myślę, że to fanów pary zabolałoby bardziej niż śmierć Tris. Chciałabym chociaż raz przeczytać tego rodzaju zakończenie, bo najwidoczniej mam jakieś masochistyczne skłonności. Chociaż domyślam się też, że taka książka by się nie sprzedała, bo wszyscy kochają happy endy, i mimo śmierci głównej bohaterki, wszystko skończyło się dobrze, a ludzie żyli długo i szczęśliwie - I TU SPOILER SIĘ KOŃCZY.

Bardzo brakowało mi w tej części emocji. Bohaterowie są co prawda dojrzalsi, a Roth wyraźnie poprawiła się jako pisarka, ale brak wściekłości, żalu, rozgoryczenia, rozpaczy czy poczucia straty sprawia, że Wierna nie jest tak dobra, jak mogłaby być. Niby te wszystkie uczucia gdzieś tam są, ale jest ich mało i są dość mocno przytłumione.

Technicznie, występują te same błędy, co w poprzednich częściach. Drobne literówki, niekiedy dziwny szyk zdań, dziwaczny przekład imion, ale poza tym jest w sumie okej.

Komu polecam? Tym, którzy przeczytali wcześniejsze części Niezgodnej, rzecz jasna ;)

Seria Niezgodna:

3. Wierna 

Książkę przeczytałam w ramach Wyzwania 2015


niedziela, 18 stycznia 2015

Whiplash [film]


Tytuł: Whiplash
Reżyseria: Damien Chazelle
Ocena: 6/6

Andrew Neyman (Miles Teller) to dziewiętnastoletni perkusista uczący się w najlepszej szkole muzycznej w kraju - Konserwatorium Schaffera na Manhattanie. Chłopak gra w jednym ze szkolnych zespołów, jednak nikt go tam nie lubi i mimo że radzi sobie nieźle i tak nigdy nie jest perkusistą numer jeden. 

Pewnego dnia na próbę zespołu Andrew przychodzi Terrence Fletcher (J.K. Simmons), najbardziej wymagający nauczyciel, perfekcjonista. Zaprasza Neymana do swojej grupy muzycznej i już na pierwszej próbie Andy przekonuje się, że lekcje z nowym profesorem będą drogą przez piekło. Terrence to świetny nauczyciel, najlepszy, bycie w jego zespole to prestiż i przepustka do sławy. Terrence udziela nie tylko lekcji muzyki, ale także lekcji życia.



Fletcher testuje swoich uczniów do granic możliwości, rzuca najpodlejszymi obelgami, każe im grać do późnych godzin nocnych, aż będą perfekcyjni w tym, co robią, nie zwracając uwagi na zmęczenie czy krew lejącą się z dłoni młodego perkusisty. Ale Andrew to nie zniechęca. Trenuje jeszcze ciężej, aż przychodzi dzień, w którym przez przypadek otrzymuje swoją pierwszą szansę - konkurs muzyczny. Chłopak daje z siebie wszystko i kolejnym razem znów jest pierwszym perkusistą, jednak jak to zwykle bywa, coś musiało pójść nie tak. Autobus, którym jedzie Andy łapie gumę i gdy chłopak jedzie wynajętym autem, jest tak roztrzęsiony, że nie zauważa nadjeżdżającej ciężarówki. W szoku, chłopak wysiada ze stratowanego auta i pędzi na konkurs. Dociera cały zakrwawiony i kiedy zespół zaczyna grać, chłopak nie jest w stanie za nim nadążyć. Fletcher przerywa koncert i daje Andrew do zrozumienia, że powinien opuścić salę, co jest jednoznaczne z wydaleniem z grupy. Dziewiętnastolatek ma tego dość, puszczają mu nerwy i rzuca się na nauczyciela, za co zostaje wyrzucony ze szkoły. To jednak nie koniec rywalizacji między uczniem i mistrzem. Dopiero później odkryją jak bardzo obaj są mściwi, a jednocześnie genialni w tym, co robią.

Whiplash to opowieść o tym, jak kosa w końcu trafia na kamień. To starcie dwóch bardzo silnych osobowości, perfekcjonistów, którzy nie odpuszczają, dopóki nie dostają, czego chcą. Z takiego połączenia może powstać mieszanka tylko i wyłącznie wybuchowa i tak też się dzieje. Whiplash to film, który trzyma w napięciu od początku do końca. To film, który sprawia, że serce bije mocniej i szybciej, film, który zapada w pamięć na długo i pozostawia człowieka roztrzęsionym i z przyspieszonym oddechem.

Mogę szczerze powiedzieć, że to chyba najlepszy film, jaki widziałam. Nie pamiętam wszystkich filmów, jakie kiedykolwiek obejrzałam, ale żaden jeszcze nie wywołał u mnie tak silnych emocji. Teller okazał się aktorem z niesamowitym talentem, J.K. Simmons również pokazał, co potrafi, w rolę nauczyciela-tyrana wcielił się świetnie.

Nie jestem fanką jazzu, ale ścieżka dźwiękowa w Whiplash jest naprawdę dobra i kto wie, może przekonam się do tego rodzaju muzyki.

