czwartek, 1 sierpnia 2013

Małgorzata Kalicińska, Basia Grabowska - Irena


Tytuł: Irena
Autor: Małgorzata Kalicińska, Basia Grabowska
Wydawnictwo: W.A.B.
Opis książki: Trzy kobiety: Dorota, Jagna i Irena. Dorota. Niezbyt zaradna życiowo, trochę eko, trochę hippie, bałaganiara. Jagna - córka, wiek 27+, bardzo zaradna pracowniczka korporacji. Irena - „babka". Przyszywana ciotka Doroty. Świeża wdowa. Jagna źle znosi brak akceptacji, ale domyśla się, że prawdziwa przyczyna konfliktu tkwi głębiej. I ma rację. Jagna nie jest pierwszym dzieckiem Doroty, wcześniej był chłopiec, który zmarł „śmiercią łóżeczkową". Matka nigdy się z tym nie pogodziła. A Jagna nigdy nie dowiedziała się, że miała brata. Kobiety oddalają się od siebie, w końcu Jagna postanawia odciąć się od toksycznej matki. Wtedy wkracza Irena: Dorota musi dojść ze sobą do ładu. „Pochować" synka i naprawdę pokochać córkę.
Ocena: 5/6
„Irena” to historia trzech kobiet reprezentujących trzy różne pokolenia. Najmłodsza z nich to Jagoda – wykształcona, na wysokim i dobrze płatnym stanowisku "okołotrzydziestolatka". Dorota – kobieta po pięćdziesiątce prowadząca dobre i spokojne życie u boku ukochanego męża poznanego jeszcze w liceum, matka Jagody. I wreszcie tytułowa Irena – osiemdziesięcioletnia przyszywana ciotka Doroty, z pozoru surowa i o stalowych nerwach, jednak tak naprawdę jest – jak określiła ją Jagoda – jak żółw „taki twardy dlatego, że taki miękki”.

Cała historia rozpoczyna się w momencie śmierci Felka – męża Ireny. Tutaj poznajemy też Jagodę i Dorotę i od razu dostrzegamy różnice między nimi. Dorota jest dość roztrzepana, łatwo wyprowadzić ją z równowagi i szybko panikuje. Jej córka natomiast przyjmuje wszystko chłodno i z dystansem, nie pozwalając sobie, by zawładnęły nią negatywne emocje. Kontakt matki z córką nie wygląda ciekawie, a im bardziej zagłębiamy się w historię, konflikt między nimi tylko się pogłębia. Matka bowiem oczekuje od córki, że ta wyjdzie w końcu za mąż, urodzi jej wnuki i przestanie zaharowywać się na śmierć. Córka natomiast to typowy yuppie i nie w głowie jej zamążpójście, a tym bardziej macierzyństwo i każda rozmowa na ten temat kończy się awanturą. Po kolejnej takiej kłótni Jagoda ma dość i wychodzi z domu, postanawiając, że zerwie z matką wszelkie kontakty, bo czuje, że nigdy nie dorośnie do oczekiwań Doroty. Tu do akcji wkracza Irena, która podejmuje wszelkie możliwe środki, by pogodzić kobiety ze sobą. Okazuje się jednak, że to sprawa wcale nie taka prosta, każda z nich bowiem ma tajemnice, które bardzo wpłynęły na ich życie i wciąż je zatruwają.