Film polecam dosłownie każdemu. Poster się nie myli, to naprawdę brawurowe dzieło i obowiązkowa pozycja każdego kinomaniaka.

piątek, 16 stycznia 2015

Księga Życia [film]


Tytuł: Księga Życia/The Book of Life
Reżyseria: Jorge R. Gutierrez
Ocena: 6/6

Manolo (Diego Luna), Joaquin (Channing Tatuum) i Maria (Zoe Saldana) są przyjaciółmi od dziecka. Chłopcy rywalizują o względy dziewczynki, podczas gdy Maria swoimi występkami doprowadza do szału ojca, burmistrza miasta. Pewnego dnia przebiera się miarka i Maria musi opuścić miasteczko i wyjechać do Hiszpanii, gdzie ma pobierać nauki. 

W międzyczasie dwoje bogów, La Muerte i Xibalba, dawni kochankowie, zakładają się o to, który z chłopców poślubi dziewczynkę. La Muerte obstawia, że Manolo, dając mu dar czystego i dzielnego serca. Xibalba natomiast ucieka się do podstępu i obdarowuje Joaquina zaczarowanym medalem, dzięki któremu nie umrze bądź nie zostanie zraniony z ręki wroga. Ten kto wygra, będzie rządził Krainą Pamiętanych, a ten, kto przegra - szarą i smutną Krainą Zapomnianych.

Mijają lata, Manolo, wbrew swojej woli, zostaje torreadorem, podtrzymując tym samym rodzinną tradycję, a Joaquin, tak jak jego ojciec, zostaje obrońcą uciśnionych. Obaj z niecierpliwością czekają na powrót Marii, który zbiega się z pierwszą korridą Manolo. 

Dziewczyna jest świadkiem porażki przyjaciela, który woli grać na gitarze, zamiast zabić byka, co sprawia, że budzą się w niej uczucia. Od tej pory mężczyźni rywalizują między sobą na poważnie, a Xibalba po raz kolejny gra nieczysto. Kiedy Maria i Manolo mają się spotkać, podstępny bóg wysyła węża, by ukąsił mężczyznę, ale w ostatniej chwili dziewczyna ratuje przyjaciela i umiera. Manolo, nie myśląc wiele, zawiera układ z Xibalbą i również daje się ukąsić, ale kiedy trafia do Krainy Pamiętanych okazuje się, że Marii tam nie ma...


Księga Życia to jedna z piękniejszych bajek, jakie widziałam i na mojej prywatnej liście staje na pierwszym miejscu razem z Jak wytresować smoka. Fabuła jest niesamowita, mimo że to kolejna opowieść o miłości. Dlaczego? Chociażby dlatego, że Maria jest samodzielną, silną kobietą, która daje jasno i wyraźnie do zrozumienia, że dość ma seksistów, którzy mówią jej, co ma robić i jak się zachowywać. Bajka to też swego rodzaju doping dla tych, którzy borykają się z różnymi problemami. La Muerte sama mówi, że każdy może umrzeć, ale dzieciaki, z którymi właśnie miała do czynienia, będą miały odwagę, by żyć. A Świeczkarz zachęca do napisania swojej własnej historii. 


Obsada jest nieziemska. Oryginalny dubbing jest naprawdę świetny i nie wiem, czy polski będzie w stanie powielić te wszystkie gry słów i czy będzie równie zabawny. Głos Świeczkarzowi, mojej ulubionej postaci, aka Weirdo with a beardo, podkłada Ice Cube. Mało tego, sposób mówienia i zachowywania się Świeczkarza jest dokładnie taki jak Ice Cube'a czy innych raperów. Dacie wiarę?

Muzyka w tym filmie jest wspaniała, aż chce się tańczyć i śpiewać. Usłyszymy tu też kilka nowych aranżacji starszych utworów. Ogólnie nie jestem zwolenniczką śpiewających bohaterów w animacjach. Między innymi dlatego nie przepadam za Krainą Lodu, ale w Księdze Życia piosenki raz, że są naprawdę dobre, a dwa, że nie są śpiewane bezustannie.

Animacja jest świetna, bardzo kolorowa i pełna detali. Ale to chyba scenariusz i dialogi podbiły moje serce najbardziej. Tu główną nagrodę znów wygrywa Świeczkarz, który wita się z kałużą i wygaduje różne inne śmieszne rzeczy. Nie brak tu też odniesień do innych filmów. Przykładowo Świeczkarz i Xibalba stojący obok siebie od razu przypominają Dżina i Jafara z Aladyna, a jedna z kuzynek Manolo woła "Come here, loverboy!", co fanom Dirty Dancing od razu nasunie pewne skojarzenia.

Jedyny mankament filmu to to, że był stanowczo za krótki i za mało mi było Krainy Pamiętanych, która jest piękna, kolorowa i radosna, a zmarli bawią się w najlepsze.

Księga Życia to piękna bajka o życiu i każdym rodzaju miłości, którą polecam wszystkim i każdemu z osobna.

linkwithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...