Muszę przyznać, że z początku „Irena” szła mi bardzo opornie. Strasznie przeszkadzał mi charakter Jagody i sposób, w jaki traktowała innych ludzi – zawsze z góry, zawsze Jagódka jest lepsza od reszty świata: rozważniejsza, mądrzejsza, bardziej elokwentna – nie cierpię takiego zachowania i był to główny powód, dla którego „Irenę” odłożyłam na półkę. I to był ogromny błąd, bo kiedy znów po nią sięgnęłam, historia nabierała tempa i Jagodę zaczynałam coraz lepiej rozumieć. Myślę, że wiele z nas zna to uczucie, kiedy wiemy, że nie spełniliśmy oczekiwań naszych rodziców i nie jesteśmy tacy, jakimi oni chcieliby nas widzieć, dlatego w miarę czytania utożsamiałam się z Jagą coraz bardziej. Z drugiej jednak strony (to zapewne dzięki temu, że książka pisana jest zarówno z perspektywy Jagody, jak i Doroty) byłam w stanie zrozumieć uczucia targające matką. „Irena” to taka słodko–gorzka mieszanka różnych uczuć. Pełno tu niestety rozgoryczenia, żalu i winy, ale jest również spora dawka miłości i w rezultacie również zrozumienia.
Książkę czyta się świetnie, napisana jest bardzo lekkim stylem, pełna błyskotliwych uwag i dowcipów. Jeden fragment szczególnie rozłożył mnie na łopatki:
Pamiętam, jak odłamał mi się drut od żyłki, taki do dziergania. Robiłam sobie lekki sweterek z żółtej bawełny bouclé. Poprosiłam siostrę
– Siostro, siostra zaniesie to na męską salę, może by chłopaki zreperowali? Rączki im trochę odpoczną – dodałam wesoło.
Zaniosła wraz z moim tekstem. Po godzinie wraca i mówi:
– Oddają nareperowany, ale mówią, żeby pani Dorcia tak mocno nie ciągnęła!

Jest zabawnie, ale jest też poważnie i z sensem. Teraz całkowicie rozumiem moją ciocię zaczytującą się w powieściach Kalicińskiej. Naprawdę warto i żałuję, że z „Ireną” czekałam tak długo. Płakałam i śmiałam się na zmianę, bardzo to pozytywna, życiowa i taka zwyczajnie ciepła książka.

Komu polecam? Każdej pani. Młodszej, starszej – bez znaczenia, bo to książka typowo o nas i dla nas. Pozwala dostrzec inny punkt widzenia i naprawdę daje do myślenia. Warto!

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa W.A.B.

sobota, 27 lipca 2013

Tammara Webber - Tak blisko...


Tytuł: Tak blisko...
Autor: Tammara Webber
Wydawnictwo: Jaguar
Opis książki: Poruszający i niebanalny romans obyczajowy skierowany do młodych kobiet. Bestseller – prawie osiemset opinii na Amazonie, w tym ponad sześćset pięciogwiazdkowych. Książka o miłości, odwadze i poczuciu winy, które mogą zmienić całe ludzkie życie.
Kiedy Jacqueline przyjechała za swoim chłopakiem, do college’u, nie spodziewała się, że po dwóch miesiącach Brad zakończy wieloletni związek. Teraz musi odnaleźć się w zupełnie obcej rzeczywistości – jest singielką, studiuje ekonomię zamiast muzyki, a byli znajomi traktują ją jak powietrze.
Ocena: 3+/6

Jakiś czas temu (już bardzo dawno temu właściwie) otrzymałam od Jaguara książkę, ale z braku czasu odłożyłam ją na półkę i tak zerkałam codziennie w jej stronę. Przyciągała okładką i opisem, więc w przypływie czytelniczej weny sięgnęłam i połknęłam w dobę z kawałkiem. Ale do rzeczy.

Jaqueline poznajemy w momencie, gdy przeżywa najlepsze chwile swojego życia, innymi słowy – studia. Dziewczyna jest uzdolnionym muzykiem, jednak nie zdecydowała się na szkołę typowo muzyczną; wybrała uniwersytet stanowy, by być jak najbliżej swojego chłopaka Kennedy’ego,  z którym jest w związku już od czasów liceum, a któremu marzy się kariera polityczna. Jackie dostrzega, że od jakiegoś czasu Kennedy zachowuje się inaczej, jest bardziej powściągliwy, oschły, jednak decyduje się to zignorować, tłumacząc chłopaka ciężką pracą nad przygotowaniami do egzaminów. Pewnego popołudnia chłopak otwiera się przed Jaqueline i daje jej jasno do zrozumienia, że związek monogamiczny w tym wieku nie bardzo mu służy, że zanim rozpocznie karierę polityczną, musi się wyszaleć, bo potem nie będzie miał na to szans. Dziewczyna, w stanie kompletnego szoku i załamania, opuszcza zajęcia i nie przychodzi na egzaminy, robiąc sobie spore zaległości. Jakby tego było mało, impreza Halloweenowa, na której miała być kierowcą swojej przyjaciółki, kończy się dla Jackie kompletną porażką. Wracając po ciemku do auta, dziewczyna zostaje zaatakowana przez pijanego kolegę, który zgwałciłby ją na samochodowym parkingu, gdyby nie tajemniczy chłopak, który obronił ją przed napastnikiem. Dziewczynie ciężko pozbierać się po wydarzeniach ostatnich tygodni, jednak Erin – współlokatorka, a zarazem przyjaciółka – siłą wyciąga ją z łóżka i zabiera na wykłady. Tu pojawia się kolejny kłopot – do tej pory Jakie zajmowała miejsce obok Kennedy’ego, teraz musiała wybrać inne, gdyż wspomnienia związane z dniem ich zerwania były wciąż świeże i bolesne. Jaqueline przenosi się na tyły sali i… odnajduje tam swego wybawcę. Ten dzień jednak również nie przynosi dziewczynie najlepszych wiadomości. Uświadomiona przez dr Hallera wie już, że po dwutygodniowej nieobecności na wykładach z ekonomii, ciężko będzie jej nadrobić materiał i zaliczyć egzaminy, na których jej nie było. Wykładowca jednak idzie Jackie na rękę i zgadza się dać jej kolejną szansę, pod warunkiem, że wykona projekt, który jej zleci, sugerując przy tym, by skontaktowała się z tutorem, który chętnie pomoże jej w tym zadaniu. Tym sposobem, poprzez wymianę maili, dziewczyna zaprzyjaźnia się z Landonem, tutorem ekonomii, co wcale nie przeszkadza jej w jednoczesnym zaprzyjaźnianiu się z Lucasem, chłopakiem, który uchronił ją przed gwałtem, a który w miarę zapoznawania, wydaje się coraz bardziej tajemniczy i pełen sekretów. To jednak nie wszystko. Na Jaqueline wciąż czeka masa niebezpieczeństw i kłopotów, z którymi nie zawsze będzie w stanie poradzić sobie na własną rękę.

Powieść określana jest mianem romansu obyczajowego. Porywającego, opisującego miłość piękną i potężną. Szczerze? Bez przesady. Owszem, książkę czyta się szybko i dość przyjemnie, ale brak tu przyspieszonego tętna i wypieków na twarzy. Dobra do pociągu czy samolotu, bo to całkiem porządny czasoumilacz, ale żeby coś więcej…?

Przyznam szczerze, że podczas czytania ciągle nasuwało mi się określenie „zmierzch In real life”. On ratuje ją z opresji, jest tajemniczy, mają wspólnie zajęcia, on jest (oczywiście) nieziemsko wręcz przystojny - tak samo jak Kennedy zretszą… i praktycznie każdy szkolny byczek. W ogóle tutaj urodę chłopców można określić albo jako „zabójczo przystojny o hipnotyzujących oczętach”, albo „biceps palce lizać”, albo „pryszczaty troll” i nie ma nic pomiędzy. Głowna bohaterka mimo że niegłupia i piątkowa uczennica, to jednak dość często wydawała mi się infantylna i jakaś taka nijaka. Okropnie drażniło mnie to, że okazywała się płytka jak woda w klozecie, kiedy temat schodził na facetów; „ten jest przystojny, omójbożejakiprzystojny, a ten to ojezu masakra jakaś, ogólnie inteligencja jest ok, sama jestem inteligentna i Landon jest inteligentny, ale Landona jeszcze na oczy nie widziałam, więc ojezusmaria, co będzie jeśli okaże się, że on wygląda tak jak ten koleś, który właśnie mnie minął” – tak to mniej więcej wyglądało i doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Nie zrozumcie mnie źle – ja UWIELBIAM romanse, ale jednak oczekuję czegoś więcej, a tutaj nie ma wiele więcej niż w standardowym romansie. POZA TYM, Jackie omal nie została zgwałcona. I to kilkukrotnie. Sposób, w jaki sobie z tym radzi jest co najmniej niedorzeczny i nieprawdziwy. Moja przyjaciółka przeszła przez coś podobnego (z tym, że jej żaden Lucas nie przyszedł na pomoc) i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że sytuacje i zachowania opisane w „Tak blisko…” tak mają się do rzeczywistych jak My Little pony do Koszmaru z Ulicy Wiązów. Autorka zrobiła niewystarczający research, jeśli w ogóle jakikolwiek zrobiła.

Przejdźmy do Lucasa, wybawiciela. Chłopak jest ciekawy. Jest tajemniczy, wcale niegłupi, zdolny, bo świetnie rysuje i gada całkiem do rzeczy. Lucas to bad boy – chłopak, o którym chcemy i lubimy czytać. Mało tego, Lucas to chłopak z przeszłością, który przeszedł przez piekło, co czyni go jeszcze bardziej wrażliwym, słowem – mieszanka, która nie istnieje w realu, dlatego chętnie sięgamy po książki takie jak „Tak blisko…”.

Fabuła szalenie porywająca nie jest, jak to w przypadku obyczajówek bywa, i żadnych części ciała mi nie urwało, nie ukrywam jednak, że książkę czytało mi się dobrze, lekko i bez zgrzytów, ale oczekiwałam więcej.


Komu polecam? Nastolatkom, bo to powieść skierowana zdecydowanie do nastoletnich czytelniczek, oraz osobom, które mają ochotę na coś lekkiego na niedzielne leniwe popołudnie.

Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Jaguar

____________________________________________________________________

Notka od moi. Znów będę musiała się na pewien czas ulotnić, mam nadzieję, że będzie to jedynie kilka dni, nie dłużej. Mam bowiem w planach zaprojektowanie własnej naklejki na kindla i jeśli chcę, żeby wyglądało to w miarę dobrze, muszę jakiś czas poświęcić fotoszopowi, a jak już się tym zajmę, to – jak znam siebie – będzie tak, jakby mnie wcale nie było :D Ale zaplanowałam już sobie, co będę czytała jako następne, więc recenzja ukaże się wcześniej niż za pół roku :D 


wtorek, 23 lipca 2013

Ewa Białołęcka – Wiedźma.com.pl



Tytuł: Wiedźma.com.pl
Autor: Ewa Białołęcka
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Opis książki: Z nią zdradzicie nawet swój komputer!Są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się internautom... Jak choćby upierdliwa ciotka w stanie wskazującym na nie-życie.Obdarza spadkiem Krystynę zwaną Reszką, samotną matkę, redaktorkę z wydawnictwa i netomankę.Na co dzień przyspawana do laptopa Reszka, musi więc wyrwać się z sieci i rusza do zabitej dechami wsi. W odziedziczonej chałupie udaje jej się nawet rozpalić ogień pod kuchnią.I TO BEZ POMOCY GOOGLE!Niestety, zaczyna widzieć na jawie i we śnie: duchy, mary czy trupy, nie tylko w szafie. Sama nie wie, czy szajba to, czy gen, bonus do schedy po ekscentrycznej zołzie...Horror daleko od szosy i romans daleki od harlequina - mix o idealnie wyważonych proporcjach...
Ocena: 5/6

Na wstępie oczywiście prywata. Zacznijmy od tego, jak w ogóle doszło do tego, że napisałam jakąkolwiek recenzję. Otóż przeczytałam książkę. Stało się to dość niespodziewanie, mianowicie dwa wieczory temu poczułam fizyczny niemal ból, który był efektem tęsknoty za książkami (trwało to dość długo, ale raz, że praca, a dwa, że wisi nade mną widmo „Ireny”, którą muszę przeczytać, a co idzie mi dość opornie i to z jednego, konkretnego powodu, ale o tym później). Jako że skończyłam tworzyć sherlockowego gifseta na tumblra, na który pomysł od jakiegoś już czasu chodził mi po głowie, a który zajął mi, nie przymierzając, jakieś dwa dni, poczułam się dziwnie odciążona (nie wiem, jak Wy, ale ja, jak coś sobie umyślę, to dopóki planu nie zrealizuję, chodzę jakaś zestresowana). Wtedy dotarło do mnie, jak strasznie tęsknię za książkami. Normalnie jak Mjolnirem w potylicę. Wygrzebałam więc gdzieś z czeluści dysku twardego zakurzony folder o wdzięcznej nazwie „książeczki” i odpaliłam pierwszą z brzegu. Nie było czasu na zrzucanie na czytnik, musiałam coś przeczytać natychmiast. I jak odpaliłam, tak za jednym posiedzeniem przeczytałam mniej więcej połowę. Teraz czas na recenzję właściwą.

                                                                  ***

„Wiedźma.com.pl” to historia młodej, samotnej matki zajmującej się redagowaniem książek. Krystyna Szyft, bądź też Reszka dla rodziny i znajomych, wraz ze swoją latoroślą pomieszkuje kątem u rodziców, borykając się przy okazji z kłopotami finansowymi. Pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, Reszka dowiaduje się, że dostała spadek. I to nie jakiś tam pierścionek z tombaku z oczkiem udającym rubin – nie, nie. Kobieta otrzymała dom od Katarzyny Szyft – osobie zupełnie sobie nieznanej, warto dodać – we wsi o jakże uroczej i ortograficznie niepoprawnej nazwie Czcinka. Jako osobnik uzależniony od Internetu, czym prędzej wklepuje Czcionkę w Google i… i nic. Czcinki w Googlach nie ma. Nie ma jej też na mapach, tak zwykłych, jak i sztabowych użyczonych przez kolegę Krystiana Szyfta – ojca Reszki. Teoretycznie Czcinka po prostu nie istniała. Na szczęście Czcinkę podciągnięto pod oddział pocztowy w Tarnikach, o których Internet już coś niecoś słyszał. Krystyna więc, po załatwieniu formalności u notariusza, pakuje torbę i wyrusza obejrzeć swój spadek.

Będąc w Tarnikach, Reszka odwiedza pierwszy lepszy spożywczak, żeby rozeznać się, jak do tej Czcinki dotrzeć, o ile ów Czcinka w ogóle istnieje. Okazuje się, że do wioski można dość jedynie „z buta”. Trzy kilometry ścieżką przez las. Eskortowana przez wątpliwej inteligencji, acz solidnej postury młodzieńca (który zachowywał się co najmniej dziwnie, a po pewnym czasie czmychnął po prostu na rowerze, zostawiając Reszkę samą w środku lasu) trafia w końcu do miejsca przeznaczenia. Czcinka okazuje się wioską nie byle jaką, gdyż Krystyna ma wrażenie, jakby przeniosła się w czasie, a uczucie to pogłębia się, kiedy dostaje się do swojego domu (co zresztą nie odbyło się łatwo, przyjemnie i bez walki) i zastaje tam kuchnię węglową, brak pralki, a o istnieniu – a raczej nieistnieniu – wanny chyba nawet nie warto wspominać. Pierwszej nocy Krystyny w przyszłym miejscu zamiesz(k)ania także nie można zaliczyć do udanych, gdyż ktoś bezczelnie próbuje włamać się do domostwa. Atak zostaje odparty tłuczkiem do mięsa.

W miarę zapoznawania się z „tubylcami”, Reszka odkrywa, że w Czcince nazwisko Szyft budzi szacunek graniczący ze strachem, a sama Katarzyna Szyft traktowana była niemalże jak Królowa Matka. Po drodze młoda kobieta zaprzyjaźnia się z pasierbem swojej ciotecznej babki, a jednocześnie jedynym w miarę inteligentnym okazem w okolicy, Andrzejem Kobielakiem, który dodatkowo okazuje się być lekarzem. Im dłużej jednak Reszka przebywa w Czcince, tym dziwniejsze rzeczy dzieją się dookoła niej, a ona coraz częściej i coraz intensywniej zastanawia się, dlaczego to właśnie ona otrzymała ten dom po Katarzynie Szyft. Kim była ta kobieta i co takiego wydarzyło się w wiosce na przestrzeni lat?

Tyle o samej fabule. I tak mam wrażenie, że za dużo zdradziłam. Teraz konkrety.

Książka jest dobra. Przyjemnie się czyta, styl autorki jest naprawdę godny podziwu, słownictwo i lekkość, z jaką nim operuje, to prawdziwa uczta dla oczu. Po przeczytaniu nasuwa mi się stwierdzenie „błyskotliwa i pełna humoru”, bo tego tutaj niemało. Nie brak też elementu zaskoczenia, grozy, a i wątków paranormalnych jest sporo (w zasadzie, to jest to podstawa książki, tak szczerze mówiąc). Urzeka relacja Reszki z jej synem Jeremim, a także relacja dziadek – wnuk. Naprawdę można poczuć zażyłość łączącą tych ludzi. W książce nie brak też wątku miłosnego, trochę niepotrzebnego moim zdaniem i nieco kulawego, bez niego byłoby równie ciekawie. Co do postaci głównej bohaterki, to ogólnie rzecz biorąc jestem na tak. Fajna babka, z fajnym dzieciakiem i fajną, choć może niezbyt dobrze płatną pracą. Było jednak coś, co irytowało mnie niemożebnie. Chodzi tu mianowicie o udawanie babki typu „jestem samowystarczalna, mam wysokie ajkju i nie zawaham się go użyć, pyskata, sarkastyczna, niczego się nie boję, słowem rżnę trudną do zdobycia, ale niech tylko jakiś facet okaże mi trochę ciepła, to chętnie do niego przylgnę i już raczej nie odpuszczę”. Nienawidzę tego, po prostu nienawidzę (i to jest właśnie powód, dla którego kilka miesięcy odstawiłam „Irenę”). Nie cierpię, kiedy ktoś traktuje ludzi z góry i wydaje mu się, że jest jakimś cudem lepszy od nich. Reszka taka właśnie momentami była, ale w ogólnym rozrachunku była raczej do zniesienia.

Ogólnie książka jest miła w odbiorze, lekko, szybko i przyjemnie się czyta i jest dość wciągająca (czytałam dzisiaj do 4 z groszami). Polecam tym, którzy mają ochotę na coś, co nie jest opasłym tomiszczem, a przy okazji ma ciekawą fabułę i jest po prostu miłe dla oka.

wtorek, 12 marca 2013

Sandra Stawińska - Piętno


Tytuł: Piętno
Autor: Sandra Stawińska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Opis książki: Nie ma winy bez kary.Nie ma tajemnic, których nie można odkryć.Nie ma słów, czynów, decyzji, których konsekwencji można uniknąć.
Bohaterowie powieści Sandry Stawińskiej mają wiele do ukrycia. Czy jednak wszystko wyjdzie na jaw?
Ocena: 4–/6
Czy zastanawialiście się kiedyś, jaką rolę seks odgrywa w ludzkim życiu? Ba! Na świecie? Myśleliście, ile można dzięki niemu ugrać, ile stracić, jak bardzo jednorazowa przygoda może zmienić człowieka i to, co go otacza?

Bohaterem książki jest Andrzej Lesicki – wciąż jeszcze młody, przystojny, robiący karierę w dobrze prosperującej firmie. Andrzej ma piękny dom, piękną żonę i uroczego synka. Sielanka. Jest tylko jeden problem – Andrzej ma kochankę. Helena to kobieta, która wie, czego chce. Dzięki wyjątkowej, posągowej urodzie rzuca mężczyzn na kolana i owija ich sobie wokół palca. Odkąd tylko zobaczyła Lesickiego, wiedziała, że będzie jej. Kochankowie romansują za zamkniętymi drzwiami biura Andrzeja. Nikt w firmie nie wie, co się święci. Nie wie też Ania, żona Andrzeja, gdyż ten kategorycznie zabronił Helenie kontaktowania się z nim, kiedy jest w domu. Czas po pracy to czas dla rodziny, a czas dla rodziny – rzecz święta.

Wszystko zmienia się, kiedy Andrzej dostaje służbowe polecenie wyjazdu , wraz z szefową Elwirą i kolegą z pracy Wojtkiem, do Amsterdamu na szkolenie. W przeddzień wyjazdu Wojciechowi zostaje cofnięty urlop. W tym momencie czytelnik uśmiecha się z przekąsem – wie już, co chodzi Elwirze po głowie. Sam na sam z przystojnym mężczyzną w mieście, do którego Bóg już dawno nie zagląda. Jednak to nie koniec niespodzianek. W Amsterdamie na Andrzeja czeka nie kto inny jak Helena, która swoje sidła zaciska coraz bardziej. Początkowo zaskoczony mężczyzna dochodzi do wniosku, że jego kochanka miała genialny pomysł, nareszcie mieli okazję spędzić ze sobą więcej czasu niż zwykle – tak też robią.

Okazuje się, że miasto wyzwala w członkach tego nieszczęsnego miłosnego trójkąta najgorsze instynkty. Odrzucona przez Andrzeja Elwira postanawia się zemścić, Helena okazuje się wcale nie tak słodką i uroczą, jak wyobrażał sobie jej kochanek, natomiast sam Andrzej całą tą sytuacją oraz podejrzewającą coś żoną jest niezwykle zestresowany. Wtedy dochodzi do z pozoru niegroźnego wypadku, który wywraca życie całej trójki do góry nogami. Jak potoczą się ich losy? Czy całe zło i krzywdy, które wyrządzili, powrócą do nich jak bumerang?

Muszę przyznać, że jest to wyjątkowo udany debiut. Napięcie budowane jest stopniowo, a czytelnik chce więcej i więcej, kartkując kolejne strony coraz szybciej. Początkowo jednak ciężko było mi przebrnąć. Po pierwsze dlatego, że niewiele się działo. Po drugie, i to już z czysto prywatnych pobudek, taka postawa mnie zwyczajnie odrzuca. Nie do końca rozumiem, jak można wyciągać ręce po cudzych mężów. Tak samo nie rozumiem, jak można beztrosko zdradzać osobę, której ślubowało się miłość i wierność. Nikt przecież nikogo do ślubu nie zmusza, a osoby, które się na niego decydują, zwykle są pewne swojej decyzji i partnera, zdają sobie sprawę, że to ma być na całe życie. To jedna z niewielu rzeczy, która napawa mnie obrzydzeniem, a Sandra Stawińska w świetny sposób opisała konsekwencje takiego postępowania, chociaż przyznam szczerze, że tytuł i opis książki mogą być nieco mylące, bo czytelnik nie spodziewa się tego, co zastanie w środku.

 „Piętno” czytało mi się zaskakująco dobrze. Jeśli ktokolwiek spodziewa się tutaj opisów żywcem z filmów dla dorosłych – zawiedzie się. Opisy są odważne, ale wciąż subtelne, działające na wyobraźnię, więc – owszem – możemy poczuć wypieki na twarzy, ale będziemy czytać dalej bez zażenowania czy skrępowania. Stawińska jako debiutantka postawiła sobie poprzeczkę dość wysoko, jednak mam nadzieję w przyszłości przeczytać kolejne jej powieści.

Komu polecam? W zasadzie każdemu, kto ma ochotę poczuć dreszczyk emocji. Komu odradzam? Z pewnością osobom, którymi złość telepie na sam dźwięk słowa „zdrada”.


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Zysk i S-ka


KABOOM!

Zgadnijcie, kto wrócił! Tak, to ja! Za kilka chwil wrzucę nową recenzję. Tak, nie przesłyszeliście (przewidzieliście?) się, RECENZJĘ. Tymczasem chciałabym dowiedzieć się, co u Was. Jak się macie, co się u Was zmieniło, są jakieś książki, które chcielibyście polecić? Póki co nie mam czasu na nadrabianie zaległości w odwiedzaniu Waszych blogów i komentowaniu, więc proszę pokornie o wybaczenie i wytrwałość.

Zastanawia mnie, czy macie jakieś postanowienia noworoczne (wiem, że to już połowa marca, ale nie miałam kiedy Was o to zapytać). Ja mam jedno: postanowiłam, że w tym roku postaram się czytać jak najwięcej książek po angielsku. Jednak, kiedy patrzę na półkę i na ilość książek w ojczystym języku, oraz na Kindla i ogrom książek, które się tam znajdują i czas, jakim dysponuję... nie wiem, czy podołam xD Najwyżej moje postanowienie przeniosę na kolejny rok, o! Ciekawa jestem, co u Was :) Ściskam.

linkwithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...